Dodaj do ulubionych

Ta okropna nazwa - KONKUBINAT!

27.01.06, 14:28
Wczoraj, z racji możliwości otrzymania od firmy dofinansowania do wczasów,
talonów na balony, dodatków i sratków świątecznych także dla osoby
pozostającej we wspólnym gospodarstwie domowym, Panie z Kadr poprosiły mnie o
złożenie oświadczenia o życiu w KONKUBINACIE. Nie cierpię tego słowa -
uważam, że jest obrzydliwe! Kojarzy mi się z notkami w kronikach
policyjnych: "Wczoraj w późnych godzinach wieczornych, na melinie przy ulicy
Gwarnej, pijany do nieprzytomności Marian G. zadźgał siekierą swoją konkubinę
Genowefę J. zadając jej 14 ciosów w głowę".

Może by wymyślić jakiś przyjemniejszy dla ucha zastępnik i podjąć inicjatywę
ludową, w celu zmiany konkubinatu na.... No właśnie, na co? Ma ktoś jakiś
pomysł? :)
Obserwuj wątek
        • chevaliere_de_la_barre Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 27.01.06, 14:46
          trini napisała:

          > Zaniedługo za mąż wyjdę, ale do tego czasu nie chcę, żeby mnie nazywano
          > KONKUBINĄ! ;) Już chyba wolę status KOCHANKI ;-)

          To wez na wstrzymanie. (pomysl o statusie KOCHANICY; zawsze moze byc gorzej) ;)
          Moja babcia mowila "Przyjaciolka" i wszyscy wiedzieli o co chodzi.
        • Gość: Malgorzata DO TRINI IP: 213.88.232.* 02.02.06, 21:35
          Zgadzam sie z Toba calkowicie, tez niecierpie tego slowa (jestem sama mezatka)
          w/g mnie nie pasuje ono do wspolczesnego zycia. A nie widze powodu aby
          wychodzic za maz, tylko dlatego zeby moc uniknac tego slowa (tak jak ktos na
          pocztku proponuje).
          W Szwecji np stosuje sie nazwe "wspolmieszkajacy" ze soba, a ja osobiscie
          preferuje nazwe "zwiazek partnerski". Brzmi o wiele przyjemniej !!!!!
          • lagardere Re: DO TRINI 02.02.06, 22:03
            Gość portalu: Malgorzata napisał(a):

            > Zgadzam sie z Toba calkowicie, tez niecierpie tego slowa (jestem sama mezatka)
            > w/g mnie nie pasuje ono do wspolczesnego zycia. A nie widze powodu aby
            > wychodzic za maz, tylko dlatego zeby moc uniknac tego slowa (tak jak ktos na
            > pocztku proponuje).
            > W Szwecji np stosuje sie nazwe "wspolmieszkajacy" ze soba, a ja osobiscie
            > preferuje nazwe "zwiazek partnerski". Brzmi o wiele przyjemniej !!!!!

            Ach Filipie, ach Filipie, trzeba znac sie na dowcipie ;)
            W tej Szwecji, to jakies nordyckie poczucie humoru i dlatego tyle samobojstw a
            my tu narod slowianski, pogodny i beztroski! My tez *preferujemy* zwiazki
            partnerskie, choc nie wykluczamy partnerstwa w zwiazkach *kanonicznych* ;)))
          • Gość: gp Re: DO TRINI IP: *.nyc.res.rr.com 03.02.06, 01:19
            Ta, niektorzy lubia rosporek a poniewaz wyrzut im kaze inaczej to chca te nazwe
            konkubinat zastapic czyms milszym dla ucha... alez prosze po prostu mozna
            rzec: "zwiazek ku..ki, damsko - meski")))) Pieknie brzmi dobitnie, oddaje
            istote zwiazku i podkresla jego charakter ktory sie kreci wokol dupy obojga
            zainteresowanych.
            I czyz to nie jest mile dla ucha?))))))
            Zyczac milego lozkowania - dobranoc!)))
            • Gość: Bea Re: DO TRINI IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.02.06, 18:45
              W takim razie na malzenstwo powinienes stosowac podobne okreslenie, bo oni nie
              tylko wspolnie mieszkaja, ale zwykle rowniez uprawiaja seks! O zgrozo! A
              powaznie, to mysle ze nie masz prawa wypowiadac sie o czyms o czym nie masz
              zielonego pojecia. Ja nie moge... O ile piekniejszy bylby swiat moheroza nie
              przeslaniala niektorym wzroku.
            • jolunia01 Re: DO TRINI 05.02.06, 23:16
              Gość portalu: gp napisał(a):

              > Ta, niektorzy lubia rosporek a poniewaz wyrzut im kaze inaczej to chca te
              nazwe konkubinat zastapic czyms milszym dla ucha... alez prosze po prostu mozna
              > rzec: "zwiazek ku..ki, damsko - meski")))) Pieknie brzmi dobitnie, oddaje
              > istote zwiazku i podkresla jego charakter ktory sie kreci wokol dupy obojga
              > zainteresowanych.
              > I czyz to nie jest mile dla ucha?))))))
              > Zyczac milego lozkowania - dobranoc!)))

              Życzę ci, przygłupie, żebyś spać nie mógł. Co to jest "rosporek"? I dlaczego,
              oprócz tego, że jesteś nieukiem, jesteś chamem?
              A swoją drogą ciekawa jestem wokół czego kręci się twój związek.
          • Gość: Behemot Re: DO TRINI IP: 84.216.51.* 03.02.06, 11:02
            > W Szwecji np stosuje sie nazwe "wspolmieszkajacy" ze soba, a ja osobiscie
            > preferuje nazwe "zwiazek partnerski". Brzmi o wiele przyjemniej !!!!!
            Po szwedzku to jest 'sambo'. To slowo zawsze mnie troche smieszylo, chociaz
            krotkie i poreczne ;)
            Ale oni maja jeszcze 'särbo', czyli pozostajacy w zwiazku, ale mieszkajacy
            oddzielnie. Ot nowoczesnosc!
            • xs550 Re: DO TRINI 04.02.06, 12:56
              Gość portalu: Behemot napisał(a):

              > Ale oni maja jeszcze 'särbo', czyli pozostajacy w zwiazku, ale mieszkajacy
              > oddzielnie. Ot nowoczesnosc!

              Tjaaa... Bo kiedys to sie nie zdarzalo...
            • oliwka117 Re: DO TRINI +do wszystkch obecnych: 06.02.06, 12:05
              łojojoj!!! jakie wielkie dyskusje na temat jakiegoś określenia! Na pewno
              określenie dzidziuś bękart jest lepsze... Jak autorka tematu chce zmienić
              status, bo ją razi to niech wyjdzie sobie za mąż a nie wymaga żeby jej zmienić
              nazwę. Niech weźmie ślub cywilny jak jej wygodnie, bez płacenia głupich składek
              na nauki itp. Tak na marginesie to nauki prowadzą ludzie, którzy poświęcają temu
              swój czas i też nie chcą zdychać z głodu robiąc to zupełnie charytatywnie. A 25
              zł za kurs przedmałżeński to nie jest chyba dużo? Za ślub wcale nie trzeba
              płacić księdzu-jest to dobrowolne a ksiądz nie ma prawa tego wymagać. A jak ktoś
              twierdzi, że nie potrzebuje papierka, bo kocha to jego sprawa. Nie zgadzam się,
              że nie-małżonkowie bardziej się mobilizują do starań o własne względy, chyba
              tylko na początku.
        • ton Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 03.02.06, 09:06
          To nie słowo jest okropne, tylko takie się stało, a dlaczego?
          Dlatego, że kojarzy się tak, jak napisałaś - z marginesem.
          Ale po co wymyślać nową nazwę, jeśli z nią stanie się dokładnie to samo?
          Przecież margines tak właśnie żyje - "na kocią łąpę", w "wolnym związku" - są te określenia i jest kilka innych, a to jedno o którym piszesz jest urzędowe i dlatego musisz go użyć, i dlatego też pojawia się w notatkach policyjnych...

