ikcort
10.06.11, 11:11
Kiedy byłem jeszcze młodym obywatelem, wpierano mi rozmaite czy to głupawe, czy szkodliwe poglądy. "Dziadziuś poszedł do nieba", "Pan Jezus umarł za twoje grzechy" (przyczynowość wsteczna, moje gratulacje), "Trzeba chodzić do szkoły" i tak dalej. Ale jeden pogląd był szczególnie durny i poniekąd też bardzo szkodliwy: brednie o rzekomej konieczności uczenia się języków (liczba mnoga!) obcych. Pamiętam najlepszą frazę z tego cyklu: "Jak wejdziesz na rynek pracy, to zapytają: jakie pan zna dwa języki obce?". Wszedłem. Nie zapytali.
Powiedzcie no mi, towarzysze, skąd się właściwie wzięła na mania na punkcie nauki języków obcych? Przecież co poniektórzy obywatele naprawdę uważają, że to przepustka do lepszego życia, większej pensji, dziwek, koksu, merola i drinków z palemką. Pamiętam z liceum takiego kolegę, na marginesie: strasznego przypałowca, który miał ciekawą mieszaninę cech, był bowiem niezbyt błyskotliwy, ale za to niezmiernie pracowity. Zwierzył mi się kiedyś, przypadkowo spotkany na ulicy, że aktualnie właśnie maszeruje z plecaczkiem (jak to on) na lekcję hiszpańskiego.
— Człowieku! — wykrzyknąłem wzburzony — czyś ty na głowę upadł?! W szkole katują nas już angielskim i niemieckim! Naprawdę nie masz lepszych rzeczy do roboty?
— Och, wiesz, muszę znać minimum trzy języki obce, ponieważ nie chcę — trzymajcie się! — by moja żona (w przyszłości) zarabiała (w przyszłości) więcej ode mnie...
— Ale przecież ty na razie... — zacząłem delikatnie
— ...i nie mów mi, że nie mam nawet na razie dziewczyny, bo w każdej chwili mieć mogę.
Świetnie, przyjacielu! Proponuję jeszcze opanować chiński, wtedy wszystkie będą twoje. :D
A teraz - co było bezpośrednim impulsem, do napisania tego postu - zobaczyłem na forum praca wynurzenia jakiegoś faceta, który biadoli, że nie ma pracy mimo znajomości (biegłej) dwóch języków obcych. Ktoś widocznie powinien mu za to sowiecie zapłacić...
Proszę o wyjaśnienia, hipotezy i poglądy we wzmiankowanej materii. Dziękuję.