Co te pisiory mają przeciw polskim agentom?

04.10.06, 20:39
Należy zlikwidować polską agenturę?
Pisiory czy wy na łby upadliście?
Wystawić tak RP?
Wystawić i zostawić?
    • douglasmclloyd Re: Co te pisiory mają przeciw polskim agentom? 04.10.06, 20:40
      porannakawa napisała:

      > Należy zlikwidować polską agenturę?
      > Pisiory czy wy na łby upadliście?
      > Wystawić tak RP?
      > Wystawić i zostawić?

      Po nich choćby potop. Te pojeby zniszczą wszystko.
      • coprawda Co za barbażyńska tradycja, męcki zdrajcy agenta 04.10.06, 21:06
        - No, bratku - mówił wachmistrz spokojnym głosem - czas na cię!
        Azja leżał na wznak i oddychał dobrze, albowiem ramiona miał wyciągnięte po
        obu stronach głowy, przez co rozszerzona pierś jego poruszała się swobodniej i
        nabierała więcej powietrza niż wówczas, kiedy leżał przykrępowany do grzbietu
        bachmata. Rękoma nie mógł jednak poruszyć, bo były przywiązane nad głową do
        dębczaka idącego wzdłuż jego pleców i okręcone umaczaną w smole słomą. Tuhaj-
        bejowicz domyślił się zaraz, dlaczego to uczyniono, lecz w tej chwili
        spostrzegł i inne przygotowania, które zwiastowały, że męka jego będzie długą i
        okropną. Oto od połowy ciała aż do stóp był rozebrany i uniósłszy nieco głowy,
        ujrzał między swymi nagimi kolanami świeżo obrobione siekierą ostrze pala.
        Grubszy koniec tego pala oparty był o pień drzewa. Od każdej nogi Azji szedł
        powróz kończący się orczykiem, do którego przyprzężony był koń. Azja przy
        blasku pochodni dojrzał tylko zady końskie i stojących nieco dalej dwóch ludzi,
        którzy widocznie trzymali konie przy pysku. Nieszczęsny junak objął wszystkie
        te przygotowania jednym rzutem oka, potem spojrzawszy nie wiadomo dlaczego ku
        górze, dostrzegł nad sobą gwiazdy i błyszczący sierp księżyca.
        „Będą mnie nawlekać” - pomyślał.
        I zacisnął zęby zaraz tak silnie, że aż kurcz chwycił go za szczęki. Pot
        wystąpił mu na czoło, a jednocześnie uczyniło mu się zimno w twarz, bo krew z
        niej uciekła. Potem zdało mu się, że ziemia ucieka spod jego pleców i że ciało
        jego leci i leci w jakąś niezgłębioną przepaść. Na chwilę stracił świadomość
        czasu, miejsca i tego, co się z nim dzieje. Wachmistrz podważył mu zęby nożem i
        znów począł lać gorzałkę w jego usta. Azja krztusił się i wypluwał palący płyn,
        lecz musiał go także i połykać. Wówczas wpadł w dziwny stan: nie był pijany,
        przeciwnie, nigdy rozeznanie jego nie było jaśniejsze, umysł bystrzejszy.
        Widział, co się dzieje, rozumiał wszystko, tylko ogarnęło go jakby nadzwyczajne
        podniecenie i jakby niecierpliwość, że to wszystko trwa tak długo i że nic się
        jeszcze nie rozpoczyna.
        Wtem obok dały się słyszeć ciężkie kroki i stanął nad nim Nowowiejski. Na
        ten widok zadygotały w Tatarze wszystkie żyły. Luśni nie bał się, zbyt nim
        pogardzał, ale Nowowiejskim nie pogardzał, bo nie miał za co; natomiast każde
        spojrzenie na jego twarz napełniało duszę Azji jakimś zabobonnym strachem,
        wstrętem, ohyda. Pomyślał sobie w tej chwili: „Jestem w jego mocy i boję się
        go!” - a było to tak straszne uczucie, że pod jego wpływem włosy wyprężały się
        na głowie Tuhaj-bejowicza.
