henrykkreuz
26.06.03, 11:42
Wprawdzie „darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”, to jednak, kiedy we
wtorek, 24 czerwca, zobaczyłem w telewizji uśmiechnięte i zadowolone z siebie
oblicze p. Jerzego Szmajdzińskiego, miłościwie nam panującego ministra Obrony
Narodowej, nie mogłem powstrzymać odruchów wymiotnych. Pan Minister donosił
nam bowiem z radością, że oto największa nasza zaprzyjaźniona sojuszniczka,
Bundeswehra, która się przezbraja, postanowiła sprezentować nam kilkadziesiąt
najnowocześniejszych samolotów produkcji sowieckiej, mig 29, które
odziedziczyła w spadku po, nieistniejącej od kilkunastu lat, armii naszej
jeszcze większej sojuszniczki, NRD. Samoloty te są bezwarunkowo świetne i
doskonałe, nawet, według słów Pana Ministra, lepsze i szybsze od najszybszych
na świecie samolotów innych naszych natowskich sojuszników. I dostaniemy je
całkiem za darmo, za symboliczną kwotę jednego euro. Co więcej, nasi
dobrodzieje zgodzili się oddać te cuda techniki bez uprzedniego remontu, tak
abyśmy sami mogli doprowadzić je do stanu używalności. Najpierw myśleli, że
wyremontują migi, ale, widocznie ulegli talentom negocjacyjnym naszych
zawołanych negocjatorów i postanowili zrobić jeszcze lepiej, taka
forma „ofsetu”, i pozwalają nam samym zająć się remontem. Będzie to znakomita
pomoc dla naszych bezrobotnych inżynierów i techników o specjalności
lotniczej. Przypomina się stary kawał, z czasów wojen na Bliskim Wschodzie,
kiedy to Związek Sowiecki wspierał intensywnie Egipt i kraje arabskie i
dostarczał im czołgów, armat i samolotów, całkiem tak jak dzisiaj Bundeswehra
nam. Jak wiadomo, ten wspaniały sprzęt wojenny, został w ciągu kilku zaledwie
dni całkowicie zniszczony. Potrzebne były nowe dostawy. Kawał opowiada, że
wysoki przedstawiciel Sowietów, zapytywał odpowiednio wysokiego
przedstawiciela Egipcjan, czy te samoloty i czołgi mają im dostarczyć od razu
popsute i nie nadające się do użytku, czy też Arabowie sami je zniszczą?
Poszliśmy dalej od Arabów, z których się śmialiśmy: wolimy od razu w postaci
złomu. Wiadomo, co potrafią zrobić złote ręce polskich majstrów! Wystarczy
popatrzeć na polskie drogi, po których jeżdżą setki tysięcy aut zachodnich,
które tam były nienadającym się do niczego złomem, ale wyklepane i
polakierowane wyglądają czasem lepiej niż nowe. Nie wątpię, że i te migi z
demobilu, jak się je wyklepie i odpicuje, będą w stanie obsłużyć nie jedną
wystawę, tylko kto jeszcze, jaki inny zacofany kraj na świecie, da się na to
nabrać?
Co się z nami stało? Gdzie i kim jesteśmy? Czym daliśmy się tak oślepić i
przekupić? Stanisław Cat-Mackiewicz, stary wileński żubr, którego los rzucił
na emigrację, wykpiwał polskie zauroczenie Zachodem, a Ameryką w
szczególności. W książce pod tytułem „Londyniszcze”, szydził bez miłosierdzia
z tej naszej przywary, opowiadał jak Polka idzie na targ, aby kupić wiadro, i
woli dziurawe amerykańskie od całego polskiego. Ale wtedy nikomu nie
przyszłoby do głowy, że kiedykolwiek przejmiemy niemiecki złom wojskowy na
uzbrojenie polskiego wojska! Czyżby ponownie wypełniły się ponure wizje
Słowackiego:
„Polsko! Lecz ciebie błyskotkami łudzą,
Pawiem narodów byłaś i papugą,
A teraz jesteś służebnicą cudzą”.
Jerzy Szmajdziński, komunistyczny peerelowski politruk, występujący dzisiaj w
roli ministra Obrony Wolnej i Niepodległej Rzeczypospolitej, przyjmujący od
Bundeswehry sowiecki złom lotniczy, dwadzieścia lat temu podarowany przez
Sowietów nieistniejącej od 14 lat Niemieckiej Republice Demokratycznej, który
dzisiaj ma służyć polskim lotnikom, to najbardziej ponury żart historii, jaki
jestem sobie w stanie wyobrazić. Tylko, że to nie jest żart, to polska
rzeczywistość AD 2003.
Jak do tego doszło? Jak to się stało? Myślę, że trzeba się cofnąć
do „cudownych wydarzeń” roku 1989, kiedy to spadła na nas wolność jak manna z
nieba.