          Jeśli nie chcesz żyć jak margines, zawrzyj związek małżeński - czy to problem? Przecież jeśli nie jesteście pewni czy chcecie być ze sobą na dłużej, to zawsze są rozwody, w dzisiejszych czasach to proste, dla ułatwienia możecie jakąś intercyzę przed ślubem podpisać... (:
          Oczywiście piszę tu o małżeństwie w sensie prawnym, bo katolickie rozumienie małżeństwa wyklucza rozwód - ale skoro żyjesz w "wolnym związku", to zakładam, że małżeństwo katolickie Cię nie interesuje...
          • pozara Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 03.02.06, 09:42
            matkooo, z przerażeniem czytam wypowiedzi ludzi, co to zatrzymali swój rozwój w
            czasach średniopwiecza.
            żyje w konkubinacie, wyjde niedługo za mąż - ale dojrzerwałam do tej decyzji po
            pierwsze z powodów finansowych, po drugie musiałam miec pewność.
            otóż drogie moherowe berety lepiej żyć w konkubinacie i się przekonać aniżeli
            potem cierpiec do konca zycia - bo przeciez nie wypada sie rozwieść!!!
            KONKUBINAT - OCHYDNA NAZWA TO FAKT, czasem na poczcie jak odbieram listy
            polecone pani w okienku sie pyta a ten Pan dla Pani to kto - jakoś słowo
            konkubent mi nie przechodzi przez gardło i mówie albo mąż (albo współlokator -
            >tez nieładnie)
            uważam po pierwsze ze konkubinat powinien byc ustanowiony prawnie, po drugie
            powinien nosic jakąs ludzka przyjemna nazwę. ludzie yjacy wq konkubinacie chca
            byc ze soba , małżonkowie często muszą -> więc która miłość często jest wieksza
            tu moze troche przesadziłam , ale chce napisac tym dziwnym ludkom o jeszcze
            dziwniejszych pogladach ze konkubinat jest czyms pieknym emocjonalnie
              • jolunia01 Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 05.02.06, 23:23
                Gość portalu: katolik napisał(a):

                > tak, można prawnie usankcjonować związek kobiety i mężczyzny - nazywa się to
                > małżeństwo, gdydyby policzyć liczbę małżeńst i liczbę konkubinatów stodunek
                > byłby ok 10:1, zatem konkubinat to margine statystyczny jak i rownież
                społeczny


                A co? liczyłeś? To ty i tobie podobni są marginesem - intelektualnym.
                Współczuję.
                A swoja drogą zgadzam się z jednym z wcześniejszych wpisów: wolę byc kochana
                konkubiną niż maltretowaną żoną - zwłaszcza w "porządnym" katolickim
                małżeństwie, gdzie byle palant może w imie nierozerwalnosci związku zamęczyć
                kobietę na śmierć.
            • Gość: do pozara Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! IP: 80.50.167.* 04.02.06, 13:56
              Przyjema nazwa: może pączusie, albo misiaczki, może słoneczka, może bąbelki ?
              Nie znasz prawa ?
              Konkubinat istnieje w prepisach prawnych.
              OZNACZA WSPÓLNOTĘ MAJĄTKOWĄ, tych którzy się nie pobierają, bo nie chcą.
              Oznacza, że pan X np.zarabiający fortunę, z przyczyn majątkowych zapisał w
              urzędzie, że żyje z panią Y w konkubinacie ( ale sie nie żeni, bo nie ma
              ochoty. To oznacza tyle i tylko tyle ).
              Bo jakby pan X chciał ją za żonę, to by się ożenił. Ale nie chce. Ptrzebna mu
              jest jako wyposażenie domu i do rozliczeń finansowych, na ogół po to żeby
              płacił mniejsze podatki.
              Nie ma takiej sytuacji prawnej" małżonkowie, sa ze sobą bo muszą" jak ty to
              rozumiesz ? Małżeństwo to nie kajdany zaspawane na rekach ofiar slubu. Ślub
              nikogo do niczego nie zmusza. Małżęństwo, to nie jest zakład zamknięty dla
              psychicznie chorych, z tego typu związku można wyjść, nikt nikogo do niczego
              nie zmusza, ludzie po ślubie nie są pozbawiani wolnej woli.
            • Gość: qwww Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.02.06, 23:39
              > margines żyje na kocią łapę? jesteś pewna? jakoś widzę wiele małżeństw, gdzie
              > wóda leje się litrami, dzieci chodzą brudne, źródłem utrzymania jest zasiłek i
              > sprzedaż pokryw ulicznychstudzienek a żony wybiegają nocą na klatkę schodową
              > krzycząc; ratunku, on mnie zaraz zabije...


              ciekawe gdzie mieszkasz ... fajnych masz sąsiadów ...
            • xs550 Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 04.02.06, 13:02
              Dokladnie. Tak sie akurat sklada, ze najwiekszy "margines" jaki znam to tez malzenstwo zawarte formalnie. Ludzie zyjacy w konkubinacie to zazwyczaj racjonalnie myslace i swiadome swoich wyborow osoby nie dajace sie wepchnac w roznego rodzaju idiotyzmy tylko dlatego, ze narzuca to na nie spoleczenstwo i tradycja. Zazwyczaj im wyzsze wyksztalcenie tym mniejsza potrzeba formalizacji zwiazku. Bo tak naprawde to po co ta cala szopka ze slubem?
        • sylwia183 Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 08.02.06, 00:36
          konkubinat jest to związek dwóch osób, które nie zawarły związku małżeńskiego,
          prowadzących wspólnie gospodarstwo domowe oraz wspólnie wychowujących dzieci.
          A tak naprawdę choć sama jestem mężatką, to ta forma życia aboslutnie mi nie
          przeszkadza, co więcej jestem za tym aby takie związki miały prawo do
          legalizacji pod względem prawnym i formalnym swoich związków. A ta nazwa
          naprawdę źle się kojarzy. Może coś od pary nie wiem partenerstwo, związek
          partnerski. Nich ktoś kto zna łacinę znajdzie jakiś miły odnoścnik do tych i
          podobnych słów.
    • volga_jasnowidzaca Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 27.01.06, 14:44
      "Wczoraj w późnych godzinach wieczornych, na melinie przy ulicy
      > Gwarnej, pijany do nieprzytomności Marian G. zadźgał siekierą swoją konkubinę
      > Genowefę J. zadając jej 14 ciosów w głowę".


      Jeszcze zawsze piszą :" W trakcie libacji, która trwała od trzech dni. Za
      ściana spało dziecko Genowefy J."...:-)

      Myslę, że związek partnerski i tyle. A tym co wszytko kojazy się z łóżkiem -
      pewnie w małżeństwie z łóżka się nie korzysta?
      • Gość: Śtyngiel Tajemnicze zniknięcie IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 02.02.06, 20:18
        Wczoraj w godzinach rannych moja konkubina Zofia Wypych wyszla po "dykte" do
        meliny, w celu przedłużenia libacji alkocholowej, która trwała nieprzerwanie
        cztery dni. Na zakup tegoż trunku zabrała z naszych wspólnych zasobów
        finansowych 5zł; Mineły cztery dni i do tamtej pory nie powróciła, upewniwszy
        się ze nie przebywa u Ryśka Z. psełdonim "Żbik". Wszczołem poszukiwania
        zaginionej. Jeżeli ktokolwiek, kiedykolwiek i jakkolwiek widział zaginioną
        proszę o kontakt (nie chodzi o nia lecz o te 5zł; które zabrała). Zygmunt B.
        psełdonim "Śtyngiel". Suków-Babie 45.
      • viking2 Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! 03.02.06, 02:38
        > "Wczoraj w późnych godzinach wieczornych, na melinie przy ulicy
        > > Gwarnej, pijany do nieprzytomności Marian G. zadźgał siekierą swoją konku
        > binę
        > > Genowefę J. zadając jej 14 ciosów w głowę".

