kataryna.kataryna
22.03.03, 13:10
Sejmowa komisja śledcza nic nie ustali bo ustalić nie
może, nawet jakby bardzo chciała.
Śledztwo nie jest jeszcze chyba nawet w połowie a
samych stenogramów jest ponad 2 tysiące stron, do
tego dochodzą protokoły z prokuratury i setki innych
dokumentów, sterta rośnie z każdym dniem pracy
komisji. Do przeanalizowania takiej ilości dokumentów
- poza szczerą wolą dojścia do prawdy (a już z tym
jest w komisji kłopot) potrzebne są zwyczajnie
wysokie umiejętności analitycznego i syntetycznego
myślenia, umiejętność wyławiania tego co istotne,
wiązania ze sobą wątków i wyciągania wniosków. Mimo
najszczerszych chęci nie potrafię się tych
miejętności doszukać w niektórych członkach komisji,
chyba, że wyjątkowo skutecznie je skrywają.
Wymyslanie pytań i słuchanie odpowiedzi wystarczają
do prowadzenia przesłuchania, nie wystarczają zaś do
prowadzenia śledztwa. Komisja wypracowała sobie styl
pracy skutecznie uniemożliwiający jej dojście do
czegokolwiek - dopuszczanie wielogodzinnych wykładów
o sprawach natury ogólnej, ciągnięcie wątków bez
związku ze sprawą, wchodzenie w szczegóły, to
wszystko sprawia, że pogląd na sprawę komisja może
teraz zbudować już tylko w oparciu o ogólne wrażenia
z poszczególnych przesłuchań bo istotne fakty są
głęboko zakopane pod stosem bezużytecznych
informacji. Winnymi tego są przewodniczący (bierność,
uchylanie się od obowiązków przewodniczącego),
prezydium (też bierność, nieumiejętność wypracowania
efektywnego sposobu pracy) i posłowie (nadaktywność,
brak dyscypliny i chęć zabłyśnięcia nawet jeśli nie
bardzo jest czym). To po pierwsze.
Po drugie, tak liczna i zróżnicowana (zaówno pod
względem intelektualnym jak i politycznych interesów)
zwyczajnie nie ma prawa dojść do wspólnej prawdy,
chociażby ze względu na dynamikę takiej grupy. Nawet
jeśli - powiedzmy - Rokita (zdecydowanie śledczy
numer jeden, potem długo, długo nic) będzie w stanie
coś z materiałem zrobić i dojdzie do logicznych i
niepodważalnych wniosków, nie potrafię sobie
wyobrazić, żeby reszta komisji - zważywszy nie tylko
ich interesey polityczne ale też zwykłą ludzką
ambicję - była w stanie wersję Rokity przyjąć jak
własną. Nie mówiąc o tym, że połowa komisji jej w
ogóle nie zrozumie. Pomysł prowadzenia
transmitowanego na żywo śledztwa w politycznej
sprawie przez polityków w liczbie dziesięciu uważam
za chory i z góry skazany na spektakularną klęskę.
Podsumowując, wiara, że komisja, która nie chce i nie
potrafi dojść do prawdy jednak na tę prawdę trafi
pozbawiona jest racjonalnych podstaw. W
przeciwieństwie do Michnika, ja nie tylko nie wierzę
w to, że komisja do czegoś dojdzie, więcej, ja się
boję, że działanie komisji będzie miało wyłącznie
niepożądane skutki uboczne - dalsze okopanie się
osób, instytucji i grup politycznych na swoich
pozycjach, wykorzystanie autorytetu komisji do
potwierdzenia tezy, że w takiej sprawie nic się nie
da ustalić, a skoro się nie da ustalić nie da się też
naprawić, spadek zaufania do polityków na czym
skorzystają wyłącznie pseudopolitycy populiści w
rodzaju Leppera, wzrost społecznej apatii i poczucia
bezradności wobec korupcji, bo skoro Michnik z kasetą
nic nie zdziałał to co możemy zdziałać my - szarzy
obywatele, nic, więc na korupcję jesteśmy skazani bo
walka z nią jest bez szans.
Przydługo mi się napisało ale mam napad
czarnowidztwa. Nie wierzę w komisję, nie wierzę w
prokuraturę, nie wierzę też zbiorową mądrość
polskiego społeczeństwa. Koniec końców tymi, którzy
słono zapłacą za aferę Rywina będziemy my sami.