kora3
22.11.12, 18:59
W Internecie mamy często okazję poczytać o syndromie proaborcyjnym i o tym, jak kobiety, które poddały się aborcji załują swego czynu. Można także znaleźć zwierzenia tych pań, które aborcji się poddały i tego nie żałują. Ale wyznań tych, które urodziły i żałują jest w sieci i w mediach znacznie mniej, o ile bywają w ogóle. Bo to przecież hańba, żeby matka powiedziała, że żałuje, ze ma dziecko …
Kilkanaście minut temu otrzymałam informację o śmierci pewnej kobiety. Znałam ją osobiście i na ile się dało starałam się zorganizować pomoc dla niej. Teraz jej już nie ma – dla niektórych pewnie byłaby „pięknym świadectwem” macierzyństwa, tylko, że jak żyła, nikt jej nie pomagał za bardzo
Swe pierwsze dziecko- syna urodziła mając 22 lata, na studiach. Nie skończyła ich, bo dopiero w ciąży okazało się, że ma cukrzycę. Mimo to byłą b. szczesliwa, urodziła zdrowego syna. Potem leczyła się na cukrzycę, przestrzegała diety, znalazła pracę. Wszystko mimo choroby układało się dobrze, synek rósł zdrowo, mąż kochający był przy niej. Wszystko się posypało, gdy mąż nagle zmarł. Syn był w trudnym wieku – 14 l., u niej rozpacz pogłębiła chorobę, ale walczyła – dla syna.
Przez 3 lata była sama, zajmowała się wychowaniem syna, który niestety sprawiał kłopoty wychowawcze: nie chciał się uczyć, wpadł w złe towarzystwo. Jakoś to jednak szło do przodu. Kiedy syn miał ok. 17 lat zaczęła spotykać się ze znajomym z pracy. Z początku nic wielkiego, kawy, jakieś spacery. Postanowili z czasem ułożyć sobie razem życie. Informacja, ze jest w ciąży zwaliła ją z nóg. 40- stka, cukrzyca – myślała o aborcji. Wtedy już była ona nielegalna, ale do wykonania przecież, jak teraz zresztą. Za tym rozwiązaniem był jej narzeczony, ale jej rodzice i siostra – gorliwi katolicy zaczeli ją nakłaniać do urodzenia. Cały czas słyszała, że jej pomogą w razie czego, żeby się nie martwiła. Z otuchą w sercu postanowiła mimo zastrzeżeń lekarzy rodzić. Ciąże znosiła koszmarnie, ale trzymała się. Aż do czasu, gdy zaczeły się przedwczesne skurcze. Córka jej przyszła na swiat przez cc ważąc ok. 1500 gramów. Lekarzom udało się utrzymać ją przy życiu. Był to ich prawdziwy sukces na owe czasy. Tylko, że szybko się okazało, że dziewczynka nie widzi, nie reaguje prawidłowo, ma szereg wad, m.in. płuc. Lekarze nie mieli złudzeń, dziecko może samodzielnie oddychać, ale będzie tzw. „roślinką”. Cud się nie zdarzył i córeczka tej kobiety do dziś, a ma 9 lat taką „roślinką” pozostaje – nie mówi, nie widzi, słabo reaguje na dźwięki, nie chodzi, jest karmiona sondą.
Po tych przejściach i ciąży stan kobiety się pogorszył, przeszła na rentę. Jej drugi mąż wytrwał przy niej dwa lata. Potem znalazł pracę za granicą, a tam kogoś. Płacił na dziecko i ją wspierał – nie można powiedzieć, że nie i to jeszcze nim doszło do rozwodu i orzeczenia sądu w tej sprawie. Tymczasem straszy syn, w którym miała nadzieję mieć oparcie zaczął pić, brać, w końcu dostał wyrok za dilowanie.
Rodzice obiecywali pomoc, racja…Ojciec zmarł kiedy jej córeczka miała niecały rok, matka podupadła na zdrowiu. Prawda, była jeszcze siostra, ale ta zajęła się chorą matką. Kobieta została sama. Cukrzyca była już tak zaawansowana, ze wysiadało jej prawie wszystko. Insulina, paski kosztują grosze, ale po recepty trza swoje odstać, a jest jeszcze dieta, która jeśli ktoś nie wie, kosztuje. Cukrzyk nie „zapcha się” byle czym, musi jesć zbilansowane jedzenie. Były mąż ograniczył wsparcie, urodziło mu się dziecko z nową partnerką, kupił dom. Kobieta była zmuszona oddać córkę do zakładu opieki. Po prostu nie miala wyboru – ze swoim stanem zdrowia nie mogła się nią już sama zajmować. Poza cukrzycą miała też cięzką depresję. Ciagle wyrzucała sobie, że skazała tę dziewczynkę, swoją córkę na los „człowieka – rośliny”, który będzie skazany na obcych ludzi, na ich opieke. Żałowała, że ją urodziła. Nawet nie z egoizmu, że przez to zniszczyła sobie zdrowie i dalsze życie, ale własnie dlatego, że skazała małą na samotnośc i łaskę obcych ludzi, a syna zaniedbała i zszedł na złą drogę. Przez ostanie dwa lata w sumie wegetowała, pieniędzy starczało jej na jedzenie i jakies rzeczy z lumpeksu. No i opłaty skromnego mieszkania, na opał już trzeba było organizowac pomoc. Dziś po południu odeszla. Ksiądz pewnie powie nad jej trumną, że była dzielna i wspaniała – przyjęła dziecko mimo trudności i choroby. Nie wiem co to będzie za ksiądz, ale do tego z jej parafii zwracałam się o pomoc dla niej. Wzruszał ramionami i mówił, że wszystkim jest teraz ciężko, a córka przecież jest w ośrodku, więc…
Nie spieszmy się decydować za innych, tak czasem smutno odchodzą :(