szymon66
05.01.06, 21:23
Mimo, że na Sadybie mieszkam od zawsze i kiedyś wykopywaliśmy granaty z fosy
przy Morszyńskiej to przez ostatnie lata nie zaglądałem często na ulicę
Okrężną. Już dwadzieścia lat temu w mojej pamięci utrwalił się ten śliczny,
ale zaniedbany zakątek.
Ostatnio jednak jestem zmuszony zaglądać tam codzienne i do szewskiej pasji
doprowadza mnie nie stan drogi tylko sąsiedzka bezradność i brak skutecznej
inicjatywy społecznej. Szefowie sporych firm, których jest na ulicy Okrężnej
koło dwudziestu zamiast skrzyknąć się i zrobić zrzutkę na skuteczne
załatwienie remontu drogi potrafią tylko bezradnie rozłożyć ręce i zapytać :
a co my możemy ? Zamiast mieć reprezentacyjne siedziby przy zabytkowej i
najpiękniejszej ulicy na Sadybie i być może na całym Mokotowie od lat wolą
tonąć w błocie wiosną i jesienią. Zerwanych zawieszeń i połamanych podwozi
samochodów swoich i klientów. Jeszcze naiwniacy płacą olbrzymie podatki
zamiast ogłosić w prasie bojkot dopóki władze miasta nie przestaną kpić z ok.
1000 ludzi tam mieszkających (blok Sadyby Oficerskiej, nowy
apartamentowiec „Sawa Park” i we wszystkich okolicznych domach prywatnych.
Co do „Sawy Park” trzeba być niespełna rozumu żeby kupić mieszkanie za
ciężkie pieniądze w eleganckim osiedlu za to z dojazdem jak dla furmanek z
czasów Bolesława Bieruta. Zamiast żeby deweloper współfinansował remont ulicy
do czasu zasiedlenia osiedla, mieszkańcy z wyższych sfer biznesowych topią
swoje drogie autka w błocie i szlamie. Co najmniej dwóch „radnych-bezradnych”
ma mieszkania wykupione w tym osiedlu i nawet oni nie potrafią od lat
doprowadzić do rewaloryzacji tak pięknego zakątka starej Sadyby.
Za to prywatni właściciele domów płacą, co roku wyższe opłaty a nakłady na
infrastrukturę uliczną w tym miejscu równają się zero złotych od wielu lat.
Zamiast transparentów pod Urzędem Dzielnicy Mokotów pokornie znoszą życie
w „slumsach” żywcem przeniesionych z czasów okupacji. Karetki Pogotowia
Ratunkowego przyjeżdżające na Morszyńską lawirują z pacjentem w środku między
gigantycznymi dziurami w nawierzchni i też nikomu
to nie przeszkadza.
A co już najbardziej zabawne spora część z tych 1000 mieszkańców pisze
pokorne listy i petycje do władz prosząc uniżenie, żeby ta się zlitowała i
zechciała doprowadzić do nich cywilizację jeszcze za ich żywota. Pisma
trafiają do opasłych segregatorów w tej sprawie a „gnój” jak był tak jest
nadal
Do niektórych domów wartych milion złotych dojeżdża się „drogą największej
kompromitacji władz samorządowych Mokotowa”.
Ale skoro to mieszkańcom nie przeszkadza żeby się skrzyknąć i skutecznie
wywalczyć drogę to ja się mam martwić ?