Dodaj do ulubionych

Indyjsko-Polskie Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju..

06.11.04, 13:09
Indyjsko-Polskie Stowarzyszenie na Rzecz Rozwoju Kultury z główną siedzibą w
Krakowie oraz ośrodkami w Warszawie, Łodzi.
Bardzo ciekawy portal z informacjami, relacjami z podróży, linkami stron
rządowych, oraz forami.
Polecam wszystkim, którzy chcieliby się dowiedzieć więcej o Indiach.
oto link:

www.ipcc.p
Obserwuj wątek
    • czarek1 Re: Indyjsko-Polskie Stowarzyszenie na Rzecz Rozw 06.11.04, 13:27
      Kultura hinduska i jej dorobek materialny siegaja prapoczatkow historii ludow
      indo-europejskich (stad nazwa). Nigdy tam nie bylem, ale czytalem i widzialem
      troche filmow. Zawsze imponowal mi Mahatma Ghandi. Nie wszsycu lubia jedzenie
      hinduskie, ja akurat bardzo lubie curry. Tu w okolicach Toronto jest bardzo
      liczna spolecznosc hinduska. Nadaja nawet wlasny program TV, bogaty w tance i
      muzyke. Ciekawe, ze wsrod Hindusow, jest bardzo duzo metaloznawcow, (moj zawod)
      zarowno w Kanadzie, jak i w USA. Gdziekolwiek nie bywam w jakichs znanych
      laboratoriach, osrodkach badawczych i na uczelniach, zawsze mozna tam spotkac
      niejednego Hindusa profesora, badacza, inzyniera.W najblizszy poniedzialek mam
      sie nawet widzeic z jednym specjalista o wyraznie hinduskim nazwisku.
      Doswiadczenia osobiste mialem z Hindusami rozne. Kiedys mialem szefa Hindusa -
      kulturalny, inteligentny, dwocipny i mily, do mnie jak kumpel. Natomiast inny,
      podlegajacy mnie - lepiej nie mowic. Bo w kazdym narodzie sa ludzie rozni.
      Akurat taki byl traf. Niedawno pewna bardzo mila i ladna Hinduska wyszla za maz
      na syna naszych polskich przyjaciol.
      Denerwuje mnie czeste nazywanie Hindusow (i Pakistanczykow) "sinymi",
      badz "siniakami" przez niektorych naszych rodakow.
      -
      Homo sum et humani nihil a me alienum esse puto
    • ijaw Masala 29.11.04, 23:38
      „Stopniowo rozpadną się dzielące nas mury. Jesteśmy świadkami świtu duchowej
      rewolucji. W przeciwieństwie do rewolucji politycznych, społecznych czy
      ekonomicznych, tej rewolucji nie spowodują żadne czynniki zewnętrzne, gdyż jej
      zarzewiem będzie jedynie gruntowna przemiana świadomości. W tej rewolucji nikt
      nie będzie nikogo „nawracać”. Sami się odmienimy. Jeżeli uda nam się
      przeprowadzić tę wielką zmianę, to przyspieszymy nadejście nowej epoki i sami
      jeszcze zaznamy dobrodziejstw pełnego jej blasku.”

      Motto ze strony internetowej muzyków polskich wykonujących muzykę Wschodnią.
      Zespół Masala założony przez dziennikarzy Maxa Cegielskiego i Maćka
      Szajkowskiego poza działalnością typowo rozrywkową propaguje kulturę Wschodnią.
      Pisząc post słucham tej wspaniałej muzyki.
      A to link do strony Masala
      www.masala.independent.pl
        • ijaw Kobieca samopomoc w Indiach 05.04.06, 16:42
          Artykuł z Wysokich Obcasów o tym, jak hinduskie kobiety walczą z biedą. Przykład
          krzepiący. I inspirujący.

