takaczapka
11.01.06, 21:52
czesc
mam 26 lat, pracuje w normalnej firmie, zarabiam kase ktora wystarcza mi na
zycie i na drobne oszczednosci i generalnie realizuje sie w pracy i lubie
robic to co robie.
fakt jest jednak faktem, ze nie cierpie wstawac rano, siedziec 8-9h dziennie i
wracac do domu gdzie raczej juz tworczo nie zadzialam bo jestem po prostu
zmeczony. a i to ze lubie sie tym zajmowac nie daje otuchy gdy to po prostu
trzeba robic aby zyc. wieczory wypelniam sobie sportem czy angielskim,
czytaniem czy innymi malo zoobowiazujacymi zajeciami. padam kolo polnocy.
wikendy przelatuja szybciutko, w sobote dochodze do siebie po calym tygodniu,
w niedziele juz jest dobrze, jednak czuc ten gorzkawy smak poniedzialku.
nie narzekam ze jestem nieszczesliwy. po prostu czasami brak mi czasu na
robienie innych rzeczy, na zajecie sie glebiej jakimis pozapracowymi pasjami,
na wyjazdy, spotkania z ludzmi.
wszyscy dookola zabiegani tak jak ja. z czasem coraz trudniej spotkac sie,
znalezc chwile na rozmowe, zapomniec o uplywajacym czasie, bo jutro przeciez
...trzeba isc do pracy.
tymze sposobem praca zjada mlodosc, kreatywnosc i najlepsze chwile zycia.
niechcialbym zarazem rzucac pracy i zyc wlasnie ta chwila z plecakiem czy
tanim winem w reku ;), bo jednak jakiejs stabilnosci potrzebuje, a bogatych
rodzicow brak.
jak wy sobie radzicie z praca i przychodzeniem zmeczonym do domu?
ostatnio wpadla mi do glowy pewna koncepcja. chodzi mianowicie o przejscie na
4/5 etatu czyli np. pracy od poniedzialku do czwartku. bo przeciez w zyciu nie
tylko o kase chodzi ale tez i o to aby bylo dobrze. mam jednak pewne
watpliwosci. jestem na progu zaciagniecia kredytu na mieszkanie, za pare lat
chcialbym miec z moja dziewczynkom jakiegos bobasa i w sumie moze to jest
dobry czas aby mocno popracowac i wyrobic sobie jakas "pozycje"...
co wy o tym myslicie. czy macie podobne doswiadczenia? jak sobie radzicie z
ciaglym brakiem czasu? jak wasze dzieci sobie radza z tym ze gdy was juz w
koncu widza to jestescie zmeczeni? czy to ze sie wiecej pracuje i ma sie
wiecej kasy na prawde daje wiecej zadowolenia? czy nowe auto, nowa komóra,
wieksze mieszkanie, droższa knajpa sa warte aby poswiecac siebie i swoich
bliskich? czy ciagle trzeba czekac na te lepsze czasy kiedy wreszcie sie juz
dorobie i bede mogl dac spokoj? czy to w koncu nadejdzie? a moze po prostu
chcemy wiecej i wiecej i ciagle nam jest malo?
moze to juz czas aby wyhamowac, wyjsc na dwor i wziac gleboki oddech? jestem
raczej mlody, wiem, duzo jeszcze przede mna, ale moze po prostu nie ma sensu
siebie poswiecac od samego poczatku?
czekam na wasze opinie.
pozdrawiam!