Kiedy msciwe kaczory od.. sie nareszcie od HGW?

30.03.07, 21:53
Wojewoda mazowiecki Jacek Sasin unieważnił uchwałę Rady Warszawy, w której
odmawia ona wygaszenia mandatu prezydent stolicy Hanny Gronkiewicz-Waltz -
poinformował przewodniczący rady, Lech Jaworski (PO).(..)Uchwała została
przyjęta przez Radę Warszawy w lutym, kiedy wojewoda mazowiecki zapowiedział
wygaszenie mandatu prezydent stolicy z powodu spóźnionego złożenia przez nią
oświadczenia o działalności gospodarczej małżonka. Gronkiewicz-Waltz
twierdzi, że wcale nie musiała składać tego oświadczenia, bo jej mąż nie
prowadzi działalności na terenie Warszawy.Cała sprawa czeka na
rozstrzygnięcie przez WSA. W tej samej kwestii wypowiedział się już Trybunał
Konstytucyjny. Uznał on przepisy dotyczące utraty mandatów przez
samorządowców, którzy spóźnili się ze złożeniem oświadczeń majątkowych za
sprzeczne z konstytucją.
wiadomosci.onet.pl/1512076,11,item.html
Granda ! Kurduple jeszcze raz wykazuja,ze maja w nosie konstytucje i
demokratyczne organy panstwowe !

    • reakcjonista1 Tej HGW? Tej z Opus Dei? 30.03.07, 22:09

    • man_sapiens Re: Kiedy msciwe kaczory od.. sie nareszcie od HG 30.03.07, 22:15
      Nigdy się nie od... Wszystkie konusy są mściwe.
    • woda.woda Śmieszni są :))) 30.03.07, 22:18
      Podejmują decyzje, o których wiadomo, że są nieważne :)
      • gorby "tluczone kartofle" -miano zbyt subtelna dla nich 30.03.07, 22:22
        • woda.woda Pure? 30.03.07, 22:24
          Bryzol cielęcy, ziemniaki pure, bukiet surówek?
          • alistair-p Re: Pure? 31.03.07, 00:09
            To najwyżej waserzupka.Pół kartofla w litrze wody.Jaki bukiet?Chyba pawik.
            • jestemprzeciw Re: Pure? 31.03.07, 08:02
              Wszystko

              *CODZIENNIE I PRZEZ CAŁY CZAS*

              Kończymy, powiedział Igrek i runął kolanami na walizkę, która nie chciała się
              domknąć. – Co ty tam masz? – spytałem. A Igrek, nie przerywając ugniatania,
              powiedział: – Wszystko. Igrek ma 31 lat i wyjeżdża stąd na zawsze. Mam go
              podwieźć na lotnisko, bo Igrek nie ma samochodu, a „przecież nie będę jechał z
              tymi tobołami autobusem”. Jak nie będzie, to nie będzie.

              Przez całą drogę Igrekowi nie zamykały się usta. – Wiesz – mówił – tu jest
              ciasny łeb, ukiszony mózg, bracie. Popatrz na tych wszystkich facetów, na tych
              narcystycznych kretynów, na tych zakompleksionych nieudaczników. Skąd oni są?
              Kim są? Jakim cudem przeniknęli nam do życia? Przecież to jest najgorsze, co w
              tym narodzie. Agresywny kołtun, Dulska, Nikodem Dyzma i co tam jeszcze chcesz.
              Pozoranci pierwszej próby. Do tego rozmodleni, wiedzą tylko tyle, ile im
              proboszcz powiedział. Że, bracie, liść konopi to jest emblemat zbrodni, mówią.
              Albo że w kondomie są takie dziury, że wirusy przechodzą przez nie jak mrówka
              przez moją, nie przymierzając, obrączkę. No i ten, proszę ja ciebie, bazyliszek,
              który zjada teorię ewolucji na śniadanie i nawet nie ma wzdęcia. Czy ja muszę
              się z tym zmagać?

              Igrek jest impulsywny i sfrustrowany, łatwo się irytuje, nie rozumie, że może mu
              to wszystko, gdyby tylko chciał, zwisać dorodnym kalafiorem. Jest
              rewolucjonistą, który jak machnie dwie albo trzy lufy dla odprężenia, chce
              prowadzić cały bar na barykady, a na trzeźwo pocą mu się ze złości ręce.
              Załamuje je potem z byle powodu, nawet z takiego, że jak otwierają kilka
              kilometrów drogi, natychmiast zjawia się tam jeden z tych niewielkich wrogów
              Igreka i chwiali się sukcesem. – Ku.. – wrzeszczy wtedy Igrek, nie przebierając
              w słowach – po co on tam pojechał?! Po co gada te bzdury jak z „Misia”? Czy on
              potem, jak patrzy rano w lustro, widzi tam tego błazna, czy już nic nie widzi?!
              Czasem mówiłem Igrekowi, żeby sobie wypił waleriany, albo coś w tym guście, bo
              mu żyłka pęknie, ale on tylko zapalał papierosa i klął dalej.

              – Bo wiesz – ciągnął Igrek, gdy byliśmy już na Okęciu – to jest, stary, jak ze
              ścianą. Zejdź mi z drogi, mówisz jej, a ona stoi dalej w najlepsze i ani drgnie.
              Z nimi nie ma dyskusji, nie może być, bo to są nadajniki. Paranoicy, bracie,
              mówię ci, że paranoicy, przeżarci nienawiścią i agresją! Zaglądanie uczennicom
              do brzuchów, wsadzanie do pierdla politycznych wrogów, grzebanie ludziom w
              sumieniach, sercach, pościeli, a nawet w pamięci to jest, kochany, pryszcz. Tam
              – Igrek zarzuca łbem, wskazując inne piętro problemu – trzeba szukać, w tej
              namiętności do wyobrażeń, w miłowaniu małego formatu umysłowego, w ślepej
              wierze, że istnieje szablon istnienia, a wszyscy są tacy sami. Trzeba, mój
              drogi, szukać w tym lesie, w którym ci dorośli skauci rżną finką na drzewie
              napis: „Zakaz życia”. A ja chcę, bracie, właśnie pożyć.

              Z tarasu widokowego pomachałem Igrekowi białą chusteczką. Leć, przyjacielu,
              gdzie chcesz, to leć. Niech ci się wiedzie. Żyj. Niedługo się spotkamy.

              szubartowicz@trybuna.com.pl

              (*)PRZEMYSŁAW SZUBARTOWICZ
              <<powrót



Pełna wersja