mackowy1
17.11.09, 17:16
Koniec roku zapasem, więc czas zamykania pewnych spraw, by od nowego roku móc
otworzyć nowe. Wybrałem się czasem ostatnim do naszego miejskiego urzędu, żeby
sprawdzić, czy wszelkie zobowiązania finansowe mam uregulowane.
Parkuję z tyłu urzędu.
Wchodzę tylnymi drzwiami, bo nie zwykłem obchodzić urząd dookoła, żeby wejść
głównym wejściem. Wchodzę więc drzwiami tylnymi, i... po otwarciu drzwi bucha
na mnie śmierdząca "para" nikotynowego zabójcy. Pomiędzy jednymi a drugimi
drzwiami, niewielki korytarzyk tonie w dymie z papierosów. koszmar!
przechodząc pospiesznie przez ów korytarz, czuję, że jestem cały przesiąknięty
tym "smrodem".
w myśli przywołuję sobie interpretację przepisów o zakazie palenia w miejscach
publicznych.
nic to.
idę do odpowiednich wydziałów. załatwiam swoje sprawy.
w obawie przed ponownym zatonięciu w dymie papierosowym wychodzę głównymi
drzwiami, obchodzę ratusz i wchodząc do samochodu, widzę grupę urzędników -
piersi których zdobią placówkowe identyfikatory - kosztujących się kolejnymi
zaciagnięciami nikotyny.
urzędnik. wzór społeczeństwa - nie przestrzega prawa. Bo ustawa antynikotynowa
mówi, że w miejscach publicznych palić można - owszem, ale w pomieszczeniach
wyodrębnionych i odpowiednio do tego przygotowanych - w których między innymi
jest odpowiednia cyrkulacja powietrza. Najwyraźniej szanownym Państwu palaczom
wydaje się, że takowa cyrkulacja ma miejsce także przy drzwiach wejściowych.
pomijając nawet to.
wejście jest wizytówką urzędu. tłumnie palący urzędnicy nie dodają miejscu
uroku, ani urzędnikom - zaufania do nich.
dziwi fakt, że burmistrz ów fakt toleruje.
choć - nie wiem - być może sam pali.