jestemprzeciw
01.04.07, 09:46
O dwóch takich...
Bracia Kaczyńscy powołują Komitety ,,Prawo i Sprawiedliwość". Gdyby Polską
władać miało prawo i sprawiedliwość to marny los braci Kaczyńskich.
Lech Kaczyński osiągnął drugi po prezydencie Kwaśniewskim wynik zaufania w
sondażach ośrodków badania opinii publicznej. Ufa mu już około 70 proc.
respondentów.
Zdołał prześcignąć nawet ulubieńca emerytek - Jacka Kuronia.
Skąd się wziął ów wytrysk sympatii i zaufania do Lecha Kaczyńskiego? Ludzie
mają kiepską pamięć, a media w większości bezkrytycznie wspierają Kaczyńskiego.
Równo dziesięć lat temu bracia Kaczyńscy również mamili ludzi obietnicami
zwalczania korupcji. Gromiąc uwłaszczanie się na majątku skarbu państwa bracia
bliźniacy patronowali powołaniu osławionej spółki "Telegraf".
Lech Kaczyński był członkiem Rady Nadzorczej "Telegrafu" od września 1990 roku
do lutego 1991. W czasie gdy w niej zasiadał, kapitał spółki wzrósł ponad
osiemdziesięciokrotnie, do kwoty blisko 2 milionów dolarów. Pieniądze te
pochodziły od firm należących do skarbu państwa. Państwowy wówczas Bank
Przemysłowo-Handlowy wspomógł spółkę "Telegraf" 11 miliardami starych złotych,
natomiast państwowy Budimex wykupił w spółce udziały za okrągłą sumkę 9
miliardów złotych. "Telegraf" wziął jeszcze 15 miliardów kredytu z państwowego
wówczas Kredyt Banku (12.04.1991 r.), zaś z Banku Rozwoju Energetyki 18
miliardów złotych. Bracia Kaczyńscy w zamian za forsę, jaka przepłynęła z tych
"nomenklaturowych", państwowych firm, zapewniali ich "komuszym" prezesom
polityczną osłonę.
Kaczory nie miały również nic przeciwko temu, aby "Telegraf" zasilały
pieniądze pochodzące od biznesmenów podejrzewanych o korupcję. W artykule pt.
"Modliszki z PC", opublikowanym we "Wprost" (nr 22/92) Krystyna Naszkowska -
powołując się na Bagsika i Gąsiorowskiego - podała, że działacze partii
Kaczyńskich PiCzki wzięli od właścicieli Art-B 57 miliardów złotych. [starych
- dop. red.]
W latach 1990-1991 Kaczyńscy dobrali się do majątku skarbu państwa nie tylko
poprzez "Telegraf". Założona przez nich Fundacja Prasowa "S" przejęła bez
przetargu "Express Wieczorny" i po dwóch latach odsprzedała gazetę z godziwym
zyskiem. 13 maja 1991 roku zapłaciła za "Express Wieczorny" ok. 16 miliardów
złotych. 13 lipca 1993 roku sprzedała gazetę za 26 miliardów złotych, plus 9,1
miliarda, które kupujący wpłacił na poczet zwrotu pożyczki zaciągniętej przez
Jarosława Kaczyńskiego w 1991 roku. Fundacja Kaczorów mogła sobie pozwolić na
kupno gazety i dwóch drukarni m.in. dlatego, że dostała od państwowego wówczas
Banku Przemysłowo-Handlowego 1,2 miliarda złotych (starych). Bank zapłacił
jeszcze Kaczej fundacji 39,4 miliarda skapitalizowanego czynszu za wynajem
budynku należącego do skarbu państwa.
Warto pamiętać, że w myśl kuriozalnych zapisów statutu Fundacji Prasowej "S",
jej członkowie założyciele uzyskali dożywotnie prawo zawiadywania zgromadzonym
majątkiem Fundacji, i to prawo dziedziczą także ich spadkobiercy!
Szczodrość państwowego banku na rzecz Fundacji Prasowej "S" i "Telegrafu" nie
była, rzecz jasna, całkiem bezinteresowna. W rewanżu związany z Kaczorami
przywałęsowski minister Siwek osobiście naciskał na ówczesnego prezesa NBP
Grzegorza Wójtowlcza, aby Bank Przemysłowo - Handlowy został sprywatyzowany w
pierwszej kolejności.