          "Teraz to mąż prosi mnie o małe sumki
          Mączny placek ciapatti, który musi wystarczyć na trzy dni, i piekąca papryka
          chilli. Tak wyglądał jedyny posiłek Sugri jeszcze trzy lata temu. Po śmierci
          męża synowie wyjechali za chlebem do Bombaju, a reszta rodziny wyrzuciła wdowę
          za próg. W rozklekotanej wiacie, którą zamieszkiwała, dziś wylegują się dwie
          dorodne kozy. Sugri mieszka w domu rodziny zmarłego męża. Zaimponowało im, że
          jest klientką banku. Jakim cudem ? Przyłączyła się do kobiecej grupy samopomocy.
          Rupia do rupii
          Gdy pewnego dnia do obejścia Sugri zajrzała Sarita, pracownica organizacji
          pozarządowej, kobieta nawet nie miała siły się podnieść. Wysłuchała niezwykłych
          historii o składkach, pożyczkach, pieniądzach z banku i poszła spać. Ale uparta
          Sarita wróciła i znów zaczęła jak młynek powtarzać, że 50 rupii (4 zł)
          miesięcznie pozwoli jej w przyszłości kupić kozę albo buffalo (indyjska odmiana
          krowy). I że wystarczy tylko przyłączyć się do grupy kobiet, które razem
          oszczędzają. Tym razem Sugri ogarnął pusty śmiech. 50 rupii? A skąd miałaby je
          niby wziąć?
          Ale po namowach innych kobiet ze wsi Sugri zatrudniła się przy zbiorach kukurydzy.
          Co miesiąc tak jak jej towarzyszki skrupulatnie odliczała 50 rupii i zanosiła je
          przewodniczącej grupy - Bismilli, która równie skrupulatnie wpłacała pieniądze
          na grupowe konto w pobliskim banku. Po dziesięciu miesiącach grupa nazbierała
          tyle pieniędzy, że bank przyznał im pożyczkę 30 tys. rupii.
          Na specjalnym spotkaniu podzieliły fundusze na pięć części i ustaliły, które z
          nich potrzebują pieniędzy najpilniej. Sugri znalazła się wśród szczęśliwej
          piątki i dostała 5 tys. rupii. Kupiła dwie kozy. Miała mleko dla siebie i na
          sprzedaż. Po roku pożyczka była spłacona.
          Z kamieniołomu na dywan
          Kavarani, jedna z wielu wios ek leżących w okolicach Jaipuru w
          północno-zachodnich Indiach. Kilkanaście przekrzykujących się i energicznie
          gestykulujących kobiet tłoczy się wokół jednej, która trzyma stertę pieniędzy.
          Trwa zebranie kobiecej grupy samopomocy.
          Zamęt i krzyki ciekawskich dzieci nie robią wrażenia na siedzącej z boku Prem.
          Ta drobna żona bezrobotnego alkoholika i matka trójki dzieci, zanim przystąpiła
          do grupy, rzadko rozmawiała z kobietami ze wsi.
          Nawet dla nich była zbyt biedna.
          By nakarmić rodzinę, zatrudniła się w kamieniołomach - ciężka, niewolnicza praca
          przynosiła jej więcej upokorzeń niż zysków.
          - Jak mogłam myśleć o oszczędzaniu, płaceniu comiesięcznych składek, kiedy nie
          miałam za co kupić jedzenia, ubrań, lekarstw? Prem tłumaczy, dlaczego niechętnie
          myślała o przyłączeniu się do grupy. Inne kobiety również bez entuzjazmu
          przyjmowały ją do swojego grona. Bały się, że nie da sobie rady.
          Zmobilizowanie kobiet do oszczędzania, które wymaga zazwyczaj podjęcia
          dodatkowego zajęcia, jest sukcesem samym w sobie. Jednak główną ideą jest
          namówienie ich,
          by zainwestowały w produkty lub narzędzia, które zapewnią im dochód.
          Prem kupiła materiał na dywany. Rzuciła pracę w kamieniołomach i przyłączyła się
          do kobiet, które za swoje pożyczki kupiły olbrzymie krosna. Jej zarobki wzrosły
          z 600 do 1,6 tys. rupii miesięcznie. Teraz stać ją nie tylko na porządny posiłek
          każdego dnia, ale planuje wysłanie najstarszej córeczki do szkoły.
          Własne pieniądze są dla kobiet potężnym atutem. Wcześniej mąż Prem kontrolował
          nawet najmniejsze wydatki, a większość pieniędzy przepijał. Teraz nie ma do nich
          dostępu, bo oszczędności wędrują na konto.
          - Kiedyś wściekał się za każdym razem, gdy prosiłam o kilka groszy. Teraz sama
          decyduję, jaki materiał kupić na ubrania lub do kuchni - nie kryje satysfakcji
          przewodnicząca Bismilla. - To mąż teraz prosi mnie o małe sumki.
          Jak większość kobiet w tym regionie Bismilla wynajmowała się do pracy na
          pobliskich polach bądź budowach za średnią stawkę 40 rupii dziennie (ok. 3 zł).
          W jej domu masła ani słodyczy nie było nawet podczas świąt. Za 9 tys. rupii
          pożyczki kupiła buffalo. Na Diwali w jej domu nigdy już nie brakuje słodkiej
          chałwy marchewkowej i ladhu - soczystych, nasiąkniętych cukrowym syropem kulek,
