Spór o Wałęsę, część I

01.07.08, 14:31
Trwa zaciekły spór o Wałęsę, ale nie tylko on. Toczy się wojna, w
której spór i wszystko, co z nim związane, staje się orężem
walczących stron. Niżej (w trzech kawałkach, ze względu na rozmiar)
próba odniesienia się do tego tematu. Starałem się pisać prawdę,
całą i tylko prawdę, jednak deklaracja nie gwarantuje oczekiwanego
wyniku. Wskazanie błędów jest pożądane – przybliża do rzeczywistości

buldog.
____________


Informacji i komentarzy na temat książki o Wałęsie tyle, a
konsekwencje zamieszania sięgają poza granice kraju. Historia z
początku lat siedemdziesiątych to dziś zaledwie kanwa i pożywka dla
nowej wojny na górze, która mogłaby się obyć i bez tego rekwizytu. Z
historią trzeba się poukładać, a dopiero po tym odnaleźć się we
współczesności. Zacznijmy od dygresji.
Kiedy słowo prześladowcy z SB ma być świadectwem prawdy, to
faktycznie, sytuacja niemiła i jakby z Mrożka, jeśli jednak zeznania
ubeka układają się w spójną całość z innymi fragmentami wiedzy o
sprawie, nie sposób go ignorować. Charakterystyczne: ci, którzy
jeszcze niedawno kwestionowali możliwość współpracy Wałęsy z
bezpieką, dziś jej nie zaprzeczają i dodają, że książka jest
wybiórcza i tendencyjna. Wiadomo już, że zasadne są zarówno
stwierdzenie wybiórczości materiału o Wałęsie, jak i replika –
książka to przyczynek, bez pretensji do obejmowania całości tematu.
Niecałe trzy lata temu Wałęsa sam prosił Jaruzelskiego (sic!) o
wystawienie mu świadectwa moralności i, wobec takiego zachowania,
zarzuty o wybiórczość świadectw i upokarzanie słowami ubeka tracą
sens. Czy więcej warte świadectwo konfidenta WSI, generała Ludowego
WP i członka PZPR Jaruzelskiego, nie ma co się zastanawiać. Tym
niemniej Jan Rokita powiedział wtedy, że go Wałęsa tą prośbą
upokorzył.

Mnie – nie. Co więcej, nawet nie zdziwił. GW również o upokorzeniu
nie wspomniała, widać nie za bardzo czuła się związana z Wałęsą. Nie
tak, by zabolało.

Faktem jest wykradanie przez Wałęsę dokumentów na temat Bolka, mówił
o tym minister prezydenta Kwaśniewskiego Siwiec, wspominały media.
To radykalnie podnosi wiarygodność zachowanych kopii i relacji
potwierdzających ich prawdziwość oraz każe zastanowić się nad wagą
zarzutów stawianych zeznaniom i materiałom. Adwersarze autorów
przyznają, że prawdopodobieństwo prawdziwości materiałów
obciążających Wałęsę jest bardzo duże, bliskie, ale nie równe
jedynce. Fachowcy twierdzą, że możliwość sfałszowania każdego
dokumentu z osobna, jest bardzo mała. Znikoma, ale wywołująca
wahanie przed wydaniem ostatecznego osądu rzeczy.

Przyjmijmy prawdopodobieństwo sfałszowania pojedynczego dokumentu
równe 0,001. Więcej się nie da, historycy potwierdzają, że
dokumentów na własny użytek bezpieka nie fałszowała. Dwa dokumenty
potwierdzające daną tezę, to prawdopodobieństwo przypadku jeden do
miliona, pięćdziesiąt – zawartość skromnej teczki – jeden do liczby
mniej więcej bilion razy większej, niż liczba atomów we
Wszechświecie. Prawdopodobieństwo sfałszowania pojedynczego
dokumentu można przyjąć i większe – choćby i 0,01, co jest już
ewidentnym błędem, bo sfałszowane dokumenty musielibyśmy napotykać
co rusz. Tak czy owak otrzymamy prawdopodobieństwo prawdziwości
takiego kompletu dokumentów niewyobrażalnie bliskie jedności. Na
przykład = 1 – exp(–100 ln10), tzn. jeden minus dziesięć do minus
setnej (edytor tekstu nie pokazuje wykładników).

