nehsa
26.11.11, 12:12
Sport w życiu społeczeństw odgrywa, coraz to bardziej znaczącą rolę. Jest pokojowym sposobem dowartościowania się społeczeństwa.
W dzisiejszym sporcie wyczynowym, o zwycięstwo może pokusić się reprezentant prawie każdego kraju. Zwycięzcami współzawodnictwa zostają, przede wszystkim najbardziej pracowici i utalentowani.
Ale trafiają się nadal zwycięzcy obarczeni piętnem podłości najbardziej ohydnej, czyli ci, którzy w celu zwyciężenia we współzawodnictwie korzystają z dopingu.
A wyjątkowa podłość, cechuje tych zwycięzców zawodów sportowych, którzy korzystają z dopingu z błogosławieństwem ekipy działaczy i lekarzy. I tak się właśnie dzieje w ekipie norweskiej.
Biegaczka Marit Bjoergen, to przeciętność. Występowała na narciarskich trasach, i niczego specjalnego nie zwojowała. Do czasu, kiedy lekarze nie stwierdzili u niej astmy, i nie zastosowali leków przeciwastmatycznych, które jednocześnie, są stymulatorami wydolnościowymi organizmu.
W taki sprytny, a zarazem podły sposób, z narciarskiego "Kopciuszka", stała się Królową Śniegowych Tras.
Na jakie pytanie brak do dzisiaj odpowiedzi:
Jaka dawka leku, który ma rzekomo niwelować skutki występującej u Bjoergen astmy, ma działanie terapeutyczne, a jaka dawka ma działanie dopingujące?
Justyna Kowalczyk, toczy od trzech lat nierówną walkę z norweskimi łajdakami, i z łajdaczką Bjoergen.
Ja, dziwię się medialnej dziczy, która z coraz to większym zachwytem wypowiada się o Marit Bjoergen, która pozostanie kanalią, pomimo wystrojenia jej przez norweskich obłudników w olimpijskie laury.