Gość: Pytak
IP: 168.143.113.*
21.07.03, 14:45
Psubraty w Chrystusie
Konstytucja bredzi o równości i równouprawnieniu
kościołów i związków wyznaniowych. W realu nikt się
tym nie przejmuje, bo nie ma w naszej pięknej
ojczyźnie instytucji, która mogłaby się równać z
Kościołem kat.
W 1989 r., gdy rząd Rakowskiego pisał niesławną ustawę
o stosunku państwa do Kościoła kat., niech imię jej
będzie zapomniane, wpisał tam skwapliwie zasadę, iż
wszystko, co Kościół trzyma w łapie, to jego, a o
więcej może się upominać. Mówiąc bardziej formalnie –
wszystkie nieruchomości pozostające w posiadaniu
Kościoła, także te zbudowane przez inne kościoły,
trwale przeszły na własność katolików. Dla
zaspokojenia roszczeń dotyczących nieruchomości, które
Kościół utracił, powołano zaś tzw. komisję
regulacyjną, która mogła: oddać sporną nieruchomość,
dać coś w zamian albo wyznaczyć odszkodowanie. O jej
działaniu i skwapliwości, z jaką zgadywała wszystkie
życzenia czarnych, pisaliśmy nieraz.
Co ma Glemp
Założenie, iż Kościół dostaje prawo do wszystkiego, co
ma, kłóciło się nieco z zasadami przyzwoitości. W ten
sposób czarni zostali nagrodzeni za dokonywane jeszcze
w latach 70. i 80. napaści na zbory protestanckie na
Mazurach, które wyznawcy jedynie słusznej religii
odbijali siłą z pieśnią „My chcemy Boga” na ustach.
Także za przejęcie ponad 100 po wojnie odebranych
różnymi metodami świątyń prawosławnych. Szczególnie
atrakcyjny jest tu przykład cerkwi w Polanach, z
której w 1971 r. ludność napływowa w postaci górali po
prostu wypierdoliła na zbity pysk prawosławnych wraz z
ołtarzem. Wierni rozwalili w drobny mak ikonostas i
rozkradli co cenniejsze sprzęty liturgiczne. Kościół
kat. ogłosił likwidację prawosławnej parafii i
erygował parafię katolicką pod wezwaniem, a jakże,
Matki Boskiej Częstochowskiej. Sąd PRL zasądził –
ponad 10 lat później – wspólne użytkowanie świątyni.
Kościół podtarł się wyrokiem, wobec czego druga
instancja wydała kuriozalny wyrok na korzyść
katolików, prawosławni zaś 20 lat modlili się pod
płotem. Ów szlachetny poryw wiernych góralskich serc
również został zalegalizowany ustawą Rakowskiego.
Polski Autokefaliczny Kościół Prawosławny nie
protestował przeciw ustawie z maja 1989 r. Głównie
dlatego, iż wiedział, że gówno ugra. Ale też dlatego,
iż uzyskał zapewnienie, że on też – podobnie jak
wszystkie inne legalne wyznania – dostanie własną
ustawę, w której uzyska te same przywileje – czyli
dostanie na własność to, co ma, żeby mieć wreszcie
spokój. Po tym, co spotykało prawosławnych w kolejnych
wolnych Rzeczpospolitych, żeby wspomnieć tylko rok
1938, kiedy to polscy saperzy ochraniani przez
granatową policję wysadzili w powietrze 130 cerkwi ma
Lubelszczyźnie i Chełmszczyźnie – spokój wydawał się
wartością nadrzędną.
W posiadaniu prawosławnych było na początku lat 90.
m.in. ponad 20 cerkwi pounickich przejętych po wojnie
przez państwo na mocy dekretu dotyczącego mienia
wysiedleńców do ZSRR. W końcu lat 50. władze PRL
przekazały te cerkwie prawosławnym, którzy 17 z nich
wyremontowali, a 6 de facto wybudowali od nowa. I
myśleli sobie w pokorze ducha, że tak już zostanie. Co
upadło, to przepadło, a co przyszło, to zostanie.
Będzie spokój.
A guzik.
