alberto4
17.11.05, 17:29
Władzę w III (IV?) RP przejęła katoprawica (sic!). Podczas lekcji wychowania
do życia w rodzinie będzie się nauczać o bocianach przynoszących dzieci.
Tonie żart.
W Ministerstwie Edukacji Narodowej i Sportu - obsadzonym rzekomo przez
lewicowy rząd - pracuje od groma klęcznikowych urzędników. Największy ich
wysyp zanotowano w czasach, kiedy ministrem była czerwona baronówna z
Poznania - Krystyna Łybacka. Nasz informator twierdzi, że w kwestii nauczania
o seksie pani Krysia nie wykonała ruchu bez zgody giermków Glempa. Pod
naciskiem zdroworozsądkowych ludzi nauki (unikaty!), których poparły niektóre
media, MEN rozwiązało w końcu zespół pod kierownictwem prof. Krystyny
Ostrowskiej, pracujący pod dyktando kolejnych komunikatów z Konferencji
Episkopatu Polski. Weryfikacja podręczników - mówi nasza ministerialna
wiewiórka - okazała się jednak symboliczna. Zrezygnowano z książki napisanej
przez trzy pobożne małżeństwa: Wołochowiczów, Grabowskich i Niemyskich. Kiedy
podjęto tę decyzję, najwyżsi urzędnicy MEN musieli się tłumaczyć przed
biskupami. Niestety, jedną wycofaną pozycję natychmiast zastąpiło kilka
innych, równie "wybitnych". Na przykład w dziełach Marii Ryś przeczytamy np.
że "antykoncepcja to niszczenie zdrowia fizycznego, ona niszczy więź, a w
najmniejszym przypadku nie pozwala na jej rozwój. Pigułka antykoncepcyjna
całkowicie rozregulowuje naturalne mechanizmy funkcjonowania organizmu.
Fatalna w skutkach jest masturbacja, po której można stać się niepłodnym,
niedorozwiniętym lub zapaść na inne schorzenia...". Na 11 podręczników
dopuszczonych do nauczania życia w rodzinie, 7 z nich zaliczanych jest do
tzw. nurtu katolickiego. W pewnym renomowanym liceum poznańskim uczniowie
usłyszeli od księży i katechetów, iż należy wystrzegać się prezerwatywy, bo
robią się po niej żylaki. Nie lepsze - ich zdaniem - są tabletki
antykoncepcyjne: od momentu ich stosowania przybywa homoseksualistów. Skutki
nieobowiązkowej edukacji seksualnej w placówkach oświatowych Katolikolandu są
opłakane. Najnowsze badania wykazały, że 57 proc. uczniów brało w nich udział
tylko raz (dotyczy to miast powyżej 100 tys. mieszkańców, w mniejszych
ośrodkach - 32 proc.). Prawie połowa uczniów, po namowach księży i
rozmodlonych rodziców, w ogóle nie zetknęła się z tym przedmiotem.
Efektywność szkolnego uświadamiania jest niska. Tylko 9 proc. badanych wiedzę
o prokreacji czerpie od nauczycieli. Nie dziwi zatem, że w 2003 roku
nastolatki urodziły blisko 30 tys. dzieci. Blisko połowa młodych matek nie
miała pojęcia o jakiejkolwiek metodzie planowania rodziny. Liczbę
nielegalnych, pokątnie wykonywanych aborcji szacuje się na 200 tys. rocznie.
Rośnie liczba zakażonych wirusem HIV. W 2004 roku było ok. 9,5 tys.
zarejestrowanych nosicieli wirusa i ponad 14 tys. chorych na AIDS. Rzecz
jasna - to liczby oficjalne, bowiem oblicza się, że liczba osób
seropozytywnych w Polsce dawno przekroczyła 20 tysięcy. Katolicka obłuda
wtłoczona w system edukacji zbiera żniwo. Lidia Kamieńska obsługująca
młodzieżowy telefon zaufania wyznaje, że niewiedza młodych ludzi i przesądy w
kwestii seksualności są zastraszające. Młodzież pyta na przykład o to, czy po
stosunku oralnym można zajść w ciążę, czy nocny wzwód u chłopca to oznaka
początków zboczenia, czy masturbacja powoduje choroby nerek? Nie ma się z
czego śmiać! Jeżeli sprawdzą się zapowiedzi naszych informatorów z MENiS, że
prawicowy rząd zamierza wprowadzić do resortu samych nawiedzonych urzędników,
to jedyną metodą kontroli urodzeń może się okazać wrzucanie noworodków do
beczek po kapuście.