          bez których święta się nie liczą.
          Zaczęło się od 27 dolarów
          Jednak największy sukces Bismilli to pozbycie się długu ciążącego na rodzinie
          jej męża od 50 lat. Ojciec jej teścia pożyczył 1 tys. rupii od lokalnego
          bogacza. Lichwiarskie zasady przez pół wieku pomnożyły wysokość długu 17 razy.
          Nieuczciwe pożyczki udzielane przez lokalnych lichwiarzy to jeden z głównych
          powodów, dla których biedni rolnicy i rzemieślnicy grzęzną w długach i
          opresyjnych układach.
          Przekonał się o tym Muhammad Yunus Grameen z Bangladeszu, który w 1974 roku jako
          świeżo upieczony profesor ekonomii odwiedził w celach badawczych pewną
          bangladeską wioskę. Podczas rozmów z kobietami produkującymi bambusowe meble
          dowiedział się, że ponad 90 proc. ich zysków zjadały koszty pożyczki, którą
          zaciągnęły na zakup materiałów. 'Gdyby miały dostęp do uczciwej pożyczki
          bankowej, ich zysk wzrósłby przynajmniej o połowę' - pomyślał Yunus i...
          wyciągnął z kieszeni 27 dol., które pożyczył 42 wyplataczkom koszy bambusowych.
          Tak wyglądała pierwsza grupowa mikropożyczka, która dała początek Bankowi
          Grameen (dosłownie: wiejski bank), pierwszemu bankowi przyznającemu
          mikropożyczki najbiedniejszym. Do 2005 roku instytucja Yunusa wspomogła 4,76 mln
          mieszkańców bangladeskich wiosek, z czego 96 proc. stanowią kobiety.
          System zaproponowany przez
          Grameen znalazł naśladowców na całym świecie. W Indiach stał się podstawą
          rządowego programu do walki z biedą realizowanego przez Narodowy Bank Rolnictwa
          i Rozwoju Wsi .
          Sugri, Prem i Bismilla należą do jednej z ponad miliona funkcjonujących dziś w
          Indiach kobiecych grup samopomocy, które powstały w ramach tego programu.
          Odcisk prawego kciuka
          Bank w Kavarani to malutki, jednopokojowy budynek, w którym kilka osób pracuje
          przy ściśniętych,
          zasypanych dokumentami biurkach. Współpracuje ze 140 grupami samopomocy. Prem i
          Sugri są jego klientkami. Nie dostają indywidualnych pożyczek - udzielane są
          całej grupie. Ich interesy w banku reprezentuje Sarita, przedstawicielka
          organizacji zajmującej się walką z biedą na obszarach wiejskich.
          To właśnie organizacja pozarządowa jest oprócz banku i grupy samopomocowej
          podstawą systemu, w którym przyznawany jest kredyt. Gdy grupa już powstanie,
          przejmuje ona pieczę nad bankowymi formalnościami. - Większość kobiet
          mieszkających na wsiach jest niepiśmienna - mówi Bhawani, szef Gram Barathi
          Samiti (GBS), organizacji, dla której Sarita pracuje od dwóch lat. - Na
          szczęście teraz zamiast podpisu bankom wystarczy odcisk prawego kciuka.
          Jednak nadal zdarza się, że banki traktują kobiety jak motłoch. Pracownicy banku
          w Andi, w którym grupa Bismilli założyła pierwsze konto, zamiast pomocy
          oferowali szydercze uwagi i uśmieszki. Grupa rozprawiła się z nimi prosto i
          skutecznie - właśnie przenosi konto do innego banku. - To jest przykład siły,
          jaką kobietom daje przynależność do grupy - dodaje Bhawani. - Kiedyś pewnie
          potulnie znosiłyby obelgi.
          Sarita zajmuje się osiemdziesięcioma grupami. Codziennie rano wyrusza w teren,
          aby przynajmniej raz na dwa miesiące odwiedzić każdą z nich. Czasem nie udaje
          jej się być na miejscu każdego miesiąca. Wtedy kobiety proszą o pomoc
          piśmiennych kuzynów i braci, którzy wypełniają rubryczki w opasłych rejestrach
          wpłat. Na pomoc i akceptację ze strony rodzin kobiet Sarita musiała jednak
          ciężko zapracować. Tak samo jak na wsparcie własnej rodziny.
          Misja Sarity
          Najtrudniej było w Karkali, wsi, w której dziś funkcjonuje 15 grup samopomocowych.
          - Kiedy przyszłam tam po raz pierwszy, mężczyźni nie chcieli mnie wpuścić.
          Grozili mi, że jeśli wrócę, to połamią mi nogi - wspomina Sarita. - Opowiedzieli
          mi historię pielęgniarki, która została we wsi zgwałcona. Wszystko, żeby mnie
          przestraszyć i zniechęcić. Wracałam stamtąd wykończona i zapłakana.
          Na szczęście
          • ijaw Re: Kobieca samopomoc w Indiach 05.04.06, 16:44
            Na szczęście w domu czekał mąż, na którego zawsze mogła liczyć. Nawet wtedy, gdy
            jako dwudziestolatka sprzeciwiła się lokalnym władzom i stanęła w obronie