        No zaraz, jak siekiera, to nie "zadzgal", tylko "zarabal". Dzga sie nozem albo
        srubokretem. Poza tym pisza "zaatakowal", potem jakies ble ble ble, a potem "ze
        skutkiem smiertelnym" albo "zaatakowana poniosla smierc na miejscu".
        I prosze nie krzyczec, wiem, ze nie na temat, ale nie moglem sobie odmowic. A na
        temat, to poprzednik volga_jasnowidzaca, niejaki gp, pisze idiotyzmy:

        >Ta, niektorzy lubia rosporek a poniewaz wyrzut im kaze inaczej to chca te nazwe
        >konkubinat zastapic czyms milszym dla ucha... alez prosze po prostu mozna
        >rzec: "zwiazek ku..ki, damsko - meski")))) Pieknie brzmi dobitnie, oddaje
        >istote zwiazku i podkresla jego charakter ktory sie kreci wokol dupy obojga
        >zainteresowanych.
        >I czyz to nie jest mile dla ucha?))))))
        >Zyczac milego lozkowania - dobranoc!)))

        Po pierwsze, to roZporek, nie zgadzam sie miec roSporka w spodniach (a nosze na
        codzien bo jestem facetem), a po drugie to "zwiazek ku..ki" nie ma nic wspolnego
        ani z konkubinatem, ani z malzenstwem, a tylko ze swoim wlasnym charakterem i
        zachodzi wtedy, kiedy jedno z partnerow (albo i oboje) nie dochowuje wiernosci.
        Pomijajac juz powszechnie znana prawde, ze "ku..a" to akurat charakter, a nie
        czesc zwiazku (jakiego badz, partnerskiego, malzenskiego, Radzieckiego... a,
        nie, cholera, tu juz za daleko ide...).
        Po drugie, jaki znow wyrzut? Na skorze? Bylo tyle malin nie jesc...
        A po trzecie, to istota jakiegokolwiek sensownego zwiazku nie jest "ku.." - bo
        to tak, jakbys powiedzial, ze istota np. posiadania konta w banku jest
        parkowanie samochodu tylem - tylko wzajemna lojalnosc, przywiazanie, pozadanie,
        seks i milosc wzajemna tych dwojga ludzi.
        I ch... komu do tego, a od oceniania kto, z kim i jak to lepiej sie jednak
        powstrzymac.
    • Gość: kobieta Re: Ta okropna nazwa - KONKUBINAT! IP: *.tronic.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 27.01.06, 14:52
      Nie, konkubina brzmi w moich uszach lepiej niż kochanka. Kochanka to ktoś, kto
      wdarł się do cudzego domu, rozwalił rodzinę, odebrał dzieciom ojca. Konkubina
      ma swojego faceta na stałe, tworzą wspólny dom, żyją jak małżeństwo tylko
      ulegli dzisiejszej modzie na związki partnerskie. Nic na to nie poradzisz, że
      półświatek lubi związki partnerskie. Oni tak żyją bezmyślnie. Ty wyjdz za
      swojego konkubenta i będzie po kłopocie. I mama się ucieszy...
        • Gość: kobieta Re:nancyboy IP: *.tronic.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 27.01.06, 15:17
          Daj spokój! Przecież to tylko moda i to na dodatek szkodliwa dla kobiety.
          Małżeństwo daje kobiecie poczucie stabilizacji, daje jej prawa, których nie
          mają konkubiny. Męzowi nie jest tak łatwo uwolnić się od odpowiedzialności za
          rodzinę jak konkubentowi. Oczywiście biorę pod uwagę ludzi tzw. normalnych i
          nie myślę o względach etycznych bo to sprawa z innej bajki. Małżeństwo to nie
          moda, ani dzisiejsza ani wczorajsza. Małżeństwo to instytucja na której
          budowały się całe pokolenia. To tradycja, która trwa tysiące lat.
          • p.s.j Re:nancyboy 27.01.06, 15:18
            Odpowiednio skonstruowana umowa cywilno-prawna da Tobie takie same
            zabezpieczenia finansowe, co małżeństwo, albo i lepsiejsze.
          • Gość: kasiulla Re:nancyboy IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.01.06, 08:47
            Kobieto, co Ty mówisz?
            Konkubinat szkodliwy dla kobiety? Ekhem... Pod jakim względem? Ja sobie bardzo
            chwalę i śmiem twierdzić, że mogłoby mi być gorzej, gdyby mój konkubent był
            moim mężem. Jakoś tak wszędzie naokoło wśród znajomych obserwujemy, że po
            ślubie dotychczas doskonałe związki zaczynają sie rozpadać... A my trwamy juz 7
            lat, mamy dziecko i zamierzamy przeżyć ze sobą resztę życia w tym... tfu!
            bezbożnym konkubinacie.

            > Małżeństwo daje kobiecie poczucie stabilizacji, daje jej prawa, których nie
            > mają konkubiny. Męzowi nie jest tak łatwo uwolnić się od odpowiedzialności za
            > rodzinę jak konkubentowi. Oczywiście biorę pod uwagę ludzi tzw. normalnych i

            O jakiej stabilizacji mówisz? O tym, że mąż z obrączką na palcu nie będzie miał
            kochanki? Oczywiście może mieć, tylko później trudniej takiego drania rzucić,
            bo za dużo papierków, dzielenie majątku itp.

            Jakie prawa? Prawo do rozwodu? Bo do alimentów ma każda kobieta od ojca swego
            dziecka. Jesli chodzi Ci o prawo do trwania przy mężu, informacji od lekarza,
            gdy mąż jest ciężko chory, to fakt... Żony mają lepiej, bo ja według prawa
            jestem osobą obcą dla mojego konkubenta/kochanka/patnera - jak zwał, tak zwał.

            Ludzi normalnych? Czy za normalnych uznasz ludzi, którzy tworzą kochającą się
            rodzinę, są dobrymi rodzicami, nie są patologiczni, nie kłócą się, nie biją,
            nie piją, snują wspólne plany i marzenia, pracują w uznanych zawodach, a
            jedynym ich "grzechem" jest brak aktu stwierdzającego zawarcie związku? Twoim
            zdaniem sam konkubinat to już pewnie patologia, co?

            Wracając do tematu wątku - konkubinat rzeczywiście się "kojarzy". To chyba
            jednak nie moja wina, że w półświatku nikt sobie nie zawraca głowy papierami,
            bo "miłości" często zmieniają swe oblicze. A w "wyższych sferach" taki mafiozo
            może przepisać majątek na konkubinę i nikt mu nic nie zrobi.

            Przyznaję, że w codziennym życiu szybciej i prościej jest powiedzieć "mąż" i
            takim słowem się posługuję, nie wnikając w szczegóły. Jednak w sferach stku
            życia z prawem, przepisami itp. zazwyczaj mówię "konkubent" albo "partner
            życiowy". "Kohabitat" byłby paskudną kalką z francuskiego, choć pewnie
            niekojarzącą się aż tak z patologiami.

            "Związek partnerski" to fajne określenie, ale chyba za długie, by móc się nim
            na codzień posługiwać.

