bling.bling
23.03.13, 16:32
Za Polityką (ostatni numer)
[i]Co najmniej 60 tys. Hiszpanów zostało w dzieciństwie porwanych i sprzedanych. Wielu ciągle szuka biologicznych rodziców i domaga się ukarania winnych. Może być już jednak za późno, bo Kościół katolicki przez lata skutecznie tuszował tę zbrodnię.
Miałam nadzieję, że kiedy spojrzy mi w twarz, to pęknie i ze wszystkiego się wyspowiada. Ja, moja matka i moja córka modliłyśmy się, żeby doczekała procesu” – wyznała dziennikarzom jedna z poszkodowanych. Siostra María Gómez Valbuena zmarła jednak 22 stycznia. Zaledwie tydzień wcześniej problemy z sercem pozwoliły jej uniknąć składania zeznań na własnym procesie. Przed budynkiem madryckiego trybunału nadaremnie oczekiwał jej wówczas tłum dziennikarzy, wrogo nastawionych demonstrantów i zwykłych gapiów. Ta niepozorna 88-letnia zakonnica, znana w Hiszpanii jako siostra María, była jedyną oskarżoną w największej aferze kryminalnej w historii Hiszpanii. Przez niemal 60 lat ze szpitali od Katalonii po Andaluzję zniknęło tysiące noworodków, które potem za opłatą trafiały do adopcji. Procederem kierowali najpierw zaufani ludzie dyktatora Hiszpanii generała Francisco Franco. Ich miejsce szybko zajęli jednak księża i zakonnice z personelu klinik położniczych. Niektóre na sprzedaży dzieci dorobiły się fortuny: prasa w Saragossie ujawniła, że siostra zajmująca się w tym mieście handlem niemowlakami jest właścicielką kilku mieszkań wartych ponad milion euro, chociaż pochodzi z biednej rodziny, a oficjalnie zarabiała grosze. Niektóre z podejrzanych nawet nie ukrywają, że współpracowały przy porwaniach dzieci. Twierdzą jednak, że nie zarobiły na tym grosza. Tak jak siostra Juana Alonso ze Zgromadzenia Sióstr Miłosierdzia. Wyznała, że podczas pracy na Teneryfie porywała dzieci i przekazywała je nowym rodzinom bezpłatnie. Należąca do tego samego zakonu siostra María do końca życia wypierała się jakichkolwiek związków z handlarzami niemowląt, chociaż liczni świadkowie wymieniali ją jako główne ogniwo w tej przestępczej machinie. Jedna z jej ofiar, María Luisa Torres, twierdzi, że 30 lat temu zakonnica siłą i groźbami odebrała jej dopiero co urodzoną córeczkę. Po długich poszukiwaniach obie odnalazły się na oczach milionów telewidzów dzięki testom DNA. W kwietniu zeszłego roku siostra María składała w tej sprawie zeznania, a w tym roku miała być przesłuchiwana z powodu potwierdzenia tożsamości uprowadzonych przez nią bliźniąt. Tysiące poszkodowanych w podobnych sprawach zapowiadają, że nie spoczną, póki nie doprowadzą żyjących jeszcze winnych przed oblicze sądu i dopóki nie odnajdą swoich prawdziwych rodzin. Ich historie przypominają scenariusze kryminałów, często z elementami horroru. Połowa lat 70., podstawówka w miasteczku pod Barceloną. Szkolni chuligani dokuczają małemu Antoniowi, dogryzają mu, że został adoptowany. – Zapytałem rodziców, czy jestem ich synem. Powiedzieli, że oczywiście. Przez całe życie kłamali mi w oczy – opowiada z kamienną twarzą Antonio Barroso. Jego rodzina pochodzi z Saragossy. Gdy Antonio jest jeszcze mały, jego rodzice spotykają się z parą, która tak jak oni wyemigrowała do Katalonii za chlebem. Antonio szybko zaprzyjaźnia się z ich synem, swoim rówieśnikiem. Na wiele lat zapomina o docinkach kolegów ze szkoły. Trzy dekady później jego przyjaciel z dzieciństwa jedzie do szpitala do umierającego ojca. Ten na łożu śmierci wyjawia mu, że nie jest jego biologicznym rodzicem. Opowiada, że razem z matką kupili go od tych samych ludzi, którzy sprzedali Antonio znajomym. – Gdy do mnie zadzwonił, byłem w szoku – wspomina Antonio Barroso. Kilka lat wcześniej, dla pewności, sprawdził swoje papiery w urzędzie stanu cywilnego. Wszystko się zgadzało, więc kolejny raz zapomniał o sprawie. Po telefonie od przyjaciela poczuł jednak, że czas na bardziej zdecydowane działania. Ojciec już wtedy nie żył, ale od matki udało mu się ukradkiem pobrać próbkę śliny, z którą poszedł do laboratorium DNA. – Wyniki