W oparciu o dowody rzeczowe skazuje się, także na najcięższy wymiar
kary, osoby niewinne. Ich wartość, choć duża, również jest
ograniczona. Daleko mniejsza, aniżeli wielu dowodów pośrednich.
Doświadczenie amerykańskie pokazuje, że wykonuje się karę śmierci
także na ludziach niewinnych. Prawdopodobieństwo błędu jest rzędu
dziesięć do minus czwartej, tymczasem w przypadku oparcia się na
wielu materiałach, w każdym pojedynczym przypadku daleko mniej
pewnych, otrzymujemy pewność niemal absolutną. Wątpić w to, tak jak
wątpić w prawa fizyki. Trzymając się własnych procedur, sąd
orzeknie – nieprawda, prawa fizyki nie obowiązują (brak całkowitej
pewności). Ale co powiemy, jeśli kto będzie nalegał, żeby taki wyrok
potraktować poważnie? Wielkim przyjacielem sąd, większą przyjaciółką
prawda. Wyrok sądu nie pozwala (taka umowa społeczna) mówić o
współpracy Lecha Wałęsy z SB, jednak przedstawione dowody samą myśl
o jej braku czynią absurdalną. Wątpliwości nie ma.

Dawni sprzymierzeńcy, dziś przeciwnicy Wałęsy, nie nadają sprawie
rozgłosu w imię uczciwości, wolności wypowiedzi, sprawiedliwości czy
jakich tam innych, jak się wyraził C. G. Jung, -ości. Można byłoby
na to przystać, gdyby wcześniej nie byli nie tylko
współpracownikami, ale autorami inicjatyw, apologetami Wałęsy. Dziś
sprawa Wałęsy, to broń w wojnie publicznej i prywatnej. Motywy jej
są osobiste i polityczne, nie etyczne. Tym niemniej argumenty, jakie
przedstawiają wrogowie Wałęsy, są mocne.

Postarajmy się odłożyć na bok metodologię orzekania o winie,
spróbujmy, o ile się da, pozostać przy ustalaniu prawdy. Przyjmijmy,
co dyktuje rozsądek i zastanówmy, jak kształtuje to wizerunek Wałęsy
lat siedemdziesiątych.

Rozpoczął współpracę po stłumionym siłą strajku i zakończyl ją w
roku 1976, można się domyślać, pod wpływem wydarzeń radomskich. Kto
zna atmosferę początku lat siedemdziesiątych, ten wie, jak
przygniatającą przewagę miał nad człowiekiem aparat bezpieczeństwa,
do tego po objęciu rządów przez ekipę Gierka w kraju zapanował
autentyczny optymizm i do standardowych argumentów SB doszły
odwołania do wspólnoty narodowej, patriotyzmu, budowania drugiej
Polski etc. etc.

O Wałęsie mam w miarę ustalone, od lat to samo, zdanie. Jego obraz
poprawił się cokolwiek, kiedy dowiedzieliśmy się, że współpracę z SB
z własnej inicjatywy przerwał w roku 1976. Skandaliczne, szczegółowo
opisane przez media, ekscesy okresu prezydentury nie zmieniły, a
tylko utrwaliły wcześniejsze wyobrażenia. Jeśli chodzi o współpracę
z bezpieką, kapowanie na kolegów, współpracę za szmal i przywileje,
jest to coś takiego, co wiecznie budzi odrazę. Cały czas mówię o
własnych odczuciach i wyobrażeniach – nie podejrzewam Wałęsy o
podobne zachowanie. Myślę, że chodziło o mieszankę zastraszenia i
odwoływania się do patriotyzmu, które w tamtym czasie mogło zawrócić
w głowie, na jakiś czas, i ulepić go podług wybrażeń bezpieki. Plus
pomoc w załatwieniu mieszkania, plus pieniądze, nie na odwrót.
    • buldog2 Re: Spór o Wałęsę, część II 01.07.08, 14:33
      Wszystko razem stanowiło przeszkodę trudną do pokonania dla
      przeciętnego człowieka, tym bardziej dla młodego Wałęsy, o którym
      jeszcze wiele, bardzo wiele lat później można było powiedzieć wiele,
      tylko nie to, że miał choćby krztę rozumu. Pamiętają Państwo
      anegdoty na temat opanowania języka polskiego przez prezydenta
      Wałęsę? Kilka lat po odejściu z urzędu demonstrował w telewizji,
      jakie robi postępy – opanował obsługę Internet Explorera i pisze z
      szybkością znak na kilka sekund (z zastanowieniem).

