gugalanda
29.09.09, 10:16
Pamiętam, że omawiało się te zagadnienie już kiedyś, w liceum, przy okazji
Zbrodni i kary Dostojewskiego - ponieważ jednak, jak to w szkole - zazwyczaj
najwięcej czasu zajmowało nie dojście do żadnych konkretnych wniosków, poza
tymi, że edukacja to niepotrzebny kaprys ateńskich prominentów, a w sklepiku
nigdy nie ma słodkich bułek – nigdy nie umiałam tego jasno rozstrzygnąć.
Ostatnio jednak znowu zaczęłam się nad tym zastanawiać, a to wszystko,
oczywiście, z powodu wiadomości o aresztowaniu Polańskiego. (ostrzegam tutaj
lojalnie, że w dalszej części przewodu logicznego nie dochodzę do żadnych
wniosków, wtykam jedynie palucha do kremu na cieście i przeciągam, patrząc ile
się nabierze). No i się Was pytam, co Wy o tym myślicie?
Czy jest coś takiego jak – przyzwoleniem tego nie nazwę, bo to zbyt mocne
słowo – czy jest coś takiego, jak psychiczne przeświadczenie (do którego
głupio się czasem przyznać prze samym sobą), że jednostkom wybitnym wolno więcej?
Jedno zastrzeżenie, kilka przykładów:
zastrzeżenie: pisząc „jednostka wybitna” NIE mam na myśli celebrytów, w każdym
razie nie wszystkich. Pytanie moje NIE brzmi: czy osobie znanej wolno więcej,
pytanie brzmi: czy jednostce genialnej wolno więcej. (na potrzeby tego
sformułowania przyjmijmy, że RP jest genialnym reżyserem, bo tu chodzi o
abstrakcyjny przypadek oparty na konkretnym nazwisku, a nie o głęboką
dyskusję n/t, że filmy kręcił kiepskie, a tak w ogóle to nawet czyjś szwagier
lepsze etiudy potrafił stworzyć, używając do tego tylko telefonu komórkowego,
psa i czystych rąk.)
Uważam, że to rozróżnienie jest zasadne, bo w społeczeństwie panuje – mimo
wszystko, a może: jeszcze mimo wszystko – przekonanie, że celebryta różni się
od zwykłego człowieka tym, że nie ma mózgu, nie ma wstydu, ale za to częściej
robi mu się zdjęcia – w związku z tym w głębi duszy przeciętny zjadacz pudelka
cieszy się perfidnie, gdy widzi, że Paris Hilton odpowiada za jazdę samochodem
pod wpływem „jak zwykły, szary obywatel”. Wot, myślała, że taka z niej
gwiazda, a tu kajdanki nosi jak każdy inny.
O, natomiast z jednostkami wybitnymi jest trochu inaczej.
Geniusz innych się podziwia, nawet jesli się do tego nie przyznaje, osoby
genialne traktuje się z większą estymą – nie bez powodu przez wieki ukuło się
powiedzenie, że ktoś ma „iskrę bożą”, albo w pewnych dziedzinach jest „boskim
pomazańcem”. Nie bez powodu Lombroso, choć wygenerował w życiu wiele teorii
durnych i śmiesznych, był przekonany, że geniusz zawsze łączy się z siłami
mrocznymi, boskimi, nienazwanymi, że nieodłącznym niemal elementem geniuszu
jest wewnętrzne pokręcenie (no bo – dowodzono - jak inaczej, skoro taki
człowiek obcuje z boskimi siłami, nawet myjąc nogi? na każdym to musi odcisnąć
wpływ :)), powiedzmy nawet: choroba psychiczna (C.L. Geniusz i opętanie).
Tradycja kultury pokazuje więc, że geniusz traktowany był jako coś
nadnaturalnego, coś, z czym można było obcować, nigdy nie wiedząc, do jakiego
stopnia i kiedy obcuje się z człowiekiem, a do jakiego z boskim darem – w
konsekwencji więc geniusz jako coś nadnaturalnego często traktowano
nadnaturalnie, inaczej niż zwykle.
Kiedy się daną osobę podziwiało przez całe życie, kiedy się było wielkim
miłośnikiem jej twórczości, ciężko jest przyznać, że mogła ona tak po prostu,
jak zwykły człowiek, zbłądzić. Jedną z najbardziej ludzkich cech człowieka
(pozorne masło maślane) jest to, że niechętnie zmieniamy o kimś - raz
wyrobione - zdanie, a wszystko z prostego powodu: nienawidzimy się przyznawać
przed sobą do błędu i do tego, że się oszukiwaliśmy.
Chciałam zrobić tutaj jakieś nawiązanie kulturalne, które wszyscy
zrozumiecie, przez chwilę pomyślałam o Biblii, ale potem zdałam sobie sprawę z
tego, że to chyba zbyt hermetyczne (;-P) nawiązanie na forum, więc nawiążę do
dr Housa. Ciekawy przypadek: facet z jego charakterem nie znalazłby miejsca w
społeczeństwie, pozwala sobie na rzeczy, które uznajemy za niedopuszczalne.
House jest jednak geniuszem, więcej: ratuje ludzkie życie, zastępując chwilami
Boga, gdy ten bierze urlop zdrowotny. Wszystkie wybryki uchodzą mu na sucho,
bo „ten sukinsyn jest naszym najlepszym lekarzem”. U House'a geniusz wytwarza
aurę, która sprawia, że jest nietykalny. Gdyby był zwykły, byłby spalony jako
cham i prostak, powiedzmy: „jako zero, które myśli, że jest milionem dolarów”
- ponieważ zwykły nie jest, fascynuje ludzi już którąś tam serię z kolei.
No, tutaj jest ten myk: z jednej strony można uznać, że geniusz, nie geniusz,
człowiekiem jest się zawsze i jako człowiek się powinno odpowiadać za
nieludzkie zachowanie.
Ale z drugiej strony ktoś powie: no tak, ale genialne jednostki pojawiają się
na świecie tak rzadko i wnoszą przy tym tak dużo, że chyba powinny być pod
specjalną opieką?
Ten myk tak naprawdę nazywa się dylemat moralny :-P