        A Nowowiejski rzekł:
        - Za to, coś uczynił, w męce zginiesz!
        Lipek nie odrzekł nic, tylko począł sapać głośno.
        Nowowiejski usunął się na bok, nastała cisza, którą przerwał Luśnia:
        - I na panią podniosłeś rękę - rzekł ochrypłym głosem - ale pani teraz już u
        pana w komorze, a ty w naszych rękach! Przyszedł twój czas!
        Od tych słów akt męki dla Azji już się rozpoczął. Oto straszny ten człowiek
        w godzinę śmierci dowiadywał się, że zdrada jego i wszystkie okrucieństwa na
        nic się nie przydały. Gdyby choć Basia zmarła w drodze, miałby tę pociechę, że
        nie będąc jego, nie będzie niczyją. I tę to pociechę odjęto mu teraz właśnie,
        gdy ostrze pala było o łokieć odległe od jego ciała. Wszystko na próżno! Tyle
        zdrad, tyle krwi i tyle bliskiej kary - za nic! za nic zupełnie!...
        Luśnia ani wiedział, o ile cięższą uczyniły śmierć Azji te słowa: gdyby był
        wiedział, byłby je powtarzał przez całą drogę.
        Lecz teraz nie było już czasu na duszną zgryzotę, bo wszystko musiało
        ustąpić wobec egzekucji. Luśnia pochylił się i wziąwszy w obie ręce biodra
        Azji, tak aby mógł nimi kierować, zawołał na ludzi trzymających konie:
        - Ruszaj! a powoli, razem!
        Konie ruszyły: wyprężone sznury pociągnęły za nogi Azji. Ciało jego sunęło
        się przez mgnienie oka po ziemi i trafiło na zadzierzyste ostrze. Wówczas
        ostrze poczęło się w nim pogrążać i jęło się dziać coś strasznego, coś
        przeciwnego naturze i człowieczym uczuciom! Kości nieszczęśnika rozstępowały
        się, ciało darło się na dwie strony; ból niewypowiedziany, tak straszny, że
        graniczący niemal z potworną rozkoszą, przeniknął jego jestestwo. Pal pogrążał
        się głębiej i głębiej. Tuhaj-bejowicz zwarł szczęki, wreszcie jednak nie
        wytrzymał - zęby jego wyszczerzyły się okropnie, a z gardzieli wydobył się
        krzyk: A! a! a! - do krakania kruka podobny. - Wolno! - skomenderował
        wachmistrz.
        Azja powtarzał swój straszny krzyk coraz szybciej.
        - Kraczesz? - spytał wachmistrz.
        Po czym krzyknął na ludzi:
        - Równo! stój! Ot, i już! - dodał zwracając się do Azji, który umilkł nagle
        i tylko rzęził głucho.
        Szybko wyprzężono konie, za czym podniesiono pal, grubszy jego koniec
        spuszczono w umyślnie przygotowany dół i poczęto obsypywać go ziemią. Tuhaj-
        bejowicz patrzył już z wysoka na tę czynność. Był przytomny. Straszliwy ten
        rodzaj kary był tym straszniejszy, że ofiary nawleczone na pal żyły czasem
        przez trzy dni. Azji głowa zwisła na piersi, wargi jego poruszały się
        mlaszcząc, jakby coś żuł i smakował; czuł teraz wielką omdlałość i widział
        przed sobą jakby niezmierną, białawą mgłę, która nie wiadomo dlaczego wydawała
        mu się okropną, ale w tej mgle rozeznawał twarze wachmistrza i dragonów,
        wiedział, że jest na palu, że ciężarem ciała obsuwa się coraz głębiej na
        ostrze; zresztą począł drętwieć od nóg i stawał się coraz nieczulszy na ból.