      A jednak, po kilku latach, Wałęsa zdobył się na zerwanie współpracy.
      Wcześniej myślałem, że stało się to po zwycięstwie strajku 1980,
      wyborze na przewodniczącego NSZZ „Solidarność”, Wałęsa postanowił
      rozpocząć nowe życie. A może dopiero po Noblu? Jednak zrobił to bez
      żadnego zabezpieczenia, żadnego rzeczywistego oparcia, poza
      pewnością tego, że co robi, jest słuszne. To mu się pisze na plus,
      na pewno nie każdy by tak postąpił.

      Gdyby było tak, że mieliśmy do czynienia ze złamaniem, bądź, co
      równie prawdopodobne, „uwiedzeniem” Wałęsy przez bezpiekę, z
      klasycznym schematem; zerwanie przymierza, zejście z drogi i
      późniejszy powrót, moglibyśmy mówić o historii z happy endem. Cóż,
      kiedy życie daleko bardziej zróżnicowane woli nie wybierać idylli.

      Nie sposób odmówić Wałęsie bycia symbolem. Symbolem Polski,
      symbolem „Solidarności” i autorytetem dla sporej części
      społeczeństwa. Jednak na tym świeczniku został postawiony przez
      prawdziwych autorów, przywódców i bohaterów sierpnia ’80, z Jackiem
      Kuroniem i Adamem Michnikiem na czele. A nawet i bycie symbolem
      zobowiązuje. Tymczasem w obozie internowania Wałęsa napisał głośny
      list do Jaruzelskiego, zatytułowany „Panie Generale” i
      podpisany „kapral Lech Wałęsa”, – już nie Lech Wałęsa,
      przewodniczący NSZZ „Solidarność”, a kapral. W liście wyznawał
      błędy i zapewniał, że wiele się nauczył i całkiem inaczej patrzy na
      świat i prosi o spotkanie z Jaruzelskim. Gdyby komunistyczna horda
      przyjęła skruchę i pokorę Wałęsy, zgotowałaby mu los przywódcy NSZZ
      Rolników Indywidualnych Kułaja. Odszedłby w ciszę i zapomnienie, nie
      byłoby bohatera, ani nagrody Nobla, ani dzisiejszej zawiści i
      politycznych sporów. Mielibyśmy Wałęsę – bez oprawy, zdobnego
      przybrania, bez Nobla, piedestału i pałacowego blichtru. Jaruzelski
      i WRON-a sprawili, że stało się inaczej.

      Co było dla WRON wartością w początkach stanu wojennego, w końcu
      roku 1982 przestało mieć znaczenie. Komuniści czuli się mocno w
      siodle, los „Solidarności” był przesądzony i nie było już woli
      negocjacji. List, pisany na kolanach, wywołał, łagodnie mówiąc,
      konsternację w opozycji, oraz wśród ludzi Lechowi Wałęsie
      życzliwych. Tuż przed stanem wojennym, na Zjeździe „Solidarności”
      Wałęsa obiecywał „walenie po szczękach” i rychłe zwycięstwo nad
      komunistami, niespełna rok później wyznawał skruchę i prosił o
      wybaczenie. Nie zdradzie przypisywałbym tak radykalną zmianę
      stanowiska, co osławionej kondycji intelektualnej przyszłego
      prezydenta, w którym właśnie zaczęła kiełkować świadomości powagi
      sytuacji.

      Niewiele oglądamy publicznych wystąpień Wałęsy sprzed roku 1989, ani
      późniejszych, zaledwie pojedyncze migawki. Nie ma czego pokazywać.
      To co istnieje, nie kwalifikuje się ani do pokazania dzieciom, ani
      do cytowania. Jeszcze w czasie festiwalu „Solidarności” Lech Wałęsa
      udzielił wywiadu słynnej dziennikarce Orianie Fallaci. Co naprawdę
      wtedy myślała, Oriana Fallaci powiedziała wiele lat później.
      Przyznała, że po raz pierwszy i jedyny, chcąc zrobić coś
      dla „Solidarności”, świadomie skłamała i przygotowała fałszywą
      hagiografię. „Całkowity ignorant” – oto jedyne w swoim rodzaju i
      najłagodniejsze z możliwych podsumowanie Wałęsy.