            Ale co ja mogę wiedzieć? Zdaniem Kobiety z postu powyżej chyba jestem
            nienormalna, bo nie spieszymi się do ślubnego kobierca. Może dlatego, że to ja
            miałabym zbyt wiele do stracenia? Kto wie? A może jednak jestem patologiczna,
            skoro nie marzy mi się obrączka? I nie marzy mi się obarczanie swoją osobą
            mojego partnera?
            • Gość: kobieta Re:kasiulla IP: *.tronic.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 28.01.06, 13:51
              Dlaczego w Tobie tyle kompleksów? Bronisz się tak, jakby ktoś tu na Ciebie
              napadał. To w jakim związku żyjesz to Twoja i Twojego (?) sprawa. Ja w każdym
              razie życzę Wam szczęścia. Czy ktoś Ci nadokuczał, że mnie posądzasz o jakieś
              niezdrowe emocje w związku z "bezbożnością" Twojego życia? Wcale nie uważam, że
              konkubinat jest bezbożny. Zresztą dla mnie religia jest ostatnim argumentem (i
              to tylko dla wierzących) przemawiającym za ślubem. Sama piszesz, że w
              codziennym życiu nazywasz swojego (?) mężem, że masz trudności w przypadku gdy
              wchodzi w grę prawo o ochronie danych osobowych. Czeka Cię jeszcze
              wytłumaczenie dziecku dlaczego mamusia inaczej nazywa się niż ono i tatuś ale
              to dopiero jak pójdzie do szkoły i zaczną pytać rówieśnicy. Mężowi trudniej
              odejść od rodziny niż konkubentowi, to prawda i bardzo ważne. Wtedy gdy
              wszystko się wali ślub jest przeszkodą w rozstaniu bo rozwód kosztuje i kupę
              czasu i pieniędzy. Czasami ludzie wiedząc, że "muszą" być ze sobą rzeczywiście
              godzą się i starają się wszystko zmienić. Nie uważam też (jak sugerujesz), żeby
              konkubinat sam w sobie był już patologią. Ludzie z półświatka nie żenią się "z
              lenistwa" a inteligentni "z przekory". Coś jeszcze Ci powiem ale nie bierz tego
              koniecznie do siebie. Mogę się założyć, że 3/4 tych nowoczesnych konkubin,
              które z takim lekceważeniem mówią o małżeństwie, posiusiałoby się z radości
              gdyby ukochany poprosił je o rękę. W skrytości ducha marzą i o tej obrączce i o
              białej sukni, o kiczowatym weselisku "do białego rana", o tym, żeby dla
              środowiska przestały być panną z dzieckiem albo kochanką. Żeby wreszcie stanąć
              mocno na stabilnym gruncie i wić swoje szczęśliwe gniazdko. Żadna się do tego
              nie przyzna chociaż taka właśnie jest natura kobiety. Nie martw się, nie jesteś
              patologiczna. Jednego tylko nie rozumiem. "Nie marzy mi się obarczanie swoją
              osobą mojego partnera" - napisałaś. Jak mam to rozumieć? To mnie dopiero
              przeraziło! bo to sugeruje, że Twój partner świeci jak słońce a Ty masz prawo
              krążyć wokół tego słońca jak planeta ale nie zbliżać się zbytnio. Jak się
              zbliżysz to się spalisz. Każda żona przygasiłaby takie słoneczko ale konkubina
              nie może bo słoneczko zacznie ogrzewać inne planety. Przemyśl to, proszę.
              • Gość: ferment Re:kasiulla IP: *.chello.pl 28.01.06, 15:50
                Gość: kasiulla :
                Kobieto, co Ty mówisz?
                Konkubinat szkodliwy dla kobiety? Ekhem... Pod jakim względem? Ja sobie bardzo
                chwalę

                !!!,??? nie wierzę

                i śmiem twierdzić, że mogłoby mi być gorzej, gdyby mój konkubent był
                moim mężem.

                ???, !!! to stwierzdenie mnie zaniepokoiło, bardzo

                Jakoś tak wszędzie naokoło wśród znajomych obserwujemy, że po
                ślubie dotychczas doskonałe związki zaczynają sie rozpadać...

                takie były doskonałe do ślubu, nie ma tu nadinterpretacji z Twojej strony?
                obserwujecie też związki, które się nie rozpadają, czy tylko te, kórym się nie
                udało?

                A my trwamy juz 7
                lat, mamy dziecko i zamierzamy przeżyć ze sobą resztę życia w tym...

                my trwamy juz 25 lat i zamierzamy trwać dalej,( dwoje dzieci)

                tfu!
                bezbożnym konkubinacie.

                kiedyś też był bezbożny, choć po kontrakcie cywilnym, od kilkunastu lat pobożny

                a salej wyręcza mnie >kobieta<, dzięki jej za wysiłek napisania postu, pos kórym
                mogę się podpisać, szczególnie pod tymi stwierdzeniami:

                Gość portalu: kobieta napisał(a):

                > Dlaczego w Tobie tyle kompleksów? Bronisz się tak, jakby ktoś tu na Ciebie
                > napadał. To w jakim związku żyjesz to Twoja i Twojego (?) sprawa.
                >
                > Sama piszesz, że w
                > codziennym życiu nazywasz swojego (?) mężem, że masz trudności w przypadku gdy
                > wchodzi w grę prawo o ochronie danych osobowych.

                >Coś jeszcze Ci powiem ale nie bierz tego koniecznie do siebie.

                Mogę się założyć, że 3/4 tych nowoczesnych konkubin,
                > które z takim lekceważeniem mówią o małżeństwie, posiusiałoby się z radości
                > gdyby ukochany poprosił je o rękę. W skrytości ducha marzą i o tej obrączce i
                > białej sukni, o kiczowatym weselisku "do białego rana", o tym, żeby dla
                > środowiska przestały być panną z dzieckiem albo kochanką. Żeby wreszcie stanąć
                > mocno na stabilnym gruncie i wić swoje szczęśliwe gniazdko. Żadna się do tego
                > nie przyzna chociaż taka właśnie jest natura kobiety. Nie martw się, nie jesteś
                > patologiczna.



                Jednego tylko nie rozumiem. "Nie marzy mi się obarczanie swoją
                > osobą mojego partnera" - napisałaś.

                ?fermenta też poruszyły powyższe słowa?

                Jak mam to rozumieć? To mnie dopiero
                > przeraziło! bo to sugeruje, że Twój partner świeci jak słońce a Ty masz prawo
                > krążyć wokół tego słońca jak planeta ale nie zbliżać się zbytnio. Jak się
                > zbliżysz to się spalisz. Każda żona przygasiłaby takie słoneczko ale konkubina
                > nie może bo słoneczko zacznie ogrzewać inne planety. Przemyśl to, proszę.

                dopisuję się do tego apelu, przeczytaj jeszcze swój post, nie jeden raz i nie
                dwa razy - przeczytaj z uwagą, przemyśl

                serdecznie pozdrawiam kasiullę i kobietę
                • Gość: kasiulla Re:kasiulla IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.01.06, 21:08
                  OK. Zasiałam trochę zamętu, więc może kilka wyjaśnień:
                  1. Nie twierdzę, że nie wierzę w małżeństwo, ale w MOIM (podkreślam)
                  subiektywnym mniemaniu i w mojej sytuacji rozwiązaniem lepszym dla mnie jest
                  konkubinat. Być może dlatego, że oboje z partnerem (prowadziliśmy na ten temat
                  wiele dyskusji) rzeczywiście boimy się, że coś się popsuje. To może
                  niedorzeczne, ale jeśli na przestrzeni tych 7 lat widzimy naszych znajomych,
                  którzy po zawarciu związku małżeńskiego nagle przestają być dla siebie
                  partnerami, miewają poważne kryzysy, niektórzy się rozwodzą, to naprawdę
                  odechciewa nam się "papierkowej zabawy". Oczywiście mamy przykłady (niestety
                  nieliczne) udanych małżeństw, ale statystycznie jest ich znacznie mniej. Nie
                  wiem, może to przypadłość "karierowiczów" i artystów, których wielu się wokół
                  nas obraca?

                  2. Nie marzę o ślubnym kobiercu. Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nigdy nie
                  marzyłam, bo chyba każdej nastoletniej panience marzy się piękny ślub i cała ta
                  otoczka. Ale kiedyś marzyłam też, żeby zostać archeologiem... Nie chcemy ślubu
                  kościelnego, a ślub cywilny chyba zanadto przypomina nam urzędową formalność,
                  by rzeczywiście było o co kruszyć kopie.

