basia.basia
07.08.07, 23:43
tygodnik.onet.pl/1547,1429668,dzial.html
"Paraliż postępowy" - fragmenty:
"W przeciwieństwie do Marcina Króla nie uważam ostatnich dwóch lat za okres
całkowicie dla Polski stracony. Doceniam wysiłek min. Grażyny Gęsickiej, by
przygotować nasz kraj do wykorzystania środków unijnych, trafny wydaje mi się
kierunek polityki prorodzinnej, dzięki prezydentowi Kaczyńskiemu nadrobione
zostało skandaliczne zaniedbanie, jakim był brak uhonorowania bohaterów walki
z komunizmem. Nie przekreślałbym do końca efektów pracy min. Zbigniewa Ziobry
ani dążeń do ograniczenia wpływów rozmaitych korporacji zawodowych.
Pewnie parę rzeczy dałoby się jeszcze do tej listy dorzucić. Zgoda jednak, że
jak na dwa lata jest to dorobek mniej niż nikły. Krytycy PiS-u mają też rację,
gdy wskazują, że obok zaniechań (z których najbardziej fatalne w skutkach
okażą się zaniechania reformy wydatków publicznych i reformy służby zdrowia)
pod pewnymi względami rządy Jarosława Kaczyńskiego przyniosły regres.
Paradoksalnie, największy z nich dotyczy tego, co – obok walki z korupcją i
rozliczenia z czasami komunizmu – było trzecim filarem programowym PiS-u:
wzmocnienia państwa. (...) Inaczej niż wielu krytyków Prawa i Sprawiedliwości
uważam postulat wzmocnienia władzy wykonawczej za słuszny. Problem w tym, że
obecna ekipa zabrała się do tego zadania w sposób świadczący o anachronicznym
rozumieniu państwa. Posłużyła się mianowicie metodą centralizacji, i to
podwójnej. Z jednej strony podjęto próbę ograniczenia kompetencji samorządów,
a także lokalnej administracji państwowej (wojewodów), z drugiej – skupiono
ogromny zakres decyzji w rękach premiera i wąskiego grona jego najbardziej
zaufanych współpracowników. Skutkiem tych działań musi być postępujący paraliż
państwa.(...) Wchodząc na manowce etatyzmu, Jarosław Kaczyński doprowadził do
rozrostu biurokracji, ograniczeń, przepisów, kontroli... Dzisiejsze państwo
jest jeszcze bardziej pasożytnicze niż za czasów SLD i doprawdy niewielką
pociechę niesie świadomość, że rządzą nim (dodajmy: w resortach podległych
PiS) ludzie na ogół zdecydowanie uczciwsi od tych, których pamiętamy z dawnych
lat.
Klęska rewolucji moralnej
Równie dotkliwe jest fiasko idei moralnej sanacji życia publicznego. Sanacja
ta była powszechnie oczekiwana przez Polaków po szoku afery Rywina. Obie
partie centroprawicowe otrzymały w roku 2005 tak duże poparcie, gdyż wyborcy
wiązali z nimi nadzieje na rządy nie tylko bardziej kompetentne, ale przede
wszystkim zdecydowanie bardziej uczciwe. Pierwszym ciosem w tę nadzieję było
fiasko koalicji PO-PiS. Ale prawdziwą lekcją cynizmu okazało się zawiązanie
koalicji z Samoobroną. Zdecydowana większość Polaków nie przyjmuje do
wiadomości argumentacji liderów PiS, że dla koalicji tej nie było alternatywy
i że warto płacić cenę legitymizacji ugrupowań populistycznych w zamian za
wprzęgnięcie ich w dzieło naprawy Rzeczypospolitej. W oczach milionów Polaków
uznanie Andrzeja Leppera czy Stanisława Łyżwińskiego za prawowitych partnerów
do współrządzenia stanowi dowód, że liczy się tylko władza. Patrząc na to, co
dzieje się na jej szczytach, zwykli obywatele przechodzą skrócony kurs
demoralizacji.
Drugim ciosem w fundament moralny rządów PiS-u było zamazanie granicy między
religią a polityką. Do niedawna pakt z o. Tadeuszem Rydzykiem politycy
rządzącej partii tłumaczyli zamysłem pogodzenia elektoratu Radia Maryja z
prozachodnim i promodernizacyjnym kierunkiem polskich przemian. Po ujawnieniu
przez „Wprost" taśm z „wykładem" dyrektora toruńskiej rozgłośni już chyba nikt
nie wierzy w powodzenie tego zamysłu. Pozostał niczym nieprzysłonięty deal
polityczny, wyrachowany sojusz w walce o utrzymanie władzy. (...) Dlatego
jednym z najbardziej negatywnych skutków jego rządów będzie upolitycznienie
wizerunku i nadszarpnięcie autorytetu Kościoła – najcenniejszego kapitału
moralnego jakim dysponujemy. (...)
Trzecim przejawem klęski projektu moralnej sanacji Polski są losy ustawy
lustracyjnej. Kolejne nieudane wersje, atak na Trybunał Konstytucyjny,
wyciekanie z IPN wygodnych dla rządu teczek – wszystko to prowadzi do
podważenia zasadności lustracji, do zmęczenia sprawą nawet ze strony jej
zwolenników, do zobojętnienia młodego pokolenia na kwestię odpowiedzialności
historycznej.
Ostatnią wreszcie fatalną pozostałością po obecnych rządach będzie pogłębienie
atmosfery konfliktów i braku zaufania. Zaufanie to podstawowy we współczesnej
cywilizacji kapitał społeczny. Po czasach komunizmu odziedziczyliśmy go
wyjątkowo mało, ale ostatnie dwa lata były czasem bezprzykładnego trwonienia
tego bezcennego spoiwa więzi międzyludzkich. (...)
Inaczej niż wielu komentatorów lub polityków uważam, że osławiony „układ" – a
więc korupcyjny styk części kręgów biznesowych, politycznych, medialnych z
dawnymi służbami komunistycznymi i światem przestępczym – nie jest bynajmniej
wymysłem. Problem w tym, że walka z „układem" bardzo szybko przybrała formę
ataku na wszelkie elity społeczne, zwłaszcza na niechętną PiS-owi część
inteligencji. Nierzadko też retoryka walki z patologiami służyła do
dyskredytowania opozycji. W efekcie po dwóch latach rządów Prawa i
Sprawiedliwości zamiast „Polski solidarnej" mamy Polskę zawistną,
skonfliktowaną wewnętrznie, pogardzającą sobą nawzajem, a najbardziej –
politykami..."