        Chwilami ciemność przesłaniała mu tę okropną białawą mgłę; wówczas mrugał
        swoim jedynym okiem, chcąc patrzyć i widzieć wszystko aż do śmierci. Wzrok jego
        przechodził ze szczególną uporczywością z pochodni na pochodnię, bo wydawało mu
        się, że koło każdego płomienia tworzy się jakby tęczowe kolisko. Lecz męka jego
        nie była skończona; po chwili wachmistrz zbliżył się do pala ze świdrem w ręku
        i zawołał na stojących obok dragonów:
        - Podsadźcie mnie!
        Dwóch silnych chłopów podniosło go ku górze. Azja począł teraz patrzeć na
        niego z bliska, mrugając ciągle, jakby chciał poznać, co to za człowiek wspina
        się aż do jego wysokości. Tymczasem wachmistrz rzekł:
        - Pani wybiła ci jedno oko, a ja sobie ślubowałem, że ci wywiercę drugie.
        I to rzekłszy zapuścił ostrze w źrenicę, zakręcił raz i drugi, a gdy powieka
        i delikatna skóra otaczająca oko owinęły się już naokół skrętów świdra -
        szarpnął. Wówczas z obu jam ocznych Azji wypłynęły dwa strumienie krwi i
        płynęły jakby dwa strumienie łez po jego twarzy. Twarz sama zbielała i stawała
        się coraz bielsza. Dragoni poczęli gasić w milczeniu pochodnie, jakby wstydząc
        się, że światło oświeca dzieło tak okropneˇ- i tylko od księżycowego sierpa
        szły srebrne, lecz niezbyt jasne blaski na ciało Azji. Głowa jego pochyliła się
        zupełnie na piersi, tylko przywiązane do dębczaka i owinięte smolną słomą ręce
        sterczały ku górze, jakby ten syn Wschodu wzywał zemsty tureckiego półksiężyca
        na swych oprawców.
        - Na koń! - rozległ się głos Nowowiejskiego.
        Przed samym wsiadaniem wachmistrz zapalił jeszcze ostatnią pochodnią owe
        wzniesione ręce Tatara, po czym oddział ruszył ku Jampolowi, a wśród gruzów
        Raszkowa, wśród nocy i pustki został tylko na wysokim palu sam Azja, syn
        Tuhajbeja - i świecił długo...
    • cyklista Re: Co te pisiory mają przeciw polskim agentom? 04.10.06, 20:41
      To jedyne na czym się znają. Połowa śledziła, połowa była śledzona.
      A szczyle zapisali się do partii żeby kariery robić, to muszą gadać to im wódz każe.
    • frank_drebin Problemem nie jest czyj jest ten agent tylko co 04.10.06, 20:58
      robi .....
    • artsg Re: Co te pisiory mają przeciw polskim agentom? 04.10.06, 20:59
      Przeciw polskim nie mam nic ale bolszewickich to trzeba pogonić
    • nielubiegazety2 Co te pisiory mają przeciw "polskim" agentom? 04.10.06, 21:00
      Jak tak napiszesz to ci odpowiem.
    • lux_et_veritas Re: Co te pisiory mają przeciw polskim agentom? 04.10.06, 21:04
      Nic, dopóki nie popełnili przestępstwa. Pozytywnie weryfikowani zostają, a
      informacji mogących godzić w bezpieczeństwo narodowe nikt nie będzie ujawniał.
      Poza tym wojskówki po 1989 nikt nie dekomunizował i pod wieloma względami
      zachowała ona ciągłość kadrową czy insytucjonalną z wywiadem peerelowskim czyli
      docelowo sowieckim. Dlatego jako instytucja musiała iść do piachu. No ale
      imbecyle żywiące się wyłącznie GW przeważnie o takich rzeczach nie wiedzą i
      łatwo im wmówić, iż służby przez długie lata będąca ekspozyturą obcych wywiadów
      są w istocie ostoją polskości.
Pełna wersja