                  3. Zastanawiacie się, dlaczego uważam, że nie chcę obarczać swoją osobą
                  partnera. Rzeczywiście, nie wyraziłam się wystarczająco jasno. Nie należę do
                  kobiet, których marzeniem jest wicie gniazdka, chowanie dzieci, pranie,
                  sprzątanie, gotowanie itp. Czułabym się bardzo źle, każąc się utrzymywać
                  mężowi. Nie jestem wojującą feministką, ale jeżeli mamy żyć w związku
                  partnerskim, to mamy równe prawa i równe obowiązki. Przez kilka lat to mój
                  partner zarabiał więcej i utrzymywał nas oboje - ja wtedy studiowałam. Gdy
                  pojawiło się dziecko i zaczęło często chorować, to on zostawił pracę, by
                  zaopiekowac się synem, dając mi tym samym możliwość dokończenia studiów
                  (dziennych). Ja wówczas przejęłam obowiązki "żywiciela rodziny". Teraz
                  pracujemy razem w domu (partner pomaga mi prowadzić firmę), razem opiekujemy
                  się dzieckiem, nie mamy jakiegoś szczególnie konkretnego podziału obowiązków -
                  każdy robi to, co w danej chwili jest konieczne.

                  Być może również z tego wynika niechęć do tradycyjnego modelu rodziny, w której
                  ślub to podstawa.

                  Ktoś zarzucił mi, że nazywam "do ludzi" swojego partnera mężem, choć nie
                  wyobrażam sobie zawarcia formalnego związku. Tak, bo tak jest krócej - tam,
                  gdzie rozróżnienie pomiędzy konkubinatem a małżeństwem jest konieczne - sąd,
                  przedszkole syna, urzędy wszelkie - tam nie mam oporów przed nazywaniem rzeczy
                  po imieniu. Słowo "partner" niestety brzmi pretensjonalnie (spróbujcie
                  powiedzieć ekspedientce, że "po resztę zakupów przyjdzie mój partner"),
                  a "konkubent" nie tylko się kojarzy (i to bardzo wielu ludziom), ale przez
                  wielu niestety bywa nierozumiane (niestety część naszego społeczeństwa ma
                  bardzo ubogi słownik). Juz widzę wybałuszone oczy pani ze sklepu obok, gdy
                  pyta, czemu przychodzę po zakupy bez syna - "syn został w domu z
                  konkubentem..." ;-)))) Stąd ten "mąż".

                  Napadliście, jakbym zrobiła coś złego. Kobieta wypowiedziała się bardzo
                  kategorycznie o konkubinacie, więc równie kategorycznie przedstawiłam jej swoją
                  opinię, która - tak się składa - jest przeciwna. Przeczytajcie może najpierw
                  jej post, w którym pisze, że konkubinat może być szkodliwy dla kobiety.

                  Na koniec dodam, że niestety kilka moich koleżanek na małżeństwie nie tylko
                  się "przejechało", ale straciło też sporo pieniędzy. W moim zawodzie zarabia
                  się nieźle (a nawet bardzo dobrze) i tu niestety są regułą panowie, którzy
                  przy rozwodzie zabierają połowę nie przez siebie zgormadzonego majątku. Być
                  może więc w pewnej, choć nie główne, mierze kieruje mną także wyrachowanie.
                  Dopóki jestesmy razem, razem też dzielimy wszystkie pożytki i może tak być do
                  końca życia. Gdyby jednak - czego się nie da przewidzieć - przyszło nam się
                  kiedykolwiek rozstać, to wiem, że nie zostanę z synem na bruku, bo nie stracę
                  dorobku swojego życia.

                  Chłodna kalkulacja, wyrachowanie? Może tak, ale przynajmniej zasady są czyste i
                  wiem, że jesteśmy razem, bo chcemy, a nie dlatego, że mamy papier, że rozwód
                  jest ciężki i bolesny, i że ktoś na tym straci.

                  Kobieta uważa, że mam kompleksy, a mnie się wydaje, że kompleksy mają te
                  kobiety, które w zawarciu związku małżeńskiego upatrują swego celu w życiu i
                  istoty własnego istnienia, nie mając żadnych innych celów, planów i perspektyw.
                  Ale być może mam po prostu inny światopogląd.
                  • Gość: kasiulla Re:kasiulla IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 28.01.06, 21:14
                    Aha, względem zmiany nazwiska: zaistniałam w swojej branży pod swoim
                    nazwiskiem, jest ono rozpoznawalne, więc tym bardziej nie spieszy mi się do
                    zmiany nazwiska i informowania wszystkich, zmiany pieczątek, wizytówek, nawet
                    dokumentów rejestrowych firmy.

                    Podchodzę do tej kwestii bardzo trzeźwo i raczej bez romantycznej otoczki.
                    Można spokojnie stwierdzić, że jestem damską szowinistyczną ś... ;-)))
                    • Gość: ferment Re:kasiulla IP: *.chello.pl 28.01.06, 21:39
                      Gość portalu: kasiulla napisał(a):

                      > Aha, względem zmiany nazwiska: zaistniałam w swojej branży pod swoim
                      > nazwiskiem, jest ono rozpoznawalne, więc tym bardziej nie spieszy mi się do
                      > zmiany nazwiska i informowania wszystkich, zmiany pieczątek, wizytówek, nawet
                      > dokumentów rejestrowych firmy.

                      o ile wiem, to można zostać przybswoim nazwisku, to nie problem
                      >
                      > Podchodzę do tej kwestii bardzo trzeźwo i raczej bez romantycznej otoczki.
                      > Można spokojnie stwierdzić, że jestem damską szowinistyczną ś... ;-)))

                      niewątpliwie nią jesteś, to nie przytyk, ale uczciwie podchodzisz do sprawy,
                      przynajmniej siebie nie okłamujesz
                      dzieli za odpowiedź, powodzenia w realizacji planów życiowych
                    • Gość: kobieta Re: KASIULLA!!! NIE TAK OSTRO!!! IP: *.tronic.pl / *.internetdsl.tpnet.pl 28.01.06, 21:52
                      Jeżeli czymś Cię uraziłam to przepraszam. Widzisz, gdybyśmy znały się osobiście
                      to obu byłoby łatwiej o właściwe wnioski. Żyjesz jak chcesz i jeżeli Tobie z
                      tym dobrze to mnie też. Rozumiem oczywiście to co piszesz. Taki stan rzeczy i
                      sposób myślenia jest jednak zbyt "nowoczesny" jak na moją czterdziesto+ letnią
                      głowę. Moja córka prędzej by Cię zrozumiała. Każde pokolenie preferuje inne
                      wartości i ja się z tym zgadzam. Dla mnie ważne jest zaufanie między partnerami
                      (wszystko jedno czy po ślubie czy nie). Twoje pokolenie potrafi twardo stać na
                      nogach, ja przed ślubem nie myślałam o tym co będzie gdyby narzeczony okazał
                      się draniem. Po prostu kochałam. Całe szczęście, że dobrze trafiłam! Ty możesz
                      przed ślubem podpisać intercyzę, potem zaprowadzić rozdzielność majątkową. W
                      mojej młodości się tego nie praktykowało teraz nikogo nie dziwi i dobrze. A co
                      do mojej oceny Ciebie? no cóż, jesteś osobą bardzo trzeżwo myślącą
                      (wyrachowaną?) ale tego co napisałaś na końcu nie można "spokojnie stwierdzić".
                      Takie sugestie to albo obrona poprzez atak albo niska samoocena.
                      Ps. Zrób kiedyś eksperyment z tą sprzedawczynią i konkubentem ale w jakimś
                      bardziej oddalonym sklepie i napisz nam jaka była reakcja, pośmiejemy się
                      razem. Serdecznie pozdrawiam całą Twoją rodzinę i życzę Wam szczęścia.
                    • Gość: konkubent PARTNERIAT... IP: *.chello.pl 03.02.06, 09:37
                      żyję w kontrmoheriacie
                      żyję w bezbecikowiacie
                      żyję w bezkajdanacie
                      żyję w amoranacie
                      zyję w obopólniaku
                      ...
                      a swoją drogą słowo małżeństwo mi brzmi jak małżowe maleństwo, małżonka jak
                      mała żonka, albo małżowe łonka, tylko jest częściej używane poza kronikami
                      kryminalnymi
                      może jednak powinienem żyć w małżonacie
                      • Gość: Małgo Re: PARTNERIAT... IP: *.chello.pl 04.02.06, 13:38
                        mój wujek mówił o cioci pieszczotliwie "moja małżowinka " ;) A o siebie dodam,
                        że też chyba jestem nienormalna, bo nie śpieszy mi się na ten ślubny kobierzec,
                        a szczególnie przeraża mnie ta otoczka typu suknia za ciężkie pieniądze na
                        raz... WQyjść za mąż po cichu i powiedziec rodzinie... byłaby obraza
                        majestetu... A skoro papier nic nie zmienia, też wolę żyć w konkubinacie:)
                  • iwona8 Re:kasiulla 02.02.06, 21:12

