jnz23
15.05.10, 17:47
Witam, poruszam sprawę, która podnosi mi ciśnienie od dłuższego już czasu.
Otóż mam dwadzieścia parę lat, studiuję, i tak jak sporo moich znajomych raz na jakiś czas chętnie wychodzę pograc w piłę/kosza/cokolwiek innego, z powodów chyba wiadomych.
W ostatnich latach pojawiło się u nas sporo nowych boisk, głównie wyremontowanych przy szkołach. Aż chce się tam zachodzić, tylko...
Przypadek 1. Szkoła sportowa na konwiktorskiej w Wawie. Mam tam dosłownie dwa kroki z domu, więc wyrobiłem sobie w tamtym roku na wiosnę nawyk wychdozenia na godzinę dziennie na kosza. Boisko było otwarte i zazwyczaj puste. Pięć minut temu wybrałem się tam, pierwszy raz w tym roku. Furtka na kłódkę. Wydaje mi się, że przez weekend... Rok temu mieliśmy ze znajomymi spięcie z dyrektorem, bo kłódka wisiała z powodu "nieprzygotowania boiska po zimie". Byl początek kwietnia, pogoda tshirtowo krótkospodenkowa... W tym roku "po zimie" zamknięte było jeszcze w ostatnim tygodniu kwietnia.
Przypadek 2 -Agrykola i boisko szkolne na Stegnach. Gdy chce się pograć w piłkę na trawiastym boisku na Agrykoli trzeba mieć farta. Jak się go nie ma, to trafia się na trening juniorów(częęęęęsto są) i trzeba wynieść się na boisko "czerwone", gdzie wpadają na siebie piłkarze i koszykarze, jest chaos i z lekka zalatuje kontuzją. Na stegnach natomiast, boisko szkolne, po południu, nic sie nie powinno wydarzyć. Aż tu z nienacka wpadają trampkarze FC Wilanów(czy coś takiego), z trenerem i mamusiami. I nie zaczęli od "sorry chłopaki, mamy boisko wynajęte itp. itd.". Pan trener po prostu nagle wszedł między dziesięciu biegających i grających studentów z garstką siedmiolatków i bez słowa zaczął trening...
Za młodu nie za bardzo było gdzie grać, beton, kamienie, piach itd. Ale się grało. Teraz też bym chciał, ale gdzie nie pójdę albo nie mogę wejść albo zaraz mnie pogonią. Załamka mnie ogarnia zupełna, w ten sposób społeczeństwo za parę lat osiągnie poziom tłuszczu spotykany po drugiej stronie atlantyku, a mnie krew zaleje zanim zdążę nim obrosnąć...