były jednoznaczne. Między mną a moimi rzekomymi rodzicami nie ma żadnego pokrewieństwa. Zgodnie z tym, co opowiadał ojciec jego przyjaciela, obie zaprzyjaźnione pary były bezpłodne. Kupno dzieci zaproponowała im zakonnica z rodzinnej Saragossy. Każdy z chłopców kosztował tyle co duże mieszkanie, a spłacanie długu zajęło ich przybranym rodzicom lata. Z tą wiedzą obaj mężczyźni poszli do sądu, ale prokuratura umarzała kolejne sprawy – najpierw z braku dowodów, bo według dokumentów byli biologicznymi dziećmi swoich przybranych rodziców, a później z racji przedawnienia. Żeby dalej walczyć, mężczyźni założyli w rodzinnym miasteczku fundację. Po pierwszym wywiadzie, którego udzielili krajowym mediom, zaczęły się do nich zgłaszać inne zaginione dzieci. Tysiące, z całego kraju. Najstarsze przypadki porwań i handlu dziećmi zdarzyły się w latach 40. XX w. w początkowym okresie prawicowej dyktatury gen. Franco. Po zakończeniu wojny domowej w 1939 r. do więzień trafiły tysiące przeciwników reżimu. W ramach represji oskarżonym kobietom często odbierano dzieci. Ideologiczne usprawiedliwienie dla tej praktyki dostarczył Nicolás Vallejo-Nájera, czołowy psychiatra dyktatury, który wsławił się między innymi artykułami dowodzącymi, że kobiety są naturalnie podrzędne wobec mężczyzn. Lekarz stworzył pojęcie „pozytywnej eugeniki”, przekonując, że komunizm to nieuleczalna choroba psychiczna, ale dzieci komunistów da się uratować, odbierając je za młodu biologicznym rodzicom i oddając na reedukację prawomyślnym parom. Frankistowski reżim wprowadził przepisy, które pozwalały rekwirować dzieci i zmieniać im nazwiska po oddaniu do adopcji. Ten zabieg miał utrudnić ich odnalezienie przez biologicznych rodziców. Socjolog Francisco González de Tena ustalił, że do końca lat 50. rozdzielono w ten sposób 30 tys. rodzin. To między innymi na podstawie jego raportu słynny sędzia śledczy Baltasar Garzón w 2008 r. oskarżył dawną dyktaturę o zbrodnie przeciw ludzkości. Jego dochodzenie łamało jednak powszechną amnestię z 1977 r., która jest podstawą hiszpańskiej transformacji demokratycznej. Garzón został zawieszony w obowiązkach, a sprawa nie doczekała się sądowego finału. Dla wysiłków Antonia to bez znaczenia. – To były prześladowania polityczne, a nas zrabowano wyłącznie z żądzy zysku. Ostatnie przypadki, do jakich dotarliśmy, miały miejsce jeszcze w połowie lat 90. – przekonuje. Rodzice Antonia i jego przyjaciela usłyszeli od zakonnicy te same zapewnienia: matki tych dzieci są niepełnoletnie, zaszły w ciążę z kolegami. Nie chcą się najeść wstydu u siebie we wsi, więc ciążę donoszą w katolickiej szkole z internatem, a niechcianego noworodka oddadzą „dobrze prowadzącej się rodzinie”. W wielu przypadkach mogła to być prawda. W konserwatywnej Hiszpanii sprzed transformacji samotne matki były bardzo źle widziane, szczególnie na prowincji. Dziewczyny wolały pozbyć się problemu i skorzystać z prawa, które pozwalało im ukryć swoje dane osobowe w dokumentach. Często jednak, aby odebrać kobiecie dziecko, uciekano się do bezwzględnych metod. María Luisa Torres była już matką, kiedy zaszła w ciążę nie ze swoim mężem, z czego nieopatrznie zwierzyła się przed porodem pracującej w szpitalu zakonnicy. Siostra oddała nowo narodzoną córeczkę innym ludziom, a Marii Luisie zagroziła, że jeżeli będzie sprawiać problemy, zadenuncjuje ją na policji, a ta odbierze jej również pierwsze dziecko (cudzołóstwo było wówczas w Hiszpanii przestępstwem). Parze, która adoptowała dziewczynkę, powiedziała, że jej matka była prostytutką. Biedne i niewykształcone kobiety z reguły oszukiwano, wmawiając im, że ich dzieci zmarły przy porodzie. W jednej z madryckich klinik siostry pokazywały zrozpaczonym matkom zawsze to samo ciało noworodka, które trzymały w chłodni. Na cmentarz trafiały trumienki szczelnie zabite gwoździami, a prawda o ich zawartości wychodzi na jaw dopiero teraz. – Grabarz z Madrytu zeznał, że pochował co najmniej kilkanaście pustych trumie