alawinx
26.08.10, 16:26
Muszę się tym podzielic bo nie daje rady.
Mój tato 10 sierpnia miał amputowaną 2-gą nogę. Jest rozwodnikiem,
mieszka sam na 3 cim piętrze.
Nie będę opisywać wszystkich perypetii bo nie mam siły.
Po hasłach w MOPS-ie typu "może stan zdrowia Pani taty się poprawi"
(pewnie mu nogi odrosną)albo "po co ma wychodzić na zewnątrz
przecież ma balkon" (do końca życia niech siedzi na balkonie 1,5 m
na 1,5 m na 3 cim piętrze ) dzisiaj po prostu opadły mi ręce.
Do taty wreszcie od wczoraj przychodzi siostra PCK na 3 godziny
dziennie a sobota niedziela - 2 godziny. Jest to dla mnie wyręczenie
bardzo duże.
Odpada mi już przynajmniej sprzatanie (prawie 10 godzin jestem poza
domem - praca,droga do pracy, zakupy itp..., mam 2 dzieci-teraz
pójdą do szkoły) . Tacie ukradli w tym miesiącu kartę do bankomatu i
wyczyscili mu całe konto (i tak było niewiele), więc na razie muszę
jeszcze robić zakupy i go "sponsorować" ale poradzimy sobie pomimo
iż moja pensja to 1500 zł na rękę.
W każdym razie, Pani siostra PCK poszła wczoraj do lekarki rodzinnej
z prośbą o ściągnięcie szwów tacie. Wcześniej parę dni temu była
środowiskowa ale chyba zapomniała o nim. Pani doktor rodzinna
odmówiła, pomimo iż w karcie wypisowej ze szpitala było
napisane "kontrola u lekarza rodzinnego i zdjęcie szwów". Kazała
pójść do szpitala i wziąć od nich skierowanie i zlecenie na
transport do poradni chirurgicznej. Tato 16 dni po amputacji,
pasowałoby te szwy ściągnąć . Zadzwoniłam do NFZ-tu i powiedzieli
mi, że rodzinna ma rację, a o sciągniecie szwów powinien zadbać
oddział chirurgiczny. Oczywiście w szpitalu mnie wyszydzili i
odprawili z kwitkiem. Poszłam do dyrektora ZOZ-u. Zdenerwował się
bardzo oczywiście twierdząc, że rodzinna nie ma racji i wstydziłaby
się, że sama tych szwów nie ściągnie, a poza tym to szpital ma 5 mln
długu a POZ jakby takiemu pacjentowi pomógł, to nic by im się nie
stało etc.... Dyrektor jednak zlitował się nademną, żebym nie
musiała taty z 3-go piętra na plecach znosić, zadzwonił do poradni
chirurgicznej porozmawiał z lekarzem, żeby dał transport a mi kazał
pójść do rodzinnej po skierowanie do poradni.
Gdy przyszłam rodzinna oczywiście mi odmówiła twierdząc, że jak ona
da to skierowanie to później dyrektor obciąży ją opłatą za
transport. Jak to usłyszałam to już nie wytrzymałam. Nie wiem czy
krzyczałam czy nie, raczej staram się tego nie robić ale na pewno
dałam po sobie poznać, że się zdenerwowałam. Powiedziałam, że albo
dadzą mi na piśmie, że mi odmawiają albo stąd nie wyjdę. Usłyszałam,
że lepiej by było aby dyrektor ZOZ-u dał mi to na piśmie.
Powiedziałam, że od niego też zażądam. Więc Panie stwierdziły, że
zadzwonią do NFZ. I po jakiejś dłuższej rozmowie z tamtymi
powiedziały mi chyba z tysiąc razy, że zrobią mojemu tacie ludzka
przysługę. Tylko nie powiedziały co w tej przysłudze będzie.
Dały jednak skierowanie i transport. Po 4 godzinach łażenia tam i z
powrotem w końcu udało się.
A gdy tam jeszcze siedziałam ( w sekretariacie przychodni) wpadła do
mnie rejestratorka i wykrzyczała " chce pani naszą przychodnię
opisywać - za co?!!!" - zdębiałam .
Ale wiecie co, zapiepszył oczywiście szpital. Ale kurtka na wacie,
co jednym czy drugim szkodzi? Żeby tak traktowac osobę
niepełnosprawną bez nóg mieszkającą na 3-cim piętrze. Przecież nie
codziennie maja takich pacjentów. Mieszkamy w małym mieście. Na
całym oddziale nie widziałam poza tatą ani jednego pacjenta bez 2
nóg.
Po prostu mi ręce opadają.
I co by było gdyby mój tato nie miał mnie? Lekarka rodzinna miała by
go w d....Wstyd po prostu wstyd, żeby byc takim znieczulonym.