                    nnych). Ja wówczas przejęłam obowiązki "żywiciela rodziny". Teraz
                    > pracujemy razem w domu (partner pomaga mi prowadzić firmę), razem opiekujemy
                    > się dzieckiem, nie mamy jakiegoś szczególnie konkretnego podziału obowiązków -
                    > każdy robi to, co w danej chwili jest konieczne.
                    >
                    > Być może również z tego wynika niechęć do tradycyjnego modelu rodziny, w której
                    >
                    >
                  • tigrissimo Re:kasiulla 02.02.06, 21:28
                    >widzimy naszych znajomych,
                    > którzy po zawarciu związku małżeńskiego nagle przestają być dla siebie
                    > partnerami, miewają poważne kryzysy, niektórzy się rozwodzą

                    Ale skąd sie bierze to przekonanie, że ślub miał wpływ na rozpad tych
                    małżeństw?? Być może gdyby pozostali w konkubinacie/związku partnerskim ich
                    drogi też by się rozeszły?? Dlaczego od razu zwalać na ślub?

                    >Być może również z tego wynika niechęć do tradycyjnego modelu rodziny, w której
                    > ślub to podstawa.

                    Czy uważasz, że w małżeństwie nie ma miejsca na partnerstwo??? Na takie roszady
                    na stanowisku żywiciela rodziny?? Obawiam się, że tu pies pogrzebany. Żyjemy
                    cały czas wyobrażeniem, że w małżeństwie to kobieta zajmuje się garami i
                    dziećmi, a mąż zarabia pieniądze. W dzisiejszych czasach model rodziny też
                    musiał ulec ewolucji. Wymusza to między innymi zmiana stylu zycia, standardów,
                    mody, a także możliwości finansowych, charakteru pracy itd. Za czasu naszych
                    babć i mam życie nieco inaczej wyglądało. Model rodziny funkcjonującej wtedy i
                    teraz ZNACZNIE się od siebie różni. Nie można zatem słowu Małżeństwo przypisywać
                    tego dawnego modelu rodziny. Czasy się zmieniły. Podejście takie:
                    Konkubinat=relacje partnerskie a małżeństwo=model niezmienny od lat, gdzie kazdy
                    wykonuje z góry określone zadania; jest NIEPOROZUMIENIEM. Wg mnie partnerstwo
                    jest modelem obowiązującym czy w rodzinie czy w związku nieformanym.

                    Może głos w tej kwestii zabiorą mężowie i żony. Jak wygląda ich małżeństwo. Co
                    obecnie jest "tradycyjnym modelem rodziny"? Pozdrawiam
                    • Gość: kasiulla Re:kasiulla IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.02.06, 00:49
                      Tigrissimo, bardzo łatwo przychodzi Ci wyciaganie pojedynczych zdań z kontekstu
                      i naginanie ich do własnych potrzeb.

                      > Ale skąd sie bierze to przekonanie, że ślub miał wpływ na rozpad tych
                      > małżeństw?? Być może gdyby pozostali w konkubinacie/związku partnerskim ich
                      > drogi też by się rozeszły?? Dlaczego od razu zwalać na ślub?

                      Przeczytałaś, co napisałam powyżej i poniżej tego fragmentu? Powyżej pisałam,
                      że obserwujemy, jak długoletnie związki zaczynają się psuć właśnie po ślubie.
                      Nie wnikam, jaki jest powód - rozleniwienie, pewność, że nie trzeba się starać,
                      bo papier zapewni bycie razem do grobowej deski? Nie wiem. Poniżej tego
                      fragmentu pisałam z kolei, że być może jest to przypadłośc pewnego grona ludzi,
                      nie całej populacji. Nie zwykłam obserwować odsetka rozwodów wśród np. emerytów
                      lub młodych małżeństw z miejscowosci poniżej 10 tys. mieszkańców, bo po prostu
                      nie mam na codzien dostepu do tych światów. Czy teraz rozumiesz, czy znów
                      wyjmiesz zdanie z kontekstu?

                      > Czy uważasz, że w małżeństwie nie ma miejsca na partnerstwo??? Na takie
                      roszady
                      > na stanowisku żywiciela rodziny?? Obawiam się, że tu pies pogrzebany. Żyjemy
                      > cały czas wyobrażeniem, że w małżeństwie to kobieta zajmuje się garami i
                      [...]

                      A Ty umiesz czytac ze zrozumieniem? To była odpowiedź na pytanie: "Nie
                      rozumiem, dlaczego piszesz, że nie chcesz swoją osobą obarczać męża". Nie było
                      tam nic o tym, że jak małżeństwo, to zawsze tradycyjne i że to źle.

                      Szkoda, że nic nie wniosłaś do dyskusji poza biciem piany. Odpowiadanie
                      argumentem z innej beczki i przypisywanie mi intencji, których nie wyraziłam to
                      nie rozmowa.

                      Nikt tu chyba nie neguje prawa małżeństw i konkubinatów do posiadania
                      partnerskiej relacji między sobą. Moją intencją - podkreślam: MOJĄ - było
                      wskazanie, że konkubinat niekoniecznie jest patologiczny, choć niestety kojarzy
                      się z kroniką policyjną, bo w codziennym użyciu zwykle pojawia się w takim
                      kontekście.

                      I w całym wątku chodzi właśnie o konotację (znasz takie słowo?)
                      słowa "konkubinat", nieco niewygodną, mimo że konkubinat jako forma związku
                      dwojga ludzi od dłuższego czasu nie jest związany wyłącznie z półświatkiem i
                      nie oznacza automatycznie przynależności do konkretnej grupy społecznej.
                      • tigrissimo DO KASIULLI 03.02.06, 16:40
                        DO KASIULLI

                        Być może ty także nie do końca zrozumiałaś moje intencje. Cóż to jest niestety
                        wada pisania a nie kontaktu twarzą w twarz (a moze to efekt nszej kobiecej i
                        jakze pokretnej logiki :-) ). Czytałam kilkakrotnie Twój tekst i z żalem muszę
                        napisać, że niestety niezależnie na jakie pytanie odpowiadasz piszesz, że ślub
                        miał wpływ na rozpad związków, które masz przyjemność znać.. Ja w
                        przeciwieństwie do ciebie znam wiele małżeństw i z małych i dużych
                        miast/miejscowości, których ślub jeszcze bardziej umocnił oraz związków
                        partnerskich, które nie wytrzymały próby czasu. To wcale nie znaczy, że twoje
                        czy moje spostrzeżenia są błędne. Niczego takiego nie napisałam. Zapewne masz
                        rację, że to wpływ tego, w jakim towarzystwie się obracamy. Nad faktami trudno
                        roztaczać dyskusję. Wcale nie mam zamiaru cię atakować i trochę mi przykro, że
                        ta dyskusja ma taki ostry wydźwięk.
                        Nie miałam najmniejszego zamiaru wyrywać zdań z kontekstu i naginać do własnych
                        potrzeb. Poza tym przyjrzyj się uważnie moim zdaniom, które zacytowałaś. Ja tam
                        wyraźnie zaakcentowałam, że są to pytania. Miałam nadzieję, że zostanie to
                        potraktowane jako problem do zastanowienia, niestety moje intencje ty również
                        źle odczytałaś. Nie winię cię, bo pewnie rzeczywiście nie do końca dobrze się
                        wyraziłam Może zrobiłam zbyt duży skrót myślowy.

