warka_strong
16.03.08, 21:22
Przykład wzięty z zycia.
Problem dotyczy osoby z problemami laryngologicznymi. Pierwsza wizyta miała miejsce w jednym z wiekszych stołecznych szpitali. Lekarz ograniczył się jedynie do najprostszego (i zarazem najtańszego) wariantu - zwykłego badania gardła przy użyciu lusterka. Nie przeprowadził żadnego badania uszu i nosa. Po "oględzinach" gardła ograniczył sie do diagnozy "zapalenie krtani" i zaordynował antybiotyk. To wszystko!
Ponieważ problemy nie ustępowały pacjent został zmuszony do dalszych kroków - w ich efekcie jego problemem zajęło się jak dotąd pięciu laryngologów i dwóch internistów. Żaden z nich nie skierował pacjenta na _żadne_ badania typu tomografia, usg czy też inne tego typu. Problemy owego pacjenta nie ustąpiły, a momentami zdają się pogłębiać. Do czego zmierzam?
Otóż do smutnego wniosku - gdyby owego pacjenta już pierwszy lekarz skierował na kompleksowe badania koszt jego zdiagnozowania byłby realnie mniejszy aniżeli suma kosztów kolejnych wizyt w ramach NFZ. To marnotrastwo pieniędzy jest porażające. Z drugiej strony dobrze wiedzieć jak wielkie kwoty są marnowane na skutek nieudolności (a może i niewiedzy) lekarzy. Dlaczego nie wychodzi się z założenia, że pacjent dobrze zdiagnozowany przy pierwszej wizycie nie generuje zbędnych kosztów?