leje-sie
16.03.08, 15:38
Przecież nie o Traktat Reformujący i przyszły kształt UE. Ani nie o ustawę,
uchwałę, referendum i wyrażenie woli przez obywateli.
Nie chodzi o suwerenność Polski, której żadna ustawa czy jednostronna
deklaracja woli nie obroni. Przypominam, że każdy traktat międzynarodowy jest
NADRZĘDNY w stosunku do prawa krajowego i po to właśnie zawiera się traktaty.
Więc o co chodzi?
Tylko i wyłącznie o arytmetykę. Jarosław Kaczyński wie doskonale, i wie to
również Donald Tusk, że ratyfikacja ustawy większością 2/3 daje mu jedyną i
niepowtarzalną szansę realnego zaistnienia.
Mógł wybrać handel wymienny i utargować dla opozycji pisowskiej jakieś
mniejsze lub większe ustępstwa. Wybrał totalną konfrontację i postawił
warunek niemożliwy do spełnienia. Albowiem Kaczyński wie, i wie również Tusk,
że przyjęcie kaczyńskiego ultimatum osłabiłoby autorytet rządu w stopniu
znacznym. Ogon zamachałby psem. Tusk nie może na to pozwolić, jeśli chce
zachować autonomię władzy.
Na odrzucenie ultimatum zaś rząd, nawet przy poparciu LiD, który tym razem gra
rolę odpowiedzialnej i państwowotwórczej opozycji, nie ma wystarczającego
poparcia parlamentarnego. Arytmetyka, jak powiedziano.
Kaczyński wcale nie ukrywa, że chodzi mu tylko i wyłącznie o konfrontację,
upokorzenie, a jeśli się uda to zmiecenie "niegodnego" premiera i bandy, w
Kaczyńskiego rozumieniu, uzurpatorów.
No, ale taka banalna myśl jakoś niewielu komentatorom przyszła do głowy. Na
tym właśnie polega oczywista oczywistość genialnej strategii Genialnego Stratega.
Kto wygra, jaki styl zwycięży - koncyliacyjny Tuska czy konfrontacyjny
Kaczyńskiego? To zależy w ostatecznej kolejności od obywateli. Wydaje się
jednak, że mają oni w ciągłej pamięci niedawne wstrząsy polityczne i
regularnie wywoływane przez Kaczyńskiego awantury nie wiadomo o co. Wydali
wyrok pół roku temu i nie wygląda na to, by mieli ochotę na powrót do IV RP.
Do tego, biorąc pod uwagę niezwykłe zdolności Kaczyńskiego do zrażania do
siebie kolejnych kluczowych grup wyborców (warto przypomnieć zaktualizowaną
listę - inteligenci, mieszkańcy dużych miast, młodzież, internauci - i niech
mi będzie wybaczone, jeśli kogoś pominąłem) nie powinno nikogo dziwić, że
sondaże wyglądają, jak wyglądają.