Gość: Adam
IP: 62.233.201.*
20.08.04, 12:52
Cezary Gawryś
Ścieżka pośród ruin
Andrzej ma 33 lata. Obecnie żyje samotnie. Nie ma wykształcenia, mimo to
zaczął prowadzić własną firmę. Przedtem siedem lat przeżył w zakonie. Należy
do Grupy "Odwaga", istniejącej w Lublinie, przy ośrodku Ruchu "Światło-Życie"
na Sławinku1.
Zgodził się na rozmowę ze mną pod warunkiem, że będziemy oddzieleni kotarą,
tak abym nie mógł poznać jego twarzy. Nasza rozmowa trwała kilka godzin, aż
do późnej nocy. Był to właściwie jego gwałtowny, żarliwy monolog.
"W dzieciństwie, jak daleko sięgam pamięcią, tęskniłem za miłością.
Utożsamiałem się z innymi mężczyznami, myśląc przez długi czas, że to rzecz
normalna. Dzieciństwo i okres dojrzewania kojarzą mi się z wielkim
cierpieniem. Zawsze czułem się samotny. Wyobrażałem sobie, że jeśli jest ktoś
drugi taki jak ja, to gdzieś na krańcu świata. Wielokrotnie myślałem o
popełnieniu samobójstwa.
Wychowywałem się na wsi, a moja rodzina była bardzo religijna. Ja też byłem
religijny. Trzymał mnie tylko Pan Bóg. Kiedy osiągnąłem pełnoletność,
wyjechałem najpierw na Śląsk, gdzie pracowałem przez pewien czas jako górnik,
a potem zdecydowałem się wstąpić do zakonu. Nie miałem wtedy nikogo, z kim
mógłbym o swoim problemie porozmawiać. Kiedy byłem w klasztorze, wśród
zakonników ujawniła się para homoseksualistów. Zostali natychmiast usunięci
przez przełożonych. Bardzo się bałem, że i mnie może spotkać to samo,
choć "nie praktykowałem". Wyznałem wtedy na spowiedzi swój problem i pierwszy
raz poczułem, że zrzucam z siebie jakiś straszny ciężar. Tamte lata na pewno
nie były stracone. Pobyt w zakonie odkrył przede mną miłość Pana Boga.
Jednakże jeszcze przed ślubami wieczystymi spotkałem na mojej drodze
człowieka, który całkowicie mną zawładnął. Tęsknota za byciem kochanym przez
drugiego mężczyznę okazała się tak silna, że wystąpiłem z zakonu.
Rzuciłem się w przepaść. Poświęciłem się temu człowiekowi bez reszty. Byłem
gotów zostawić dla niego wszystko i tego samego oczekiwałem od niego. Miałem
świadomość, że rozbijam w ten sposób jego rodzinę - był bowiem żonaty i miał
dzieci. Miłość do niego spalała mnie i paraliżowała. Gorąco pragnąłem, by mój
przyjaciel miał dla mnie choć trochę czasu, by mnie przytulił i wysłuchał, a
kiedy mnie unikał, przeżywałem ból i lęk. Prędko przekonałem się, że mnie
okłamuje - miał jeszcze kogoś innego. Zacząłem być o niego chorobliwie
zazdrosny. Przeżywałem jeden zawód za drugim. Dawałem mu z siebie wszystko, a
on to deptał! Rozstania i powroty ciągnęły się przez kilka lat. W końcu sam
już nie wiedziałem, co się ze mną dzieje. Kiedy mnie zostawiał albo zdradzał,
łudziłem się myślą, że może jest na świecie inny mężczyzna, który spełni moje
nadzieje? Ale gdzie go szukać? Zacząłem bywać w barze dla homoseksualistów.
Miałem różne przygody.
Wpadłem w depresję, straciłem apetyt, zacząłem chudnąć. Wylądowałem w końcu u
psychiatry. - usłyszałem na wstępie dobrą radę. Ponieważ wciąż powracały
stany depresyjno-lękowe, zdecydowałem się na psychoterapię. Terapeuta
poświęcał mi dwie godziny tygodniowo, za duże pieniądze. Oczywiście sięgnął
do moich przeżyć z dzieciństwa. Myślałem do tej pory, że moje dziecięce
doświadczenia są całkiem zwyczajne - spojrzenie w oczy prawdzie było dla mnie
szokiem.
Tata często bywał pijany. Miałem pięcioro rodzeństwa. Mama nie miała dla nas
serca ani cierpliwości. Powtarzała nam ciągle, że ojciec jest zły. Mnie biła
i wyklinała, co zdarzało jej się nawet podczas odmawiania różańca. Nigdy nie
usłyszałem od moich rodziców ciepłego słowa.
Straszny ból, straszne cierpienie. Płakałem - miałem ochotę uciec z
psychoterapii.
Po każdym kolejnym seansie wracałem do pustego mieszkania i zostawałem sam ze
swoimi uczuciami - to przerastało moje siły. Próbowałem nawet z desperacji
nawiązać znów kontakt z moim przyjacielem, dla którego wystąpiłem z zakonu,
ale on miał już kogoś innego i mnie zupełnie ignorował. Leki od psychiatry
nie pomagały.