Inny polski poeta, wołał do nas z dalekiej Aleksandrii, w sierpniu 1941 roku,
w wierszu zatytułowanym „Modlitwa”:
„Nie sprowadzaj nas cudem na Ojczyzny łono,
Ni przyjaźnią angielską, ni łaską anielską.
Jeśli chcesz nam przywrócić ziemię rodzicielską,
Nie wracaj darowanej. Przywróć zasłużoną....
Spraw, by wstała o własny wielki trud oparta,
Biała z naszego żaru, z naszej krwi czerwona,
By drogo kosztowała, drogo zapłacona,
Żebyśmy już wiedzieli, jak wiele jest warta....”
Nie stało się tak. W roku 1989 Polska nie wstała oparta o własny wielki trud,
ani z naszego żaru biała, ani z naszej krwi czerwona. Stało się tak, że
sowieccy politrucy, których nazwiska nie przejdą mi przez gardło,
pozamieniali sowieckie papachy na rogatywki, korony, które przedtem zdzierali
z polskich orłów, przywrócili na miejsce, ubeckim cinkciarzom, którzy
przedtem w ukryciu wymieniali z nami dolary oddali w pacht legalne już
kantory, pozwolili nam trzymać paszporty we własnych szufladach, język
rosyjski zastąpili w szkołach angielskim i zamiast do Moskwy zaczęli jeździć
po instrukcje do Waszyngtonu, Berlina i Brukseli. To wszystko nie jest bez
znaczenia, ale to wszystko należy do kategorii błyskotek, o jakich pisał
Słowacki. Zauroczeni tymi błyskotkami pozwoliliśmy politrukom i esbekom
przejąć na własność majątek narodowy, nie potrafiliśmy rozumnie, sensownie,
urządzić swego państwa. Sowieccy politrucy, zajęci „prywatyzacją”, pozwolili
nam na chwilę potrzymać lejce, ale nie pozwolili nam ani wybrać odpowiedniego
kierunku, ani wyrzucić ich z wozu. 14 lat chocholego tańca. „Lekko przyszło,
lekko poszło” – powiada mądrość odwieczna. Tak jak łatwo i bez wysiłku
przejęli fabryki, huty i stocznie, tak samo łatwo pozbyli się ich za grosze,
nie był to przecież dorobek ich życia. Czy z tą podarowaną nam wolnością i
niepodległością stało się już tak samo?
Ruch Obywatelski na rzecz JOW od przeszło 10 lat wskazuje drogę wyjścia z
tego zaklętego kręgu, pokazuje sposób odsunięcia od steru państwa sowieckich
politruków. Bez czołgów i armat, bez migów i innych akcesoriów, jakie
miłościwie może nam jeszcze podarować Bundeswehra czy US Army. Trzeba nam
upomnieć się głośno i dobitnie o system wyborczy, jaki u siebie stosują „nasi
sojusznicy, Amerykanie i Anglicy”. To jest sposób na odcięcie pępowiny, jaka
łączy III Rzeczypospolitą z PRL.
Ta propozycja zaczyna wreszcie torować drogę do świadomości polskich
inteligentów i do świadomości ogółu Polaków. Powoli, z trudem, ale jednak.
Miniony rok akademicki był, z tego punktu widzenia rokiem wielkiego
przyspieszenia. Najpierw, w październiku i listopadzie historyczne wybory
wójtów, burmistrzów i prezydentów miast, które ukazały siłę obywatelskiego
głosu i pokazały dobitnie, że wbrew temu, co twierdzą „warszawskie elity”,
poza koteriami partyjnymi są w Polsce ludzie, do których można się odwołać i
którzy są coś warci. Potem, nieoczekiwanie, wielonakładowe pisma,
jak „Rzeczpospolita” i „Wprost” przerwały zmowę milczenia na temat JOW, w
wyniku czego sprawą zainteresowały się szerokie kręgi intelektualne i
inteligencje. Do tego stopnia, że dzisiaj, w czwartek 26 czerwca, na
Uniwersytecie Warszawskim, w Instytucie Fizyki Doświadczalnej na Hożej
odbędzie się spotkanie na temat „czy JOW mogą uratować polska demokrację”, a
jutro, na tym samy Uniwersytecie, na Wydziale Prawa i Administracji, kolejna
konferencja poświęcona JOW!
Sceptyk powie: cóż to wszystko znaczy, jakieś dwa seminaria czy spotkania na
Uniwersytecie Warszawskim! A jednak! Kiedy przed laty, zaczynaliśmy podnosić
ten temat na Kresach Rzeczypospolitej, w Kłodzku, Nysie, Tarnowie, Krośnie,
Szczecinie, droga do Warszawy wydawała się strasznie daleka. I oto nagle ten
dystans zaczął się gwałtownie skracać.
W najbliższą niedzielę, 29 czerwca, postanowiliśmy wyruszyć z Częstochowy, z
Wałów Jasnogórsk