      Nie był Wałęsa bohaterem wojny z Jaruzelskim, nie stał się nim i
      później. Jeszcze po otrzymaniu Nagrody Nobla tłumaczył się, że
      chodzi po linie i musi uważać na każdy krok. W roku 1991, w czasie
      sierpniowego puczu GKCzP, już prezydent, Wałęsa pierwszy pośpieszył
      z wiernopoddańczym hołdem dla Janajewa. Wtedy tylko charakter i
      prawość premiera Bieleckiego uratowały Polsce twarz. Znów to samo
      zobaczyliśmy wiele lat później, w czasie pomarańczowej rewolucji na
      Ukrainie. W rozmowie z Jackiem Żakowskim, po kilkakroć ponaglany i
      wydrwiony trząsł się na myśl o podróży do Kijowa, oczywiście z
      paszportem dyplomatycznym i ochroną. W końcu, pokazał się na kilka
      godzin i dał nogę. Odwagi starczyło prezydentowi Kwaśniewskiemu,
      Edycie Górniak i wielu innym, którym nawet do głowy nie przyszło
      pomyśleć o Noblu.

      Inaczej niż Wałęsa, zachowali się i Piłsudski, i Kuroń, i Michnik.
      Można nie podzielać niektórych ich późniejszych wyborów, ale żadnemu
      nie sposób odmówić charakteru i siły woli w czasie próby. Kiedy
      dziś, ludzie, których drogi się rozminęły, mówią, że skłonni są
      wybaczyć Jaruzelskiemu, ale nie Michnikowi, budzą nie tyle zdumienie
      i sprzeciw, co obrzydzenie.

      Doświadczenie stanu wojennego oraz coraz większe, z wiekiem,
      uświadomienie sobie możliwych konsekwencji konfrontacji odznaczyły
      się na psychice przyszłego prezydenta. O ile w kraju pozwalał sobie
      na wszystko, za granicą przekraczał tylko granice śmieszności, a w
      sytuacjach kryzysowych zachowywał pełną uległość wobec wichru zmian.
      Co również można mu zapisywać różnie, w żadnym razie nie wyłącznie
      na zło.

      Prawdziwie ciężkie zarzuty można postawić Wałęsie w okresie
      prezydentury. Gazeta i inne media wytykały skandaliczne i
      kompromitujące zachowania prezydenta RP. Wałęsa, wstępując na urząd
      w aureoli bohatera, odchodził w atmosferze skandalu mając niedługo
      potem jeden procent poparcia. Podstawowe cechy jego prezydentury,
      sposób sprawowania władzy, ukształtowały się w okresie, kiedy jego
      najbliższymi współpracownikami byli bracia Kaczyńscy. Współtwórcy i
      beneficjenci porządku pookrągłostołowego.

      Prezydent Wałęsa skompromitował urząd aż tak, że doprowadził nie
      tylko do zmiany Konstytucji i odebrania prezydentowi szeregu
      uprawnień, ale i powrotu świetności postkomunistów. „Falandyzacja
      prawa” (nieczysta parodia ładu, karnawał króla szalonych), skandale
      towarzyszące odwołaniu przewodniczącego KRRiTV i reszta dokonań
      niesławnej pamięci „psa łańcuchowego” prezydenta (Falandysza),
      działania antykonstytucyjne i antypaństwowe (obiad drawski),
      nepotyzm, pokrewna „semantycznemu nadużyciu” „pomroczność jasna” i
      szereg pełnych pogardy dla prawa i ludzi zachowań, wreszcie,
      identyczne z przygotowaniami do zamachu stanu, działania w ostatnich
      dniach i godzinach urzędowania – oto zarzuty bez porównania cięższe
      i znakomicie udokumentowane. Wystarczy sięgnąć do archiwów Gazety
      Wyborczej, która w swoim czasie wypomniała Wałęsie i współpracę z
      SB. Niezapłacenie podatku od kilku milionów dolarów dochodu za
      książkę, w tym kontekście to drobiazg, ot, kwiatek do kożucha.
    • buldog2 Re: Spór o Wałęsę, część III 01.07.08, 14:34
      Interesujące są zmiany publicznie okazywanego stosunku Michnika do
      Wałęsy. Trudno pomyśleć, by dzisiejsza afirmacja nie była tylko
      skutkiem ostrego konfliktu pomiędzy dwoma obecnymi obozami
      politycznymi, w którym Agora (stopniowo powiększając dystans od
      obecnego obozu władzy) stanęła po stronie władzy, przeciw koalicji
      PiS-LPR-SO. Własną ocenę Wałęsy Adam Michnik ujawnił po raz pierwszy
      za czasów pierwszej „Solidarności”, kiedy powiedział, że
      to „sierżant w okopach”, a prawdziwymi twórcami sukcesu są stojący w
      drugiej linii doradcy. Miał rację, powiedział prawdę. Tak samo miał
      rację, kiedy toczył bój z zewnętrznie demokratyczną, w istocie
      prymitywnie autorytarną władzą Wałęsy. Wałęsa sprawowal władzę w
      sposób bliższy do (rządzącego wówczas) Gamsahurdii, czy innego
      Czornowiła, albo dzisiejszego Szewardnadze. Dziś utrzymuje
      kontrowersyjne przyjaźnie z ludźmi takimi, jak osobliwy ptak Filin,
      to również skłania do zastanowienia nad stałością ciągotek Lecha
      Wałęsy. We wszystkim tym jest Wałęsa przeciwny polskiej tradycji i
      cywilizowanej polityce, za to bliski PC i zmutowanemu, wracającemu
      do korzeni PiS-owi.

