buraque
30.12.07, 11:35
Bardzo trafny komentarz Majcherka we wczorajszym wydaniu GW.
Zwłaszcza o tym, że kto próbował iść "po linii Episkopatu" zawsze
przegrywał.
"Ten spór to próba określenia miejsca i roli Kościoła w
społeczeństwie pod rządami nowej ekipy. Biskupi wychodzą z
założenia, że władza polityczna może się zmieniać, natomiast rząd
dusz ma należeć do niego, ponieważ jest depozytariuszem
nienaruszalnych prawd.
Kościół przeżył rządy komunistyczne, które były otwarcie ateistyczne
i antyklerykalne. Trudno przypuszczać, że boi się polskich
liberałów, którzy w dodatku są dalecy od sekularyzacyjnych zapędów.
Kościół po prostu chce obronić swą pozycję autorytetu i wyznacznika
norm i reguł w życiu publicznym.
Liberalno-demokratyczne państwo nie powinno wyznaczać obywatelom
wartości ani norm. Powinno stać na straży pluralizmu wartości i
systemu. Ale też stanąć po stronie świeckości, a więc
uniezależnienia norm i systemów prawnych od jednego - choćby
dominującego w społeczeństwie - systemu wartości. Optymalne
rozwiązanie byłoby takie, że in vitro czy aborcja są prawnie
dopuszczalne, ale korzysta z nich tylko ten, czyjego systemu
wartości to nie narusza. Ale Kościół się na to nie zgodzi.
Konflikt toczy się o charakter demokratycznego państwa. Kościół
zajął pryncypialne stanowisko. Uważa, że jest tylko jeden prawomocny
system wartości, którego to Kościół jest depozytariuszem. Państwo
nie powinno tego przyjmować do wiadomości. Bo państwo to przecież
wspólnota polityczna obywateli o różnych przekonaniach.
To test dla rządu. Jeżeli ulegnie i przyjmie bezkrytycznie
argumentację i żądania Kościoła, to zamknie sobie możliwość
zachowania neutralności i autonomii w sprawach światopoglądowych. I
stanie się w tym sensie zakładnikiem Kościoła.
Moim zdaniem niestety zostanie zawarty kompromis, który niczego nie
rozwiąże - np. religia nie wejdzie na maturę, ale będzie wliczana do
średniej ocen, a in vitro nie będzie refundowane, ale nie zostanie
zakazane.
Politycy są ślepi jak kury: nie widzą, że bliskie stosunki z
Episkopatem nie tylko nie dają profitów politycznych, ale wręcz
prowadzą do klęski wyborczej. Po 1989 r. im kto był bliżej
Episkopatu, tym gorzej na tym wychodził - mimo przeważającej
większości katolików w społeczeństwie.
Wygląda na to, że obywatele są dojrzalsi niż rządy, które sobie
wybierają. Bo potrafią oddzielić swój katolicki światopogląd od
kwestii pozycji Kościoła w życiu publicznym. Widocznie katolicy nie
życzą sobie, żeby Kościół wychodził poza role wyznaniowe."
www.gazetawyborcza.pl/1,75478,4797372.html