                        Co do drugiego fragmentu to nie będę go już wyrywać z kontekstu tylko zacytuję w
                        całości:
                        >>> kasiulla napisała:
                        >„Rzeczywiście, nie wyraziłam się wystarczająco jasno. Nie należę do
                        >kobiet, których marzeniem jest wicie gniazdka, chowanie dzieci, pranie,
                        >sprzątanie, gotowanie itp. Czułabym się bardzo źle, każąc się utrzymywać
                        >mężowi. Nie jestem wojującą feministką, ale jeżeli mamy żyć w związku
                        >partnerskim, to mamy równe prawa i równe obowiązki. Przez kilka lat to mój
                        >partner zarabiał więcej i utrzymywał nas oboje - ja wtedy studiowałam. Gdy
                        >pojawiło się dziecko i zaczęło często chorować, to on zostawił pracę, by
                        >zaopiekowac się synem, dając mi tym samym możliwość dokończenia studiów
                        >(dziennych). Ja wówczas przejęłam obowiązki "żywiciela rodziny". Teraz
                        >pracujemy razem w domu (partner pomaga mi prowadzić firmę), razem opiekujemy
                        >się dzieckiem, nie mamy jakiegoś szczególnie konkretnego podziału obowiązków -
                        >każdy robi to, co w danej chwili jest konieczne.
                        >
                        >Być może również z tego wynika niechęć do tradycyjnego modelu rodziny, w której
                        >ślub to podstawa.”


                        Niestety po przeczytaniu tego akapitu, który podsumowałaś jednym zdaniem
                        dotyczącym tradycyjnego modelu rodziny wywnioskowałam, że TRADYCYJNY MODEL
                        RODZINY to kobieta – gospodyni domowa wychowująca dzieci i mężczyzna – żywiciel
                        rodziny.
                        Być może nie takie były twe intencje. Zatem proszę o wyjaśnienie. Zadałam też
                        pytanie otwarte, z prośbą o zdefiniowanie „tradycyjnego modelu rodziny”. Bo
                        termin ten jest tak samo wyświechtany i używany w różnych kontekstach jak
                        chociażby słowa: ojczyzna, patriotyzm, miłość, przyjaźń… itd.

                        Niestety nasz spór słowny wyszedł zupełnie poza temat tego forum. Na koniec chcę
                        dodać, że w żaden sposób nie oceniam ciebie i miałam nadzieję na wymianę
                        spostrzeżeń a nie walkę słowną  Pozdrawiam Cię serdecznie Kasiullo i życzę
                        wszystkiego najlepszego.

                        A co do „konkubinatu” który jest tematem forum to może dobrze byłoby odświeżyć
                        określenie LUBY/LUBA albo użyć bardziej popularne PRZYJACIEL/PRZYJACIÓŁKA;-)
                        Pozdrawiam
                        • Gość: kasiulla Re: DO KASIULLI IP: *.neoplus.adsl.tpnet.pl 03.02.06, 23:40
                          OK, Tigrissimo, rozumiem i już sie nie oburzam.

                          Odniosę się więc do "tradycyjnego modelu rodziny":
                          > >Być może również z tego wynika niechęć do tradycyjnego modelu rodziny, w k
                          > tórej
                          > >ślub to podstawa.”

                          Logicznie więc mówię, że: "tradycyjny model rodziny równa się ślub". Nie mówię
                          jednak, że "ślub równa się tradycyjny model rodziny". Zależność jest taka, jak
                          pomiędzy kwadratem a prostokątem (każdy kwadrat jest prostokątem, ale nie każdy
                          prostokąt jest kwadratem).

                          W związku z tym, że tradycyjny model rodziny niesie ze sobą "tradycyjne" role
                          kobiety i mężczyzny, ja pozwalam się mu sprzeciwić (modelowi). Nie potepiam w
                          czambuł małżeństwa, nie agituję też za konkubinatem - toż to sprawa każdego z
                          osobna! Pienię się jednak nieco, jeśli ktoś w konkubinacie widzi źródło zła,
                          patologii i uważa, że "bez ślubu to nie rodzina". Komu pasuje "tradycyjny model
                          rodziny" - proszę bardzo, niech korzysta z jego uroków.

                          Poza tym napisałam, że kojarzę fakt rozpadania się długotrwałych związków z
                          zawarciem formalnego małżeństwa, ale że nie jest to aksjomat, niepodważalna
                          prawda. Nie raz zastanawiałam się, czy można rzeczywiście mówić o czymś takim,
                          jak wpływ papierka na stosunki pomiędzy dwojgiem ludzi. Jesli jednak ludzie
                          mieszkają ze sobą, żyją razem wiele lat i jest im dobrze, a po ślubie nagle
                          zaczyna im się wszystko walić, przestają się rozumieć, zaczynają na siebie
                          patrzyć spode łba? W obserwowanych przeze mnie przypadkach nie można mówić o
                          regule kryzysu w 4-5 roku związku, bo związki te były znacznie dłuższe. Nie
                          można mówić o rozczarowaniu się sobą, bo dobrze się znają, mieszkali ze sobą
                          przed ślubem itp. No więc o co chodzi? O zmianę atmosfery w mieszkaniu? O
                          puwierający ich blask obrączek? Nie wiem. Jedyne, z czym kojarzę te zjawiska,
                          to zawarcie ślubu. Może się mylę, jednak jest to zastanawiające.

                          Postuluje jednak o nieodsądzanie od czci i wiary (to akurat nie do Ciebie,
                          Tigrissimo) konkubentów i konkubin, bo wielu z nich to naprawdę niezwykłe
                          związki. Pary, które są świadome, że nie dany im będzie rozwód i w każdej
                          chwili mogą się rozejść, co powoduje, że starają sie jeszcze bardziej.

                          Tyle ode mnie, ale to rzeczywiście nie temat wątku.
                  • mala_obludnica Re:kasiulla 04.02.06, 00:08
                    podpisuje sie pod Twoja wypowiedzia wszystkimi konczynami :)
                    Rowniez zyje w konkubinacie i swiatopogladowo absolutnie sie
                    zgadzam ,aczkolwiek mam sytuacje troszeczke inna, a to z dwoch wzgledow :
                    1) zyje w Belgii
                    2) smarkata jeszcze jestem stosunkowo, dopiero co po studiach.