      Jeśli przyjrzymy się powracającym co jakiś czas okresom afirmacji
      Wałęsy, przekonamy się, że za każdym razem jest to wynik wtórny
      innej konfrontacji, czy to ze Stanem Tymińskim, Kaczyńskimi,
      Giertychem czy innym Ojcem Dyrektorem. A za wszystkimi tymi
      akcydensami wyniośle i niezmiennie trwają pogarda i zrozumienie dla
      prymitywizmu i infantylności Wałęsy.

      Nie sposób pomyśleć, by Michnik mógł myśleć o Wałęsie poważnie wobec
      tego wszystkiego, co w swoim czasie pisała o nim Gazeta. Pod koniec
      kadencji Wałęsy głośna była dyskusja na temat celowości odwołania
      spotkania prezydentów – Weizsäckera i Wałęsy, a to ze względu na
      kompromitujące zachowanie ostatniego. Media, w tym opiniotwórcza GW,
      nie zostawiły na Wałęsie suchej nitki, sytuację uratował Weizsäcker,
      ucinając dyskusje decyzją o odbyciu spotkania, ze względu na powagę
      urzędu.

      Jaki to był prezydent, jeśli wstępował na urząd w glorii bohatera, a
      kończył mając kilka procent poparcia? (Kaczor Większy po częściowej
      utracie władzy ma trzydzieści razy więcej). Co powiedzieć o tym, jak
      w Krakowie bojówki tramwajarzy biły przeciwników Wałęsy? (BBC). W
      porównaniu z nimi i Młodzież Wszechpolska to wzór kultury i dobrych
      manier. Wałęsa przewodził wówczas takim, jak oni. Dowodził, że jest
      prawdziwym Polakiem proponując, by kto chce, wszedł z nim do bramy.

      Kiedy mężczyzna dąży do zaistnienia przez pokazywanie się w świetle
      reflektorów, to nie jest zachowanie męskie. To wpisuje się w
      archetyp kobiety. Pokazuje brak samoidentyfikacji i świadomość
      niskiej własnej wartości. Facet będzie się starał coś robić, nie
      ustawiać przed kamerami, żeby go podziwiali. To wszystko można w
      zachowaniu prezydenta zobaczyć i zrozumieć. Można zrozumieć i tych,
      którzy to tolerują.

      Uzasadnione poczucie wyższości Michnika, który nie pławi się w
      świetle jupiterów, potrafi obejść i bez Nobla (ta nagroda należała
      się Kuroniowi, Michnikowi, najprędzej całemu KOR-owi, a także jednej
      osobie z obozu władzy) żywi się i własną pobłażliwością, połączoną,
      można przypuścić, z pewnym dodatkiem zasłużonej pogardy. Taki jest
      ostateczny stosunek Adama Michnika do Lecha Wałęsy, odarty z
      chwilowych przyjaźni, taktycznych sojuszy i reszty akcydensów.
      Spokój i obojętność na zachowania „prezydenta szczególnej troski”.
      Bo kiedy z krytyką, choćby przesadzoną i częściowo niesłuszną,
      wystąpi ktoś, czyje słowa traktuje się serio, olimpijski spokój
      przemienia się w furię, wykorzystane zostają wszelkie dostępne
      środki, sądy etc. Oglądaliśmy to. Ale musi to być ktoś, nie bez bez
      grzechu i winy, ale nie Wałęsa.

