linuxcrazy
11.09.07, 22:44
Sześciu na każdych dziesięciu młodych Polaków rozważa ewentualność
wyjazdu na Zachód. Tam chcą pracować i żyć. Są realistami: jeśli
pozostaną w Polsce, przez najbliższe lata nie mają szans na
utrzymanie rodzin na jako takim poziomie. Od przeszło dwóch wieków
Polacy szukają swojego miejsca na ziemi poza krajem ojczystym. Przed
laty emigrowaliśmy, ponieważ za udział w walce o niepodległość
groziła śmierć, więzienie lub zsyłka na Syberię. Potem kto tylko
mógł, uciekał przed "czerwoną zarazą" do wolnego świata.
Od kilku lat emigrujemy, gdyż ustąpiły dotychczasowe bariery. Wyjazd
za granicę jest prostszy i tańszy niż kiedykolwiek, a po drugie,
ważniejsze, ponieważ roztaczana przed Polakami od 1989 roku wizja
sytego, szczęśliwego społeczeństwa wolnych ludzi, budujących
gospodarkę rynkową i państwo otwartych możliwości, przepoczwarzyła
się w jakiś senny koszmar.
Przyczyna tego stanu to oddzielny temat, cóż jednak mają Polacy
począć, gdy - kilkanaście lat po zmianie ustroju - za miesięczną
pracę kasjerka w hipermarkecie otrzymuje na rękę (w przeliczeniu)
niecałe 400, pielęgniarka w szpitalu 480, a nauczycielka z
dwudziestoletnim stażem 560 kanadyjskich dolarów?
Ta, tak: wielu Polaków wybrało emigrację wcale nie z tęsknoty za
wygodniejszym życiem, tylko z powodu zerowych możliwości
zaspokojenia elementarnych potrzeb na biologicznym wręcz poziomie -
w swoim podobno kraju. Trzeba bowiem pamiętać, że nad Wisłą na
minimum socjalne w postaci dachu nad głową, wiktu, przyodziewku i
opierunku liczyć mogą wyłącznie osadzeni w więzieniach i aresztach.
Trzeba pamiętać i nie wolno zapominać, że do dziś są w Polsce gminy,
w których prawie połowa rodzin puka do drzwi ośrodków pomocy
społecznej. Tym ludziom nie wystarcza na nic. Nie mają na czynsz,
opał, gaz, elektryczność, środki czystości, ubranie, lekarstwa.
Niektórym brakuje na żywność.
Jeszcze niedawno dzieci ze środowisk popegeerowskich przychodziły do
szkoły z objawami choroby głodowej nie dlatego, że rodzice nie
dawali im jedzenia - oni nie mieli im czego dać. I skali tego
zjawiska nie sposób wyjaśniać wyłącznie ich życiową niezaradnością.
Wyjeżdżającym nikt nie obiecywał raju. Niektórzy rzeczywiście
dotarli do piekła, lądując w Londynie na chodnikowych płytach w
zaułkach Hammersmith i Fulham. Inni swój kres odnaleźli w szkockich
przytułkach dla bezdomnych. Jeszcze inni trafili na zaplecza miast,
zasilając grono stałych bywalców odbytnicy każdej większej
metropolii: menelską, zdegenerowaną społeczność włóczęgów, pijaków i
narkomanów.
Lecz część emigrantów przez piekło przeszła, by na końcu odbić się
od dna i wypłynąć na powierzchnię. Ci nie ukrywają, że ich wędrówka
często przypominała spacer po ostrzu noża. Od ławki w parku, przez
przytułek dla bezdomnych, po hostel dla wykolejeńców, skąd uciekali
do obskurnych, tanich nor, niekiedy pozbawionych podłóg, a czasem
nawet pozbawionych gazu czy prądu. Mimo to krok po kroku robili to,
na co w Polsce nie mieli szans: odgryzali się życiu.
Wreszcie, po roku czy dwóch, lądowali w dwu-, trzypokojowych
mieszkaniach w przyzwoitych domach, na obrzeżach małych, sennych
miasteczek, rozsianych po brytyjskiej czy irlandzkiej prowincji -
albo w samym sercu Dublinu, Glasgow, Liverpoolu, Bristolu, Sheffield
czy Londynu. Teraz ściągają z Polski narzeczone, żony i dzieci.
Kawalerowie żenią się, panny wychodzą za mąż, rodziny się
powiększają. Z wolna wtapiają się w otoczenie.
Nie czują się za swój kraj odpowiedzialni. Zapominają - może nigdy
nie przyszło im do głów - że to oni są Polską. Wykluczeni z szans na
przyszłość nad Wisłą, dziś budują dobrobyt Szkocji, Anglii, Walii.
Rozwój gospodarczy Irlandia w znacznej mierze zawdzięcza chętnym do
pracy Polakom. Cóż w tym dziwnego, że o emigrantach powszechnie mówi
się: "dar dla obcych, troska dla swoich".
Zarazem dzisiejsza społeczność emigrancka wydaje się odcinać od
sedna, czyli od refleksji dotykających pojęcia
patriotyzmu. "Wyjechałem, bo mój patriotyzm jakoś nie chciał
zapłacić moich rachunków!" - tę gniewną uwagę nadto często usłyszeć
można w dyskusjach poświęconych współczesnemu pojmowaniu miłości
ojczyzny.
Jasne, że patriotyzm rachunków nie zapłaci. Z drugiej strony: czy
odcięcie się od korzeni pozwoli emigrantom zbudować bezpieczną
przystań na obcej ziemi? Czy zdołają ocalić tożsamość? A jeśli nie,
czym zamierzają ją zastąpić?
Proszę nie posądzać mnie o zamiar oklaskiwania ludzi nawołujących
rodaków przebywających za granicą do owinięcia się w biało-czerwone
flagi i do publicznego przechadzania się z nimi tu i tam. Ale dla
emigrantów kwestia zachowania narodowej tożsamość stanowi problem
niebagatelny, nawet jeśli nie chcą o tym myśleć, bo nie zdają sobie
sprawy z zagrożeń, jakie na nich czyhają. Tożsamość to w ogóle nie
byle co. Tożsamość jest ważna, na obczyźnie dalece ważniejsza niż w
kraju.