Czego nie ma Sawa
Mimo obietnic rząd Mazowieckiego spuścił do kanału
przygotowany przez Kościół Autokefaliczny projekt
ustawy. Ktoś – plotka głosi, że sam Grzegorz
Rydlewski, obecnie szara eminencja w rządzie Millera –
poradził prawosławnym, żeby złożyli projekt jako
wniosek poselski. I tak też się stało dzięki
życzliwości posłów lewicy. Ale projekt dający
prawosławnym na własność to, co mają w ręku, nie
przeszedł przez Sejm, bo ujawniły się protesty
grekokatolików, którzy wtedy akurat, pobłogosławieni
przez J.P. 2, rośli Polsce w siłę i nawet ogłosili, że
mają pół miliona wyznawców. Zamiast prostego
potwierdzenia status quo Sejm zaproponował sposób
dzielenia świątyń. Grekokatolicy i prawosławni mieli
się porozumiewać pod auspicjami szefa URM, a gdyby się
nie udało, to on dzielił cerkwie wedle dokładnie
wyznaczonych zasad: jak w miejscowości są dwie, to
jedną dostają ci, a drugą tamci, a inaczej decyduje
to, czy unici mają gdzie się modlić itp. Unici
oprotestowali i to rozwiązanie. W Senacie powstał
zatem projekt powołania komisji regulacyjnej, która
będzie rozstrzygać poszczególne konflikty. I to
rozwiązanie prawosławni gotowi byli zaakceptować, ale
tutaj włączył się – nigdy Państwo nie zgadną –
episkopat rzymskokatolicki.
W ustawie Rakowskiego wyraźnie zapisano, że katolikom
wara od dawnych świątyń unickich pozostających we
władaniu innych koś-ciołów. Chodziło o to, żeby
uniknąć wojny religijno-nieruchomościowej. To miało
być wynegocjowane z Kościołem kat. częściowe
zrównoważenie wszystkich przywilejów, które wyrwali
sobie wówczas czarni. Ale umowy tej – jak zresztą
żadnej innej – kler katolicki nie dotrzymał. Jak
ogłosił na posiedzeniu komisji ówczesny marszałek
Senatu Andrzej Stelmachowski – episkopat poinformował
go, że unici dogadają się z prawosławnymi, ale nie od
razu. Wobec czego fanatyczna katoliczka pani senator
Grześkowiak zgłosiła poprawkę mniejszości odsyłającą
ten problem do uregulowania w osobnej ustawie, jak
episkopat już zdecyduje, że grekokatolicy się dogadali
z prawosławnymi. Poprawka ta została – jak
oświadczyła – jakby zaakceptowana przez obie strony.
Zaakceptował ją jedynie Kościół kat., a zarówno
grekokatolicy, jak i prawosławni wyraźnie oświadczyli,
że takiej ugody nie było. Cóż, ale oni, w
przeciwieństwie do Matki Boskiej Senackiej, nie mieli
w parlamencie prawa głosu.
Poprawka Grześkowiakowej – uwalona na komisji, która
przyłapała ją na kłamstwie – została zaakceptowana
przez Senat, a Sejm nie zdołał jej odrzucić. Mało
tego, poprawka zmusiła prawosławnych do dzielenia się
z unitami spornymi cerkwiami. I znów prawosławni
pokornie zaakceptowali to rozwiązanie, głównie
dlatego, że chcieli mieć jakąkolwiek ustawę, bo
podlegali przepisom z roku 1938, a jak wtedy
traktowano Kościół Autokefaliczny w RP, napisałam
wyżej. Cierpliwie zatem czekali na obiecaną w poprawce
Grześkowiakowej nową ustawę.
Co orzekł Safjan
Po dziesięciu z górą latach postanowili upomnieć się o
swoje. Wystąpili do Trybunału Konstytucyjnego z
wnioskiem o stwierdzenie niezgodności z konstytucją
ustawy, która – streszczając długi i zawiły wywód
prawniczy – stwarza nierówność między kościołami, co
godzi w konstytucyjną zasadę równouprawnienia wyznań.
I co się stało?
Najpierw, przez rok, nic. Trybunał nie potrafił
powziąć decyzji. Potem – wieść gminna głosi – prezes
Safjan osobiście powędrował na ul. Miodową, aby
uzyskać światłe wskazówki w tej kwestii. Możemy to
zrozumieć: gdyby spór był między prawosławnymi a
katolikami – nie byłoby żadnej wątpliwości, ale jak
tłuką się prawosławni i unici – trzeba uściślić, kogo
popiera Glemp.
A skoro już uściślenie takie nastąpiło – Trybunał
nagle dostał przyspieszenia tak wielkiego, że
wyznaczył rozprawę w czasie krótszym niż dwa tygodnie,
które zgodnie z prawem muszą upłynąć od zawiadomienia
stron. Prezes Safjan olał protesty przerażonego
reprezentanta prawosławnych mec. Mikołaja Zdasiuka i
księdza profesora arcybiskupa Jeremiasza. Związana
z „Solidarnością” i Kościołem kat. sędzia Jadwiga
Skórzewska-Łosiak przesłuchała ich niespotykaną w TK
metodą, której do kompletu brakowało tylko kopa w
nerki, ale wreszcie zapadł wyrok. Trybunał uznał, z
grubsza biorąc, że skoro jeszcze nie ma obiecanej
przez Grześkowiakową ustawy, to nie można stwierdzić,
czy jest niekonstytucyjna. I niech sobie prawosławni
pokornie poczekają na to, co katolicy mają już