tadeusz001
02.06.09, 23:41
Niestety dziś przelała się moja "czara goryczy" i postanowiłem podzielić się moimi troskami z innymi

Przeprowadziłem się na wieś - do jednej z podserockich wsi, skuszony bliskością natury, piękną okolicą i ... zgodnie z zapewnieniami Pana, od którego kupowałem działkę, sąsiedzką życzliwością.
Nie wiem dlaczego, ale od początku czuję się nietolerowanym i niechcianym sąsiadem. Sąsiedzi z ulicy tylko wypatrują, kiedy przechodzę ja, albo ktoś z członków rodziny - żeby zrobić nam awanturę a przynajmniej "zwrócić grzecznie uwagę". Pretekstem są zawsze nasze dwa psy (suka 11 lat niewiele jej już życia zostało, pies 2 lata wesoły, niegroźny, choć wielki i może swoją wielkością budzić respekt). Fakt, codziennie chodzimy z naszymi psami na spacer. I tu zaczynają się schody. Połowa sąsiadów znienawidziła nas za to. Zupełnie tego nie rozumiem. Psy chodzą na smyczy (z wyjątkami, kiedy na ulicy jest zupełnie pusto, czasem ten młodszy jest spuszczany,a le zawsze z kimś ze smyczą). Pilnujemy, jak tylko się da, żeby nie załatwiały swoich potrzeb gdzie nie trzeba (no, czasem się zdaży katastrofa, ale nie ma jak tego sprzątnąć, bo przecież we wsi nie ma ANI JEDNEGO pojemnika na śmieci - o czym wiedzą wszyscy mieszkańcy i beztrosko wywalają butelki, puszki i torby w krzaki - ale to pewnie jest ok,psia kupa jest be). Schodzimy wszystkim z drogi... a jednak to nie starcza.
Pierwsza sąsiadka, sama mająca dwa jamniki i wiecznie otwartą bramę (a może to jej sąsiadka?), przez którą wybiegają z wyciem na ulicę, zrobiła niesmaczne uwagi, że ona się boi i nie życzy sobie, żebym tędy chodził (droga powiatowa) - tylko postukałem się w czoło. Drugi sąsiad zarzucł mojej mamie, że specjalnie przyprowadza psy, żeby obsikiwały mu podmurówkę pod ogrodzeniem. Jego pies, wesoły rudy kundelek zawsze jednak wybiega przez dziurę w płocie i buszuje po całej okolicy - nie raz już tak bardzo przeszkadzał i rozpraszał tym moje psy, że musieliśmy wracać do domu. Murek jest obleśny i nigdy chyba nie pomalowany - ale cóż, specjalnie wyprowadzamy psa, żeby go obsikiwał... no oczywiście. (jego pies prawdopodobnie, nie kestem jednak pewien na 100%, zniszczył nam z 1,5 roku temu ogrodzenie, jak suka miała cieczkę, usiłował się do niej dostać - rozdarł siatkę od dołu)
Kolejna Pani znów wymyśliła, że nie możemy przechodzić obok jej domu, robimy to złośliwie i ona nie może przez to spać. Fakty były takie, że ona ma dwa psy, które są strasznie agresywne (zresztą jeden rzuca się na drugiego), i jak tylko kogoś widzą to niemiłosiernie ujadają - co ją budzi - no ale, czy to owtatecznie moja wina? Kolejna Pani wymyśliła, że nasze psy robią kupę na skrawek trawnika pomiędzy jezdnią a jej płotem - jest tam może ze 20 cm chwastów, NIGDY w tym miejscu się nie załatwiały - specjalnie zwracam na to uwagę, bo obok stoi "święta figura" i zawsze się bałem po prostu zlinczowania, gdyby pies tam zrobił choćby siusiu. Jak widzę miałem rację co do swoich obaw. Z tydzień temu facet ze Stasi Lasu przychrzanił się, że idziemy z psami jego prywatną drogą i cytuję "one tu srają" i on nam zabrania. Droga na wszystkich mapach jest zaznaczona jako publiczna, gmina ostanio utwardziła tam nawierzchnię (napewno za darmo na jego prywatnej to zrobiła, już w to uwierzę) To, że jego gołębie, ktore chowa, srają na mój dach to już pewnie nie ważne. No a dzisiaj jeszcze inna kobieta przeszła już sama siebie. Mama szła sobie rano z psami, kobieta szła z naprzeciwka i wyjechała tak: "jak długo mamy się jezcze bać, jak pani tu chodzi z tymi psami?!" (droga powiatowa!, przy niej mieszkamy, nie może nam zabronić chodzenia - co mamy fruwać?; obok jak zwykle latają luzem jamniki z sąsiedztwa). Mama na to w stylu :"proszę Pani, tu latają nezpańskie psy, ja swoich pilnuję" Ona: "ale o nie moje psy!" Mama: "czy moj pies kiedykolwiek przestraszył Panią, lub chociaz podszedł do Pani" Ona: "Nie, ale sam wygląd wystarczy"! Wtedy mamie puściły nerwy i powieziała jej, że za wygląd to ją powini zamknąć. Może nie powinna była, ale jak się tych samych uwag słucha co dwa, trzy dni, to w końcu człowiek zaczyna czuć się osaczony i po prostu nerwy puszczają.
Czego oni oczekują, że się wyniesiemy?! CO miało znaczyć to "jak długo mamy się bać" Co myśmy im zrobili?! Może mi ktoś wutłumaczy, co kieruje takimi ludźmi, że wyjeżdzają z mordą i takie bzdury wygadują? Ja tego zrozumieć nie mogę...
Czy w tej okolicy naprawdę sami chorzy na psią fobię mieszkają? Wariactwo gorsze niż w centrum Warszawy! Tyle kiedyś słyszałem chłopskiej zawiści i nie wierzyłem. Teraz wierzę. Jak można taką niechęcią i złą wolą do sąsiadów zionąć. Skąd tyle niechęci w ludziach?! Niezrozumienia, i braku tolerancji. CHoć muszę oddać sprawiedliwość, że na kilkanaście domów przy mojej ulicy, nieprzyjemności spotykają nas tylko ze strony mieszkańców czterech, góra pięciu. Z innymi mówimy sobie kulturalnie dzień dobry, czasem porozmawiamy.
Czy tylko ja mam takie kopoty, czy inni psiarze w okolicy też się z tym stykają?