frau_pranajtis
22.01.07, 21:18
,,Z rozczuleniem słuchałem Bogusława Wołoszańskiego, tłumaczącego w rozmaitych
telewizjach, że zgodził się na współpracę z wywiadem PRL, bo uznał to za
jedyną okazję w życiu. Za możliwość przygody. To zupełnie jakbym widział
siebie. Mając 10, może 12 lat, naczytawszy się książek z serii "Tygrys" o
działalności wywiadów w czasie II wojny światowej, też marzyłem, żeby zostać
szpiegiem. Słowa "atrament sympatyczny" wzbudzały we mnie dreszcz emocji. Z
jednym z kolegów pisaliśmy do siebie listy mlekiem, a potem próbowaliśmy
odczytać je nad świecą, omal nie wywołując pożaru. Podejrzewaliśmy dozorcę
domu, że jest szpiegiem amerykańskim, i śledziliśmy go, kiedy schodził do
piwnicy. Zamierzaliśmy go zdemaskować i się udało. Dozorca ukrywał się w
piwnicy, choć nie po to, żeby się skontaktować z Dullesem, tylko po to, by
wypić ćwiartkę wódki. Łaziliśmy nawet po ciemku w okularach słonecznych i
posługiwaliśmy się tajnym językiem szpiegów. Kapokacakałuj kamnie wkadukapę.''
www.wprost.pl/ar/?O=99329
Caly tekst jest znakomity. Tu wyzej to tylko niezly poczatek. :-) Ryba
pojechal po Benie jak po lysej kobyle. :-)
Lubie programy Woloszanskiego, ale nie zal mi go. Sam sie wystawil i to
zupelnie niepotrzebnie.