here.tyk
26.06.03, 13:26
Jakość naszej demokracji budzi coraz większe zniesmaczenie resztek
nieupolitycznionych elit, a tzw. prości ludzie z jednej strony dość
powszechnie krytykują nieuczciwość, niekompetencję i degenerację klasy
politycznej, z drugiej jednak strony ciągle przedłużają jej mandat.
Solidarność polityków stworzyła beznadziejną sytuację, w której każdy wybór
jest nieistotny, bo i opcje, i kandydaci różnią się niewiele, a współpracują
bardziej z rzekomymi konkurentami niż z elektoratem, który postrzegają jako
łatwą do otumanienia tłuszczę.
Czy nie byłaby dla nas, tłuszczy ciemnej, uzasadniona taka oto strategia, że
gremialnie odmawiamy mandatu klasie politycznej, po prostu nie biorąc udziału
w wyborach? Czym ryzykujemy? Że 10% elektoratu, tzn. aparatczycy z rodzinami,
wybiorą kogoś kompromitującego lub nieudolnego? A kogóż to niby wybiera
obecnie 40%? A swoją drogą, czy wybór Tymińskiego albo Rydzyka nie byłby
najszybszą drogą do przesilenia, które mogłoby powstrzymać teraźniejszy
(niezakłócany przez wybory) rozkład państwa?
Zauważmy, że w niedawnym referendum jedyną skuteczną strategią przeciwników
akcesji byłaby absencja, bo głosujący euroentuzjaści nie zapewniliby
wystarczającej frekwencji. Czy tu czasem nie jest podobnie? Czy jedynym
skutecznym głosem przeciwko degeneracji urządzeń społecznych nie byłby brak
głosu?
Osoby optujące za absencją wyborczą prosiłbym o wskazywanie jej krótko i
długofalowych skutków.
Osoby argumentujące za korzystaniem z czynnego prawa wyborczego uprzejmie
prosiłbym o podawanie nazw partii lub chociaż nazwisk polityków, na których
można byłoby głosować bez wstydu.