hrabia.mileyski
06.05.08, 14:10
Jednym z pierwszych i najważniejszych celów, jakie miała osiągnąć polska
demokracja po przemianach w 89 roku był pluralizm. Cokolwiek to miało
oznaczać, uzywane było w niemal co drugim zdaniu, wypowiadanym przez naszego
sławnego byłego prezydenta, lecz wygląda na to, że dziś w skali priorytetów
okreslenie to nie znajduje już poczesnego miejsca.
Czas w miejscu nie stoi i dziś nad "pluralizmem" zawisły ciężkie chmury. Na
górę skali priorytetów przepchnęły się okreslenia "normalność" (wiadome
konotacje), "poprawność", "postępowość", czy w końcu powszechna "tolerancja".
Jesli pluralizm okreslimy jako możliwość swobodnej wymiany poglądów, choćby ze
sobą skłóconych i sprzecznych, to ciekawe będzie spojrzenie, jak kształtuje
się wymiana poglądów w temacie, którego przedmiotem jest stosunek do kształtu
i sposobów działania Unii Europejskiej.
W licznych sondażach przejawia się euroentuzjazm Polaków. Taki też obserwujemy
u dzisiejszej władzy. Lecz istnieje przecież niemała liczba tych, którzy choć
z reguły nie negują samego istnienia Unii, ale mają sceptyczny stosunek co do
jej sposobów działania i wypracowanych do dziś reguł. Dość łatwo
scharakteryzować euroentuzjastów, choć zauważam, że są wśród nich tacy,
których nazwałbym kryptosceptykami. Czemu tak jest, że nie do końca są pewni
swoich poglądów, a właściwie nie ich samych, lecz śmiałości do ich głoszenia?
Wydaje się, że wracamy do spostrzeżenia, iż mamy do czynienia z hierarchicznym
spadkiem okreslenia "pluralizm". Problem, który dotyka grupę eurosceptyków
dotyczy (moim zdaniem) nietolerancji głoszących tolerancję, niepoprawności
wytykanej przez poprawnych i wstecznictwie, piętnowanego przez postępowych.
Tworzy się dość niebezpieczny aksjomat, któremu nie tylko trudno sie
przeciwstawić, ale też (a może przede wszystkim) który usiłuje nie dopuścić do
rzetelnej dyskusji na temat udziału Polski w Unii i równocześnie o samej Unii.
Sceptycy zostali zepchnięci na margines polityki, a debata publiczna jest
słabo zauważalna, albo po prostu jej nie ma.
Ci, którzy podnoszą głos są zazwyczaj pomijani, lub uznawani za oszołomów i
ciemnogród, nie mający nic wspólnego z ogólnym marszem ku postepowej przyszłości.
Pomijanie głosów sceptycznych i dający się zauwazyć brak refleksyjnego
spojrzenia na nasz, polski udział w tej organizacji może stanowić
niebezpieczny początek trendu, który już dziś staje się widoczny. Polega on na
tym, że w widzeniu niektórych urzędników, ale i polityków, rozwój kraju opiera
się głównie na dotacjach z Brukseli i stanowi główną podstawę dla
podejmowanych decyzji gospodarczych. Taka strategia może prowadzić do
wewnętrznej stagnacji i zaniku własnych, prorozwojowych koncepcji. To daje też
wygodę sprawowania władzy, usprawiedliwianej zbyt często za niemoc w kreowaniu
przemian. Zbyt chętnie ta władza wyraża zgodę na oddawanie przymiotów
suwerenności w zamian za czasowo korzystny zastrzyk finansowy. Wiadomo, jak
rodzą się uzaleznienia.
Dlatego też warto niekiedy zastanowić się nad głosami, które nie idą z takim
pradem.
A przede wszystkim dopuścić do dyskusji, realizując demokratyczną zdobycz
pluralizmu i swobody wypowiadania się.
W ramach tejże dyskusji pozwolę sobie zacytować słowa konserwatywnego
brytyjskiego politologa, wypowiedziane w wywiadzie na łamach Rzeczpospolitej.
Nie są to słowa przeciwnika Unii jako takiej, ale kogoś, kto dostrzega wiele
słabości w sposobie jej działania i widzenia przyszłości. Wywiad o tyle
ciekawy, że dotyka głównie problemów polskich w ramach wspólnoty. A skoro tak,
to chyba warto poznać, jak to widzi człowiek z zewnątrz.
Liczę, że i tu znajdą się chętni do wyrażenia swoich opinii.
"A czy zgadza się pan z tezą, że znaleźliśmy się na drodze do budowy
europejskiego superpaństwa?
– Aż tak źle nie jest. Centralizacja władzy w rękach eurokratów to wprawdzie
drobny krok w tę stronę, ale do utworzenia takiego molocha i zniesienia państw
narodowych jeszcze daleka droga. Faktycznie, przewidziano stworzenie
instytucji prezydenta UE, będzie również unijny minister spraw zagranicznych.
Ale by zbudować europejskie superpaństwo, potrzeba jeszcze kilku traktatów.
Proszę zresztą pamiętać o poważnej przeszkodzie – nie ma czegoś takiego jak
europejski naród, europejska opinia publiczna czy europejski patriotyzm.
W Polsce istnieją obawy, że Unia może zostać zdominowana przez Francję i
Niemcy, i realizować interesy tych krajów?
– Bracia Kaczyńscy mieli dobre powody, żeby sprzeciwiać się nowemu systemowi
głosowania w UE. Rację miał również Jan Rokita, gdy bronił systemu z Nicei.
Dla Polski był on wyjątkowo korzystny. A teraz wasze wpływy zostaną poważnie
zmniejszone. Podobnie jak wiele innych krajów, w szeregu spraw nie będziecie
mogli stosować prawa weta. Przekonuje się nas, że to pozwoli „zdynamizować
Unię” i przyspieszyć proces podejmowania decyzji. W Wielkiej Brytanii wielu
ludzi, zwłaszcza związanych z biznesem, nie podziela tego poglądu. Dla nich
to, że Unia będzie mogła swobodnie ustalać kolejne prawa, jest niemiłą
perspektywą. I tak zmagają się z tysiącem przepisów narzucanych z Brukseli.
Wracając do pańskiego pytania – choć traktat rzeczywiście poprawi pozycję
Niemiec, to wydaje się, że na tym dokumencie stracą wszystkie państwa
narodowe. Zyskają eurokraci.
W Polsce wielkie kontrowersje wzbudza zawarta w traktacie Karta praw podstawowych.
– I nic dziwnego. To pewnie najważniejsza i najbardziej kontrowersyjna część
traktatu. Określa się ją czasami mianem traktatu w traktacie. To
nieprzewidywalny i niebezpieczny dokument. Nie bardzo nawet wiadomo, o co w
nim chodzi, jaka jest różnica między pryncypiami a prawami. Karta praw
podstawowych – brzmi szlachetnie. Ale spróbujmy to przełożyć na język
prawniczy. Wtedy okaże się, że dokument daje wolną rękę prawnikom, którzy mogą
go dowolnie interpretować. Deklaracje szybko mogą się przerodzić w nakazy
prawne. Idea w obowiązek. Brytyjski rząd przecież zębami i pazurami walczył,
aby powstrzymać przyjęcie Karty. "........
Całość:
www.rp.pl/artykul/130043.html