            sąsiadów oszukanych przez lichwiarza. Oszust trafił do sądu, a Sarita do
            panczajatu (lokalnego samorządu). Potem poszła na warsztaty organizowane przez
            GBS w jej rodzinnym mieście.
            - To była miłość od pierwszego wejrzenia - wspomina. - Od razu wiedziałam, że
            chcę dla nich pracować. Zaimponowali mi wiedzą i zaangażowaniem w sprawy
            biednych ludzi. Następnego dnia zadzwoniłam i powiedziałam, że jeśli tylko
            zechcą, zacznę pracę od zaraz. Nie miało znaczenia, że siedziba organizacji
            znajduje się tysiąc kilometrów od mojego domu. W rodzinie zawrzało. Krzyczeli,
            obrażali się, wyśmiewali. Tylko Yogi, jej mąż, zegarmistrz, powiedział: - Jeśli
            naprawdę tego chcesz, najwyższy czas zacząć się pakować.
            Po dwóch latach wszyscy przekonali się, że była to dobra decyzja. Część nawet
            przeniosła się za nimi do Amberu. Chociaż nadal kuzyni dzwonią czasem do jej
            szefa i pytają, czy praca Sarity rzeczywiście przynosi rezultaty. Mimo że grupy
            powstają jak grzyby po deszczu, a banki przyznają coraz większe kredyty, Sarita
            daleka jest od satysfakcji: - Jest jeszcze tyle do zrobienia, tyle kobiet nadal
            głoduje. Poza tym muszę pilnować, aby nie wydawały pieniędzy na głupoty lub nie
            oddawały ich mężom. Nadal zdarza się, że żona z trudem zdobywa pożyczkę, a mąż
            wydaje ją na byle co. Mimo że niechętnie o tym wspomina, Sarita wie również, że
            jednym z zagrożeń jest uzależnienie się od pożyczek i występowanie o nowe
            kredyty tylko po to, żeby spłacić poprzednie.
            Z czego się najbardziej cieszy?
            Z tego, że program wyzwala w kobietach solidarność, która jest kluczem do sukcesu.
            Siła sióstr
            - Jestem bardzo wdzięczna, że inne kobiety mi pomogły i zgodziły się na
            przyznanie mi pożyczki. Teraz nie muszę się już bać, że przyjdzie jakaś choroba,
            a ja nie będę miała pieniędzy, aby posłać po doktora - tłumaczy onieśmielona
            naszym za- interesowaniem Prem (na każdą odpowiedź czekamy kilka minut).
            Gdy któraś nie ma na składkę lub spłacenie raty, reszta zarządza mobilizację.
            Przecież niewpłacenie pieniędzy na czas grozi utratą pożyczki oraz wiarygodności
            grupy. A grupa po pewnym czasie jest jak druga rodzina, i to lepsza, bo
            wyrozumiała, wspierająca niezależność, a nie podporządkowanie.
            W grupie Bismilli w przypadku nagłej choroby, a nawet zwykłego święta kobiety
            wypłacają z konta małą sumę i pożyczają potrzebującej koleżance. Kiedy wychodzą
            na prostą, rodzi się w nich silne poczucie wspólnoty i przekonanie, że razem
            mogą przenosić góry.
            A gdy kobiety wspólnie zrobią pierwszy krok, trudno je zatrzymać. W Karkali z
            inicjatywy jednej z grup w zeszłym roku doprowadzono do wsi wodę. - Teraz chcemy
            doprowadzić prąd! A potem będzie szkoła, szpital i mały bank! - śmieje się Kani,
            mieszkanka wsi.
            Ta 40-letnia kobieta mocno zaangażowała się w rozwój swojej społeczności.
            Najwyraźniej jej samej wychodzi to na dobre - nauczyła się podpisywać i zdołała
            posłać swoje dzieci do szkoły.
            Indyjska socjolożka Naila Kabeer, badając grupy samopomocy, udowadnia, że ich
            najważniejsze osiągnięcia dotyczą: lepszego jedzenia, uzyskania przez wieś
            dostępu do wody i polepszenia zdrowia i poziomu edukacji dzieci, również
            dziewczynek. Kobiety częściej niż mężczyźni poświęcają zarobki na wydatki
            rodzinne i w przeciwieństwie do mężczyzn inwestują też w córki.
            Aby załatwić potrzeby fizjologiczne, Sugri wstaje skoro świt. Z innymi
            mieszkankami Patel i ich dziećmi idzie za granicę wioski. Nigdy nie wiedzą, z
            której strony padnie kamień, który właściciel pól będzie próbował je przegonić.
            Dzień w dzień brak kanalizacji w wiosce prowadzi do upokorzeń. Grupa samopomocy
            zapewnia, że wkrótce w każdym domu znajdzie się toaleta.
            Tekst: Karolina Domagalska, Zuzanna Kisielewska / grupa SAMO SIE
            kobieta.gazeta.pl/wysokie-obcasy/1,53581,3228999.html
            • ijaw Z Bollywood do Raszyna, hinduski raj nad Wisłą 11.05.06, 23:02
              Artykuł w Życiu Warszawy o społeczności hinduskiej mieszkającej w Polsce:

              "W Polsce robi interesy coraz więcej Hindusów. Niektórzy z nich należą do
              czołówki najbogatszych ludzi na świecie.

              Little India – tak mieszkańcy Raszyna nazywają swoją miejscowość, w której
              mieszka ok. 300 Hindusów. Mają tu wszystko, czego im potrzeba. W osiedlowym
              warzywniaku kupują oryginalne curry, w miejscowej knajpie jedzą tradycyjną
              tandoori, a kilkaset metrów dalej modlą się w sikhijskim kościele.
              Za kilka miesięcy w Raszynie powstanie też indyjski social club, z restauracją
              oraz biblioteka ze zbiorem filmów z Bollywood. Wszystko za pieniądze Hindusów.
              Większość z nich swoją biznesową karierę zaczynała jeszcze w Azji. Nad Wisłą
              pojawili się dopiero w połowie lat 90. Zasady, na jakich dziś funkcjonują ich
              firmy, są bardzo proste: kupić w Dubaju, Singapurze lub Hongkongu, a sprzedać w
              Raszynie. Na ledwie dwukilometrowej trasie, która przebiega przez gminę, stoi
              ok. 60 okazałych biur i magazynów. To tu Hindusi finalizują swoje najbardziej
              dochodowe interesy. – To jest najdogodniejsze miejsce dla naszych klientów
              przyjeżdżających najczęściej z Katowic lub Łodzi – tłumaczy Pradeep Kumar Nayar,
              jeden z tamtejszych biznesmenów.
              Polski Southall
              Oczywiście podwarszawska gmina nie umywa się do najsłynniejszej indyjskiej
              dzielnicy na świecie, czyli londyńskiego Southall, gdzie policjanci chodzą w
              turbanach, a w barach płaci się rupiami. Jest jednak coś, czym Raszyn bije na
              głowę Southall. Ekskluzywność. Podczas gdy 20 tys. Hindusów z zachodniego
              Londynu to mieszanka bezrobotnych, właścicieli sklepików, lekarzy i prawników, w
              Raszynie zaś nie ma miejsca dla średniaków.
              Takim nie jest Vijay Tyagi, którego firma Julida w 2002 roku sprowadzała 66
              proc. herbaty wpijanej przez Polaków. Roczny obrót Julidy oscyluje wokół 100 mln
              zł. Zważywszy na to, że Tyagi zatrudnia w swojej firmie tylko cztery osoby, to
              lista 100 najbogatszych byłaby w jego zasięgu. Byłaby, gdyby on sam był
              Polakiem. 2,5 tys. Hindusów mieszkających nad Wisłą to kropla w 22-milionowym
              oceanie indyjskiej diaspory. Okazuje się, że nawet taki potentat jak Tyagi wcale
              nie jest najbogatszym członkiem tej małej społeczności. Prawdziwe indyjskie
              rekiny finansowe również zajmują się importem.
              – W Anglii i USA typowi Hindusi to lekarze, w Polsce – przedsiębiorcy
              sprowadzający tekstylia i sprzęt AGD – mówi J. J. Singh, założyciel Indyjskiego
              Stowarzyszenia. I właśnie handlem tekstyliami trudni się Harish Lalwani, który
              do Polski przyjechał w 1995 r. jako przedstawiciel indyjskiej firmy handlującej
              tekstyliami. Po kilku latach pobytu w Polsce otworzył własny biznes, którego
              siedziby ma też w Dubaju, Łodzi, Poznaniu i Katowicach. Regularnie zaopatrują
              się w nich największe firmy odzieżowe z Polski, Niemiec, Czech, Słowacji i
              Białorusi. - Być może już niedługo naszym klientem zostanie także LPP SA, do
              której należy marka Reserved. Jesteśmy w trakcie negocjacji – mówi.
              Podobnie jak większość Hindusów, Lalwani nie czuje się w Polsce bezpiecznie.
              Wszystko przez to, że dwóch jego rodaków zostało uprowadzonych, a za jednego z
              nich porywacze żądali aż 2,4 mln USD. Żaden dotychczas się nie odnalazł. Mimo to
              Lalwani nie kryje się ze swoim bogactwem. Wnętrze siedziby jego firmy przypomina
              bardziej komnaty orientalnego pałacu niż biuro sprzedaży. Panują tam wyjątkowe
              zwyczaje. – Codziennie razem ze swoimi pracownikami jem lunch przygotowywany
              przez kucharza, którego sprowadziłem specjalnie z Indii. Praktycznie wszystkie
