bukiet_warzyw
08.02.10, 14:40
Zostałam dziś oskarżona o to, że nie myślę o przyszłości. Bo zamiast wziąć
kredyt, kupić M-2 w bloku i zacząć rodzić wnuki, razem z małżonkiem
"rozpieprzamy kasę na jakieś wyjazdy".
No fakt, rozpieprzamy - dopiero od kilku lat możemy sobie pozwolić na to, by
cokolwiek odłożyć i wszystko co odłożymy, ląduje na innych kontynentach.
Dobrze nam z tym, od kiedy podróżujemy mam wrażenie, że to moje życie nabrało
jakiegoś sensu. Zupełnie nie mam ciągot do tego by coś posiadać - mieszkanie,
meble, ciuchy zupełnie mnie nie interesują. No i dzieci - kompletnie nie mam
instynktu macierzyńskiego, dzieci mnie denerwują, a wizja mnie jako matki
kojarzy mi się z dożywociem z kulą u nogi.
Ale moi teściom nasze życie się nie podoba. Zaczęli w moim mężu wywoływać
poczucie winy, na zasadzie "marzymy o wnukach, starzejemy się, umrzemy, a ty
nas zawodzisz". No i kurcze siedzi taki przybity, kocha rodziców, kocha mnie i
sam już nie wie, czym mu się w życiu wolno cieszyć, a czym nie. W naszym
małżeństwie (dobrych kilka lat stażu) grało na razie wszystko jak w zegarku i
boję się, że niestety jak teściowie nie odpuszczą, to może się zmienić.
Niestety - opcja dziecko+kredyt oznacza, że z wszystkiego poza tym będziemy
musieli zrezygnować. Tego dziecka też byśmy za dużo nie oglądali, bo mamy
czasochłonne prace, z których nie moglibyśmy zrezygnować jeżeli weźmiemy
kredyt. Czyli pracowałabym głównie na opiekunkę, bo zarówno teściowie, jak i
moi rodzice mieszkają w innym mieście.
Mąż naprawdę bardzo mnie kocha i jesteśmy ze sobą szczęśliwi. Właściwie nic
nam do tego szczęścia nie brakuje. Trochę szkoda, że ktoś nam w tym miesza.
Ale problem już jest. Co Waszym zdaniem robić dalej?