aborcjonista
27.02.13, 09:53
Bruzda dotykowa" księdza de Beriera zrobiła przez weekend błyskotliwą karierę. Słyszałem już o niej we wszystkich mediach, a prawicowe portale wpadły wręcz w ekstazę - dostały w prezencie od Kościoła nowe zaklęcie do straszenia nas in vitro. Przypomnę: ksiądz prof. Franciszek Longchamps de Berier ogłosił, że po owej bruździe można łatwo rozpoznać dzieci z probówki. "Są tacy lekarze, którzy po pierwszym spojrzeniu na twarz dziecka wiedzą, że zostało poczęte z in vitro"
Ksiądz de Berier to nie byle proboszcz. Zasiada w zespole ds. bioetycznych przy Episkopacie, jest więc głosem Kościoła. I na konto Kościoła palnął brednię pierwszej wody, którą można dość łatwo zdemaskować. Owa "bruzda dotykowa" na twarzy nie istnieje. Istnieje coś, co w podręcznikach medycyny nazywane jest "małpią bruzdą". Tyle że nie występuje na twarzy, tylko na dłoni (spójrzcie na wnętrze swojej dłoni, prawdopodobnie macie dwie bruzdy w poprzek, gdybyście mieli jedną, dość głęboką - byłaby to właśnie małpia bruzda). Małpia bruzda towarzyszy zespołowi Downa (w 45 proc. przypadków). Ale mogą ją też mieć ludzie zdrowi. Co ma wspólnego z in vitro? Nic.
"Jakże byście chcieli dowodami obalić to, w co motłoch bez dowodów uwierzył?!"