              używane przez niego przyprawy przywożę z Dubaju lub ewentualnie z Niemiec –
              opowiada.
              Mercedes dla każdego
              Równie ekscentryczny jest Ishaq Hussaini. Urodził się w Indiach, wychowywał w
              USA, a do Polski przyjechał z Paryża. Mimo że mieszka tu od 17 lat i ma polską
              żonę, to mówi wyłącznie po angielsku. Jest właścicielem ekskluzywnej szkoły
              amerykańskiej na warszawskich Kabatach, w Bombaju zaś aktorem. – Filmy, w
              których grałem, widziało kilka milionów. Prawdziwym hitem będzie jednak dopiero
              moja nowa produkcja – chwali się Hussaini. Jego podstawówka to naturalny wybór
              dla wszystkich warszawskich Hindusów, którzy mają dzieci. Uczą się w niej
              obywatele 45 krajów świata, a chętnych co roku jest coraz więcej.
              O Hindusach, których na Wyspach mieszka grubo ponad milion, krąży wśród
              Brytyjcyków wymowny żart. Przez pierwsze pół życia mają oni oszczędzać i nucić
              kultowy „Mercedes Benz” Janis Joplin. A przez drugie pół nie muszą już o tym
              aucie podśpiewywać, bo po prostu nim jeżdżą. O ile jednak nie wszystkim Hindusom
              na Wyspach udaje się spełnić to marzenie, o tyle ich rodacy znad Wisły nie mają
              z tym zazwyczaj problemów. – Myślę, że na czterech Hindusów mieszkających w
              Polsce przynajmniej jeden jeździ mercedesem. A chyba wszyscy przynajmniej raz w
              życiu mieli auto tej marki – całkiem serio mówi Hussaini.
              Za jednego z największych miłośników niemieckich samochodów uchodzi sam prezes
              Indyjskiego Stowarzyszenia w Polsce J.J. Singh. Samochód zmieniał całkiem
              niedawno – z jednego mercedesa przesiadł się na drugiego. Singh, oprócz
              przewodzenia całej społeczności, pełni jeszcze jedną ważną funkcję. Jest
              dyrektorem generalnym firmy zajmującej się organizowaniem służbowych podróży.
              Biorąc pod uwagę, że większość Hindusów w Polsce prowadzi interesy, które wiążą
              się z nieustannym lataniem samolotami, odgrywa rolę nie do przecenienia. Ma
              opinię „załatwialskiego”. – Najczęściej kupuję bilety od niego, bo zawsze można
              się z nim potargować. Poza tym, nawet gdy nie ma już nigdzie miejsc, J.J. zawsze
              mnie gdzieś wciśnie – opowiada Hussaini.
              Mimo że Hindusi w Polsce głównie mogą się kojarzyć z branżą tekstylną, to lista
              rzeczy, którymi się tu zajmują, jest bardziej okazała. Wielu z nich to
              menedżerowie najwyższego szczebla w bankach i firmach farmaceutycznych.
              Największy zaciąg jest chyba w Citibanku. W indyjski potencjał wierzy też
              Raiffeisen i Pfizer. Nad Wisłą inwestują również prawdziwe rekiny. Całkiem
              niedawno do Piaseczna zawitał należący do Venugopala Dhoota Videocon, który
              odkupił od Thomsona tamtejszy zakład kineskopów. W Mrągowie z kolei jedną ze
              swoich fabryk ma indyjski konglomerat Escorts Limited zajmujący się m.in.
              produkcją traktorów. W Częstochowie natomiast interesy prowadzi stalowy magnat,
              a zarazem trzeci najbogatszy człowiek na świecie Lakshmi Mittal, który tylko w
              ubiegłym roku zarobił 18,8 mld USD.
              Większość Hindusów mieszkających w Polsce nie wie, czy zostanie tu do końca
              życia. To, co ich tu trzyma, to interesy. – Jesteśmy obywatelami świata, rzadko
              przywiązujemy się do miejsc i często się przeprowadzamy. A pierwsza myśl, jaka
              przychodzi do głowy Hindusowi po przybyciu do obcego kraju, to, na czym tu można
              najlepiej zarobić – mówi Ishaq Hussaini.
              www.zw.com.pl/apps/a/tekst.jsp?place=zw2_a_ListNews1&news_cat_id=2051&news_id=86125
              • ijaw Hindusi w Warszawie 18.09.06, 11:39
                Artykuł z okazji premiery filmu "Bunty i Babli".

