warsawyak
19.06.07, 08:57
I to wcale nie jest śmieszne. Dopiero za jakiś czas poznamy skutki ich
niszczycielskiej działalności na polu międzynarodowym.
Chodzi oczywiście o dorobek 16 lat, czyli w praktyce całej generacji.
Kaczyńscy popełnili przede wszystkim grzech zaniechania. Stosunki
międzynarodowe to bowiem stały proces, którego nie można sobie „odpuścić” na
jakiś czas. Polski rząd sobie jednak na to w znacznej części pozwolił –
dotyczy to stosunków z dawnymi demoludami (tj. nowymi państwami członkowskimi
UE) oraz Unią Europejską (wymownym jest tu wielomiesięczny wakat na stanowisku
Stałego Przedstawiciela RP przy UE).
Wynika to oczywiście z ignorancji Kaczyńskich (a także ich zauszników) w tej
dziedzinie. Władzę przejęli bowiem ludzie nieobyci, niebywali w świecie,
nieznający języków obcych (wyjątkiem jest minister Fotyga, ale na nasze
nieszczęście nie jest ona posiadaczką lotnego intelektu), bojący się wyściubić
nosa poza granicę (grozi im to zawsze kompromitacją).
Jak dotąd zajęci byli umacnianiem swoich rządów (ubezwłasnowolnianiem opozycji
i zagarnianiem coraz to nowych stołków i synekur) i nie baczyli na to, że
polityka zagraniczna w wielu aspektach po prostu leży.
Teraz zaś budzą się z ręką w nocniku.
Po tym wstępie wyliczmy, co już udało się Kaczyńskim zniweczyć, zaprzepaścić
lub przynajmniej nadwerężyć:
1) Traktat o dobrym sąsiedztwie z Niemcami – już się nie podoba i chcą
renegocjacji (a wiadomo, że dobrosąsiedzkie stosunki z największym odbiorcą
naszego eksportu są jedną z podstaw polskiej racji stanu); generalnie relacje
z Berlinem są psute; władza podsyca wygaszone w miarę skutecznie (co było
jednym z donioślejszych osiągnięć III RP; wiemy dobrze jak to wyglądało w
PRL-u) resentymenty względem Niemiec i Niemców;
2) Trójkąt Weimarski – była szansa na jego ożywienie, tymczasem przegrał z
dyspepsją (a właściwie karykaturą kartofli);
3) Grupa Wyszehradzka – w którą należało tchnąć ożywczy powiew na naszych
oczach odchodzi w niebyt; po wczorajszym zruganiu przez Kaczyńskiego premierów
możemy stracić na długo naturalnych sojuszników (pozostają tylko Czechy i
Litwa, ale czy i one nie odwrócą się od takich impertynentów?);
4) pozycja Polski w UE – nie jest polepszana, a tylko umacniamy stereotypowy
wizerunek (zaczęło się za SLD od konia trojańskiego wpuszczonego przez USA)
czarnej owcy, wichrzyciela i hamulcowego; strach myśleć, co mogą przynieść na
tym polu najbliższe dni i brukselski szczyt UE; nie mamy sojuszników, coraz
mniej państw jest nam choćby życzliwych.
Na tle tych trudnych do przecenienia klęsk i strat (ich rozmiary i skutki będą
nas uwierać przez długie lata – dopiero po jakimś czasie przekonamy się, ile
kosztowały nas w tym względzie rządy niewydarzonego pisuariatu), blado wygląda
jedyny sukces polityki zagranicznej Kaczyńskich, czyli sprowokowanie Rosji do
ukazania swojej prawdziwej twarzy Europie (czy też zmuszenie Europy, żeby
nareszcie przejrzała na oczy i zobaczyła, z kim się tak sielankowo kuma).
Ile czasu zabierze nam odrabianie strat w polityce zagranicznej? Następną
generację? Czy może tylko kilka lat? W każdym razie Platformę (bo nie wątpię,
że ona przejmie ster rządów po następnych wyborach) czeka herkulesowy wysiłek.