Czułem, że muszę się od takiego życia odciąć, bo inaczej zginę. Teraz albo
nigdy! W ten sposób trafiłem do Grupy . To moja ostatnia deska ratunku.
Minął już rok mojego uczestnictwa w grupie. Początkowo byłem okropnie spięty -
bałem się odkrywać przed innymi, obawiałem się też, że któryś z mężczyzn mi
się spodoba. Z czasem jednak czułem się coraz lepiej, jak w prawdziwym domu -
ustąpiły stany lękowe, nie odczuwałem zazdrości o inne osoby, czego nigdy
przedtem nie doświadczałem.
W związkach homoseksualnych, w które angażowałem się poprzednio, odczuwałem
zawsze lęk i niepokój. Byłem zamknięty jak w klatce, obijałem się o ściany.
Cierpienie przybierało coraz to inną postać. Teraz w relacjach z ludźmi
odczuwam wolność. Z braćmi ze wspólnoty rozmawiamy na różne tematy,
niekoniecznie o homoseksualizmie. Grupa daje mi poznanie samego siebie,
pomaga mi odkryć moją wartość. Jestem zdolny do podejmowania decyzji. W pracy
szybko pnę się w górę, dużo już osiągnąłem.
Dzięki uczestnictwu w spotkaniach zrozumiałem, że ta miłość, której szukałem
przedtem, w rzeczywistości nie istnieje. Szukałem głębokiego uczucia - gdy
tymczasem w środowisku homoseksualnym liczy się głównie uroda, atrakcyjność,
twarz.
Czuję się teraz, jakbym pływał w jakiejś sadzawce, z której Pan Bóg powoli
mnie wyciąga. Nie opijam się już wodą, ale ciągle tkwię w tej sadzawce.
Czasami klnę i mówię sobie, że to wszystko bez sensu. Zamykam się w moim
pokoju i krzyczę: Ale wiem, że Bóg daje wolność człowiekowi, że się mną
opiekuje i że mnie nigdy nie zostawi.
Udział we wspólnocie daje mi siłę do opanowywania mojego popędu seksualnego -
rok już jestem sam. Wiem, że przede mną długa droga, ciężka praca i masa
wyrzeczeń. Źle zrośnięta noga została złamana, teraz zwijając się z bólu
stawiam na niej pierwsze kroki i nie wiem, kiedy się zrośnie - i czy w ogóle
kiedykolwiek się zrośnie? Ale wiem jedno - że nigdy nie znajdę miłości w
drugim mężczyźnie, bo nie ma jej we mnie. Sam popęd seksualny nie byłby
problemem. Największym problemem są moje chore relacje do rodziców i do
samego siebie.
Nie żywię żadnych uczuć dla mego ojca. Kiedy powiedziałem moim rodzicom, że
nigdy nie doświadczyłem od nich miłości i że chcę, by o tym wiedzieli, było
to dla nich prawdziwym szokiem. U nas w domu o uczuciach się w ogóle nie
mówiło. , odpowiedziała mi matka. Ale kiedy człowiek nie akceptuje swego
dzieciństwa, to tak jakby go w ogóle nie było. Dlatego dziś muszę się uczyć
miłości do moich własnych rodziców. Wiem, że aby się stać dojrzałym
mężczyzną, muszę najpierw wypłakać z siebie małego chłopczyka, który nigdy
nie był brany na ramiona przez ojca.
W naszym społeczeństwie jedni uważają, że homoseksualizm to zboczenie i
podnoszą protest przeciwko parom homoseksualnym, drudzy twierdzą, że to
normalne zjawisko, które trzeba po prostu zaakceptować, jeszcze inni odnoszą
się do niego obojętnie. Ale czy ktoś w radiu albo telewizji mówi o tym, jaki
to jest dla człowieka trudny problem?
Przez poprzednie lata mój homoseksualizm mnie umniejszał - czułem się
zredukowany do odczuć seksualnych. Obecnie w dalszym ciągu odczuwam pociąg
seksualny do mężczyzn, a jednak czuję, że coś się we mnie zaczyna zmieniać.
Pamiętam, że dawniej, gdy mój przyjaciel ewidentnie zawinił czymś wobec mnie,
po chwili to ja pierwszy go przepraszałem, żeby tylko nie czuć się źle z
powodu odrzucenia. Obecnie potrafię zwrócić uwagę bliskiej mi osobie, nawet
jeśli ma to wzbudzić jej niezadowolenie. Dawniej, kiedy opowiadano w mojej
obecności dowcipy o pedałach, cały drętwiałem ze strachu, że może zostałem
rozpoznany - teraz słucham ich obojętnie.
Zastanawiam się, dlaczego tak często homoseksualiści odrzucają Pana Boga? To
prawda, zdarzają się księża, którzy ranią ich w konfesjonale - a to
przekreśla całe dobro Kościoła. Do takich zranionych ludzi trudno potem
dotrzeć. Ale myślę, że w istoc