      * * *

      Oddzielną postawę przyjął premier Tusk. Nie zaprzeczył stawianym
      Wałęsie zarzutom, ale udzielił mu moralnego wsparcia. Krok, moim
      zdaniem, stosowny w sytuacji, kiedy Wałęsa, bez rozgłosu, jeszcze
      raz przyznałby fakt współpracy, powiedział, kiedy ją zakończył i,
      najlepiej, oddał skradzione dokumenty. Prawie połowa respondentów w
      tłumaczenia Wałęsy nie wierzy i widać, że z biegiem czasu jest ich
      więcej. Jeśli kto zechce dowodzić krystalicznej przejrzystości
      stanowiska Wałęsy, stanie przed karkołomnym zadaniem wytłumaczenia
      coraz to nowych kłamstw, sprzeczności i absurdów, kradzieży
      dokumentów, mikrofilmów, zwracania dokumentów w zaklejonych
      kopertach, pustych kopert itd. Wszystko razem, to tak jednoznaczne
      potwierdzenie stawianych zarzutów, że dowodzenie twierdzenia
      przeciwnego jest o wiele bardziej surrealistyczne, niż rozpłynięty
      zegar.

      Opowiedzenie się po stronie Wałęsy w każdym szczególe, a tym
      bardziej nowela ustawy o IPN nie przyniosą rządowi nic, poza utratą
      zaufania wyborców. Opozycji da to możliwość wykorzystania
      niezliczonych miażdżących Wałęsę opinii, Gazety i innych mediów,
      sympatyzujących z dzisiejszym obozem władzy. Zacietrzewienie, wbrew
      rozsądkowi, spowoduje widoczny spadek zaufania do PO, przede
      wszystkim wśród ludzi młodych i jednoznacznych w ocenach. Pierwsze
      oznaki tego widzimy już w nagłym, niczym innym niewytłumaczalnym,
      spadku popularności Platformy i jednoczesnym wzroście notowań PiS.
      Źle się to odbije na przygotowaniach oraz możliwości przeprowadzenia
      reform państwa.

      Ważne są międzynarodowe skutki zamieszania. Odsłanianie trudnej do
      przełknięcia przeszłości powinno odbywać się
      w pracach historyków, dyskretnie i po cichu, by nie szkodziło
      wizerunkowi Polski. Bez względu na okoliczności, Wałęsa jest
      wizytówką Polski, innego żywego symbolu Polski nie mamy. Zgodnie z
      racją stanu należy akceptować publikacje trudnych do przyjęcia
      faktów, natomiast wszelkimi środkami zwalczać nadawanie im rozgłosu.
      Zarzut odnosi się do głośnych oskarżeń, ale i publicznych replik, w
      których w niewielkim już stopniu chodzi o prawdę. Jedne i drugie
      szkodzą Polsce.

      W ostatnim Subiektywie w TOK FM P. Ewa Wanat rozmawiała o wizerunku
      polskich mediów w świecie, w kontekście trwającej ponad dwa lata
      politycznej batalii i najnowszej bitwy. Nieważne, który obóz zyska
      na tej walce, bardziej istotne, jak wpływa ona jakość i obraz
      polskich mediów w świecie, pośrednio i na obraz Polski. Problem jest
      szerszy i bardziej dotkliwy, niż degradacja „Rzeczpospolitej”, o
      której mówiła korespondentka z Niemiec. Naszych poprzedników
      zajmowały wielkie spory, o istnienie świata, istnienie człowieka.
      Mamy je zastąpić roztrząsaniem szczegółów sporu o Bolka?

      Życie jest ponad tym. Może uda się przezwyciężyć tę słabość,
      jałowość piekła zemsty. Porzucić przedstawienia, a myśleć o naprawie
      państwa. Tak jak w roku 2005, zanim rozpętano wojnę na wyniszczenie.
      Winni powinni zostać wrzuceni do Lety i wydaje się, że to jest
      zadanie przede wszystkim dla dziennikarzy. Politycy mają tworzyć
      warunki do rozwoju, likwidować patologie życia społecznego,
      sądownictwa, zmienić ordynację wyborczą. Gwarancją pozycji jest
      dziesięcioprocentowy wzrost gospodarczy i pozyskiwanie
      sprzymierzeńców gdzie się da. Nie pozorne działania rządu i
      koprofagia opozycji. Sprawa Bolka, zajęcie historyków, powinna
      zniknąć z polityki.

      Pozdrowienia
Pełna wersja