                "Wollywood, czyli życie Hindusów w Warszawie

                Są biznesmenami, studentami, mężami. Na filmy bollywoodzkie chodzą do kina
                Muranów - wtedy przez chwilę mogą poczuć się jak w Delhi. Z okazji premiery
                filmu "Bunty i Babli" rozmawiamy z Hindusami mieszkającymi w Warszawie.
                On i ona mieszkają w małych miasteczkach Indii. Ich życie jest monotonne. Aby je
                urozmaicić - uciekają z domu. To początek filmu "Bunty i Babli", który od
                wczoraj można oglądać w kinach i na DVD.
                J.J. Singh i Umesh Wadhwa też opuścili rodzinne miasto. W Warszawie wiodą życie,
                które mogłoby posłużyć za scenariusz kolorowego bollyfilmu.
                Jedzą słonie
                Pochodzą z Delhi. W Polsce są od kilkunastu lat, ale do dziś pamiętają pierwszy
                dzień pobytu. Podstawowa różnica - temperatura. Umesh Wadhwa przyjechał na
                początku września 1987 roku. - Wiedziałem, że to zimny kraj - opowiada. Założył
                więc ciepły garnitur i zimowy płaszcz. - Kiedy wylądowaliśmy i na ulicach nie
                było metrowego śniegu, pomyślałem, że pewnie właśnie go odgarnęli - śmieje się dziś.
                Na początku pojechał na kilkumiesięczny kurs polskiego, później na studia
                informatyczne i MBA. W pociągu spotkał Hindusa: - Jesteś wegetarianinem?
                Zapomnij. Żadnych warzyw, owoców, tu jest tylko mięso - ostrzegał podróżny. -
                Wiesz, co oni tu jedzą? Język krowy. Ale to jeszcze nic. Oni tu też jedzą słonie!
                - Jak to słonie? - dopytuję pana Umesha. - To proste: baran - baranina, słoń -
                słonina - odpowiada.
                J.J. Singh w Delhi pracował w liniach lotniczych LOT. Poznał tam Polkę. Zakochał
                się, wzięli ślub, a raczej śluby: w Indiach hinduski i w Polsce - katolicki.
                Żona zdecydowała, że zamieszkają w Polsce. Są tu od 1990 roku. Żona poszła na
                kurs kuchni indyjskiej. Teraz w domu podaje kurczaka w sosie pomidorowym,
                soczewicę czy chapati - okrągły chleb indyjski.
                Bolly życie
                J.J. Singh jest dyrektorem zarządzającym Weco-Travel oraz sekretarzem
                Stowarzyszenia Hindusów w Polsce. Opowiada, że w samej Warszawie mieszka ponad 2
                tys. Hindusów. - Najczęściej są to pracownicy wyższego szczebla, biznesmeni -
                mówi. Firmy wysyłają ich do Polski na konkretne stanowisko, rzadko zdarza się
                ktoś, kto dopiero na miejscu szuka pracy. - To się może zmienić, bo przyjeżdża
                coraz większa liczba studentów - dodaje.
                Warszawscy Hindusi mogą finansowo pozwolić sobie na więcej niż ci, którzy
                zostali w Indiach, ale różnice są coraz mniejsze, bo ten kraj bardzo prężnie się
                rozwija. - Jednak życie, jakie przedstawiają filmy bollywoodzkie, wiedzie może
                kilkanaście osób w samych Indiach i niewiele więcej w Europie - mówi J.J. Singh.
                Od premiery filmu "Żona dla zuchwałych" w 1995 roku bolly-bohaterowie, którzy