To nie kto inny, tylko właśnie bracia Jarosław i Lech Kaczyńscy walnie
przyczynili się do rozplenienia w Najjaśniejszej Pomrocznej poplecznictwa,
klientelizmu i protekcjonizmu. Dzisiaj jakby nigdy nic powołują Komitety
Społeczne "Prawo i Sprawiedliwość".
Jarostaw Kaczyński w przypływie szczerości zwierzył się swego czasu Teresie
Torańskiej (w wywiadzie opublikowanym w książce pt. "My"), że wchodząc do
wielkiej polityki nie miał nawet porządnego garnituru. Pertraktując w sprawie
powołania solidarnościowego rządu, pocił się w marynarce odziedziczonej po
zmarłym wujku. Ale jego droga z "nędzy do pieniędzy" nie była długa. Już w
1992 roku będąc tylko posłem jeździł najpierw Oplem należącym formalnie do
Fundacji Prasowej "S", a nieco później elegancką limuzyną Volvo.
Lech Kaczyński nie musiał brać auta od Fundacji, gdyż jako prezes NIK woził
tytek w państwowej Hondzie lub Lancii w zależności od nastroju. Szefując
NIK-owi Lech Kaczyński zwiększył zatrudnienie w Izbie o ok. 20 proc. Do pracy
w NIK przyjmował głównie "swoich", prowadząc jednocześnie bezpardonową wojnę z
miejscową "Solidarnością". Teraz Lech Kaczyński bardzo sprytnie przekształcił
kierowany przez siebie resort sprawiedliwości w wydział ds. propagandy
wyborczej. Piotr Pacewicz na łamach "Wyborczej" nazwał go ministrem insynuacji
(por. "Gazeta Wyborcza" z 5.01.2001).
Jednak pozostałe gazety bezkrytycznie Kaczora wspierają. O dziwo, nawet
flekowana przez Kaczyńskiego ,,Rzeczpospolita" chroni dobre imię polityka
żądnego władzy. 15 marca 2001 roku na procesie FOZZ zeznawał w charakterze
świadka Grzegorz Wójtowicz, członek Rady Polityki Pieniężnej. W szczegółowej
relacji z procesu "Rzepa" pominęła milczeniem ważny wątek z zeznań byłego
szefa NBP. Wójtowicz ujawnił, że w 1991 roku Wojciech Włodarczyk i Adam
Glapiński, politycy Porozumienia Centrum ściśle związani z braćmi Kaczyńskimi,
naciskali na powołanie Grzegorza Ż., głównego podejrzanego w aferze FOZZ, na
wiceprezesa Narodowego Banku Polskiego. Miało to miejsce już po odwołaniu
Grzegorza Ż. z funkcji dyrektora FOZZ. Ten passus z zeznań świadka Grzegorza
Wójtowicza zasługiwał niewątpliwie na przytoczenie, gdyż pośrednio
uwiarygodniał przynajmniej niektóre informacje zawarte w głośnej ostatnio
książce Jakuba Kopcia i Cliffa Pineiro pt. "Po drugiej stronie lustracji".
Pineiro, niegdyś blisko zakolegowany z politykami PC, uparcie twierdzi, że
przekazał Kaczorom co najmniej kilkaset tysięcy dolarów wyprowadzonych przez
Grzegorza Ż. z FOZZ. Lech Kaczyński idzie w zaparte i publicznie zapewnia, że
zarówno on, jak i jego brat bliźniak nie mieli nic wspólnego z przekrętami w
FOZZ. Telewizja publiczna i redakcje wszystkich gazet (z wyjątkiem "NIE" i
"Trybuny") zbyły milczeniem rewelacje podane w książce Kopcia i Pineiry,
uznając je za mało wiarygodne. Tymczasem w świetle zeznań Wójtowicza nie ulega
żadnej wątpliwości, że Grzegorz Ż. był szykowany na wiceprezesa banku
centralnego przez bliskich Kaczorom polityków PC. A przecież na tego rodzaju
stanowisko rekomenduje się tylko osoby zaufane. Zresztą Grzegorz Ż. został
aresztowany niedługo po rozmowie, którą odbył z Jarosławem Kaczyńskim w
budynku Kancelarii Prezydenta Wałęsy.
Mimo trwającego procesu w sprawie FOZZ, media na ten temat zgodnie milczą, aby
nie narazić na szwank reputacji rwących się do władzy braci bliźniaków.
HENRYK SCHULZ
GAZETA NIE 5.04.2001