                    ad1) na pewno czlowiekowi zyjacemu w konkubinacie, czy tutejszym
                    Samenwonen/cohabiting jest latwiej. Spoleczenstwo otrzaskane z takimi rzeczami,
                    nikogo to nie gorszy, prawa i obowiazki : takie same jak w malzenstwie,
                    rozliczenia podatkowe - rowniez. Chwilowo mamy podpisany kontrakt konkubinatowy
                    taki na skroty - czyli wspolnota majatkowa - a to dlatego ze poki co oboje nie
                    smierdzimy groszem. Zalozylismy ze kiedys tam wybierzemy sie do notariusza i
                    ustalimy warunki, ale na razie nie ma sobie czym glowy zaprzatac.
                    Co do nazwy - w istocie ta polska jest paskudna i kojarzy sie ze zwyrodnieniem
                    moralnym li i jedynie. Mysle ze gdybym to miala na codzien, meczyloby mnie to i
                    szukalabym godniejszych synonimow. Jako ze bywam w ojczyznie od swieta,
                    bardziej nabijam sie ze swojego konkubinatu, traktujac to troche jak
                    prowokacje :)Jezeli chodzi o nazewnictwo partnera, to konkubent - z wyjatkiem
                    owych zartow - nie przechodzi mi przez usta. Dlatego, nawet przed zareczynami,
                    mowilam w Polsce "narzeczony". Co od razu , przyznaje, zmienialo postac rzeczy.
                    A juz informujac uczelnie albo zalatwiajac papiery zwiazane ze zmiana kraju...Z
                    tym ze jade " do chlopaka" wyglupilam sie raz, i od razu poczestowano mnie
                    pelnym politowania i zgorszenia spojrzeniem : naiwne dziewcze, pewnie dla
                    jakiegos poludniowca wszystko rzuca i jedzie nie wiadomo gdzie, albo jeszcze
                    lepiej : bogatego bauera sobie znalazla...

                    Dopiero od pol roku moge przy tym narzeczonym nie wyzywac sie w myslach od
                    klamczuch :)
                    Zdarzaja mi sie pytania - czemu w takim razie nie wezme w Belgii slubu
                    cywilnego, co mi wlasciwie stoi na przeszkodzie:.... ( ciekawostka : tutaj zona
                    nie przyjmuje nazwiska po mezu, jakbym chciala to zrobic to bym musiala
                    wystosowac prosbe i w ogole sie nachodzic... ale nie zamierzam, bo moje
                    nazwisko ladniejsze :P Zabawne sytuacje sie zdarzaja, np podczas pewnej rozmowy
                    kwalifikacyjnej facet przegladajac dokumenty trafil na dane moich rodzicow i
                    spytal sie jak to mozliwe ze maja tak samo na nazwisko :) )
                    I tutaj dochodzimy do punktu drugiego :
                    ad2) pominawszy moje obawy co do instytucji malzenstwa, na pewno kiedys bede
                    chciala je zawrzec ( na razie planujemy dluzsze narzeczenstwo) , i chcialabym
                    zeby bylo to wydarzenie doniosle, wzruszajace i piekne. Ale nie teraz. Za
                    wczesnie! Niech sie naciesze i przyzwyczaje do slowa narzeczona, niech jeszcze
                    pochodze bez obraczki na palcu, niech pomieszkam z Moim pare lat i upewnie sie
                    ze rzeczywiscie jest najcudowniejszym czlowiekiem pod sloncem, niech popracuje
                    pare lat i zobacze jak sie odnajduje w roli careerwoman i gdzie w tym wszystkim
                    jest moj zwiazek... itp itd..
                    dlugo by tlumaczyc, dlatego wszystkim pytajacym mowie zatem, ze slub bedzie za
                    lat 5, bo zapowiedzialam ze nie wyjde za Mojego, dopoki nie nauczy sie
                    porzadnie polskiego... Chodzi na kurs juz od 7 miesiecy ;)


                    Pozdrawiam
              • Gość: oleandra Re:kasiulla IP: *.attu.pl 28.01.06, 17:10
                Gość portalu: kobieta napisał(a):
                >Czeka Cię jeszcze
                >wytłumaczenie dziecku dlaczego mamusia inaczej nazywa się niż ono i tatuś ale
                >to dopiero jak pójdzie do szkoły i zaczną pytać rówieśnicy."

                co to za argument??? nawet jak wyjde za maz, to i tak nazwiska w zyciu nie
                zmienie, bo PO CO??? ja to jestem ja, a nie zadna zona swojego meza;
                • Gość: ferment Re:kasiulla IP: *.chello.pl 28.01.06, 20:35
                  Gość portalu: oleandra napisał(a):

                  > Gość portalu: kobieta napisał(a):
                  >
                  nawet jak wyjde za maz, to i tak nazwiska w zyciu nie
                  > zmienie,
                  bo PO CO???
                  ja to jestem ja,
                  a nie zadna zona swojego meza;

                  jak wyjdziesz za mąż bęziesz nadal przede wszystkim sobą, ale jednocześnie żoną
                  swojego męża
                  jeżeli nie chcesz nią być - żoną męża - lepiej za mąż nie wychodź - nie będzie
                  problemu ze zmiana nazwiska
                  mam nadzieję, że piszę do osoby bardzo młodej, której wypowiedź była
                  spontaniczna, a nie wynikiem przemyśleń
                  radziłbym nie spieszyć sie z wypowiadaniem przytaczanej opinii kandydatowi na
                  ewentualnego męża, mężczyźni często są konserwatywni, możesz zrazić go do siebie

                  • andorinha Re:kasiulla 02.02.06, 22:49
                    > jak wyjdziesz za mąż bęziesz nadal przede wszystkim sobą, ale jednocześnie żoną
                    > swojego męża

                    a maz bedzie mezem swojej zony :) czy tez powinien zmienic nazwisko? a moze imie?

                    > mężczyźni często są konserwatywni, możesz zrazić go do siebie

                    o tym ze skonczylas studia lepiej tez nie wspomniaj. mezczyzni wola glupsze ;-)
                    • Gość: Tomek Re:kasiulla IP: *.dsV.agh.edu.pl 03.02.06, 01:19
                      Taaaa... niektórym przydałyby się lekcje czytania ze zrozumieniem, innym wiecej
                      spokoju.
                      A jeszcze niektórym pomyśleć przed napisaniem.

                      A więc wypowiem się tak. Tematem tej dyskusji miało być jakiego zaminnika używać
                      za konkubent. Jak dla mnie najlepsze byłyby: "Partner" i Partnerka", jeśli
                      rozmowa się wydłuży można powiedzieć partner życiowy. Kochanek(ka) jest złym
                      określeniem bo kojarzy się raczej z czyms chwilowym, krótkotrwałym.

                      A co do rzucania się niektórych na osobę, która o ile w pierwszym poście
                      wyraziła się chwilami trochę niejasno, to w drugim wyjaśniła wszelkie
                      niejasności. Pomyślcie ludzie i przeczytajcie co jest napisane, a nie to co
                      chcecie przeczytać. Ona jest konkubiną i dobrze jej z tym... Chcecie jej na siłę
                      udowodnić że ma kompleksy, jest niedowartościowana. Kiedy zaczniecie jej
                      wmawiać, że jest po prostu głupia. Nie pojmujecie że ktoś może mieć inne
                      spojrzenie na świat niż wy.
                      Zresztą jesli wziąść za przykąłd normalnego małżeństwa nauczania większości
                      księży, to kobieta powinna wytrwać przy mężu nawet gdy ją bije. Tylko jedno
                      nieśmiałe pytanie mogłoby zadać dziecko: "Czy ty tatusiu też nie przysięgałeś
                      szanować mamy przy ołtarzu". (Wiem że to perfidny zabieg, ale czyż dzieci nie
                      cierpią wtedy najwięcej?)
                      Niech stosunki między osobami wychowującymi dziecko będą zdrowe i partnerskie,
                      to będzie dobrze. A czy mają papierek czy nie. To nic nie zmieni jak będą mieli
                      się rozejść. A jeżeli jesteś z kimś tylko dlatego że nie chce ci się z
                      papierkami bawić przy rozwodzie... To to jest życie obok siebie i parodia
                      małżeństwa, doskonałe miejsce dla wychowania dziecka. Te ciągłe kłótnie i
                      pretensje...

                      A wszystkim osobom żyjących w udanych związkach(usankcjonowanych i
                      nieusankcjonowancyh) życzę, by trwało ono nadal.