                wyjechali z kraju, pokazani są jako ci, którzy potrafią połączyć tradycję Indii
                i nowoczesność Europy. Wyglądają tak jak J.J. Singh i Umesh Wadhwa,
                współwłaściciel firmy e-direct. Mają świetną pracę, udane życie rodzinne,
                ubranie tak nienaganne, że nawet spinki do mankietów pasują idealnie. Pan J.J.
                podkreśla, że oni też nie zerwali z tradycją. - W niedzielę ja idę z żoną do
                kościoła, a ona ze mną do naszego domu spotkań w Raszynie - mówi. - Na ścianach
                jednego pokoju wiszą obrazy przedstawiające Jezusa, a w drugim moich bogów - dodaje.
                Czasem śmiech, czasem łzy
                Nowy rodzaj łączności z krajem pojawił się wraz z filmami i imprezami
                bollywoodzkimi, których coraz więcej odbywa się w Warszawie.
                - Nie lubiłem tych filmów, dopóki nie zobaczyłem Shah Rukh Khana - opowiada pan
                Umesh. Shah Rukh Khan zaistniał na ekranach w połowie lat 90. i od tego czasu
                jest aktorską gwiazdą numer jeden. - Nowe filmy są bardziej logiczne, lepiej
                zrobione niż kilkanaście lat temu. Pokazują też święta, kolory, to czego mi tu
                brakowało - dodaje. Do dziś uważa, że Polska jest szarym krajem. - W Indiach są
                duże rodziny, więc raz w miesiącu jest uroczystość: urodziny, wesele. Jest
                więcej świąt - opowiada. Ten brak rekompensuje sobie imprezami w Jadłodajni
                Filozoficznej czy klubie Pańska 97.
                - Nie widziałam tam kobiet z Indii. Mężczyźni zawsze przychodzą sami? - pytam. -
                Bywa różnie. Proponuję mojej żonie Polce, ale jej to nie przepada za takimi
                imprezami - opowiada pan Umesh.
                J.J. Singh organizuje dla Hindusów pokazy bolly-filmów, chodzi też na te
                "zwykłe". - Wie pani, że Polacy czasami reagują nietypowo? Jak widzą na ekranie
                płaczącego mężczyznę, to się śmieją... - mówi. - Bo dla nas miny, które płacząc
                robi Shah Rukh Khan, są zabawne - tłumaczę. - Tak? - dziwi się. Przyznaje, że
                jest część Hindusów, która uważa, że to wstyd, że Indie znane są z kiczowatych
                filmów. - Ale większość je lubi. Nawet prezes naszego stowarzyszenia jest
                aktorem. Właśnie poleciał do Indii kręcić kolejny film. Tylko że on gra w
                tamilskich - robionych w wytwórni na południu kraju w Madrasie, a nie w
                bollywoodzkich - wyjaśnia.
                Być może za pół roku w Warszawie pojawi się najbardziej znany Hindus na świecie,
                czyli Shah Rukh Khan. Kilka dni temu podczas premiery filmu "KANK" w Toronto
                rozmawiał z Jakubem Duszyńskim, dyrektorem artystycznym Gutek Film. -
                Powiedział, że interesuje się Polską, naszą historią i chciałby się spotkać ze
                swoimi fanami - mówi z przejęciem Duszyński. Ma nadzieję, że do tego dojdzie."

                miasta.gazeta.pl/warszawa/1,34861,3621443.html

Nie pamiętasz hasła

lub ?

 

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się

Nakarm Pajacyka