Przypominam: Balcerowicz musi zostać

23.03.06, 01:11
    • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:02
      Spóźniony protest g(j)apiszonów

      Stanisław Michalkiewicz

      O tę Polskę, o ojczyznę / Najboleśniej zatroskani / (Bożeż Ty mój miłościwy /
      Co to będzie, moja pani?) / Widząc ją zhańbioną strasznie, / Niespokojni o jej
      losy (...) - Z tych to względów i powodów / (Bożeż Ty mój! Moja pani!) /
      Uroczyście protestują / Wszyscy niżej podpisani. Gdyby współcześni polscy
      naukowcy mieli większą kulturę literacką (ale gdzie tam marzyć o tem!), to tak
      właśnie mógłby rozpoczynać się protest 66 przedstawicieli "środowiska naukowego
      ekonomistów", głównie z Gdańska, Torunia, Łodzi, Wrocławia i
      Warszawy "przeciwko nagonce (...) na niezależne instytucje bankowe oraz na
      osobę prezesa Narodowego Banku Polskiego, profesora Leszka Balcerowicza". Czy
      to dotychczasowi beneficjanci układu "okrągłego stołu" mobilizują "pożytecznych
      idiotów" w obronie alimentów zagrożonych zapowiedzią likwidacji WSI i "bankową"
      komisją śledczą, czy to spontaniczny odruch stadny - czy to pies, czy to bies? -
      trudno powiedzieć. Wprawdzie mobilizacja widoczna była gołym okiem (prezes
      Europejskiego Banku Centralnego, pan Jan Klaudiusz Trichet - nawiasem
      mówiąc "tricher" po francusku znaczy "szachrować" - grupa polskich
      uniodeputowanych z "drogim Bronisławem" na czele, czytelnicy "Gazety
      Wyborczej", którym taka zniewaga majestatu Leszka Balcerowicza zwyczajnie nie
      mieści się w głowach, no i inne "niezależne" media), ale nie można wykluczyć
      też spontanicznych działań osób pragnących przeżyć przygodę konfrontacji z
      okrutnym reżimem. Możliwe jest zresztą, że i sam prof.Balcerowicz mógł poczuć
      się autentycznie znieważony podważaniem jego decyzji o wykluczeniu wiceministra
      Mecha. Czyż byłoby coś dziwnego, gdyby po 17 latach nieustannego okadzania
      pochlebstwami popadł w stan odurzenia?

      Zresztą mniejsza o to, bo - po pierwsze - znacznie ważniejsza jest szczupłość
      tej reprezentacji "środowiska naukowego ekonomistów". Uczonych prawników
      zebrała się ponad setka, a tymczasem pod protestem - zaledwie 66 i w dodatku
      np. - nikt z Lublina! Czyżby JE abp Życiński, Wielki Kanclerz KUL, oganiając
      się przed lustracyjną ofensywą, zaniedbał ten odcinek? Najwyraźniej, bo
      przecież nie uważa chyba, że "Balcerowicz musi odejść"? Ale nawet i w takim
      przypadku ekonomiści na tle jurysprudensów wypadają słabiej. Najwyraźniej
      zdolność mobilizacyjna tego środowiska ostatnio się obniżyła, z czego wniosek,
      że trzeba nasilić tam "robotę" - nazwijmy to - "partyjną". Ale jeszcze
      ważniejsze są sprawy merytoryczne. Nie chodzi już o drobiazg, skąd właściwie
      sygnatariusze protestu czerpią niezachwianą pewność, że "nie zostało naruszone
      prawo instytucji nadzoru bankowego"? Wprawdzie prezes Balcerowicz próbował
      przytłaczać rządową i sejmową tłuszczę ciężarem "ekspertyz", ale na tłuszczy
      nie zrobiło to żadnego wrażenia, bo i ona zamówiła sobie ekspertyzy, tyle że
      odmienne. Nie chodzi też o drobiazg, dlaczego właściwie "wysoko oceniają"
      tylko "dokonania" prof.Hanny Gronkiewicz-Waltz i prof.Leszka Balcerowicza na
      stanowisku prezesa NBP, a już nie doceniają dokonań prezesa Grzegorza
      Wójtowicza? Wprawdzie był on kiedyś w radzie nadzorczej FOZZ i nawet był
      zatrzymany w związku z aferą Art-B, ale czyż naprawdę nie miał żadnych
      osiągnięć? Gdyby tak nie było, to teraz nie zasiadałby w Radzie Polityki
      Pieniężnej, bo prezes Balcerowicz na pewno nie chciałby oddychać tym samym
      powietrzem i wyprosiłby go bez ceregieli, na tej samej zasadzie, jak
      wiceministra Mecha. Bo skoro "uważają", że w tej sprawie "prawo instytucji
      nadzoru bankowego nie zostało naruszone", to czyż w RPP nie można by zrobić
      podobnie? Ale, jak powiedziałem, mniejsza już o te drobiazgi, bo uczonym
      ekonomistom spłatali figla dziennikarze i to w dodatku z tygodnika "Ozon",
      finansowanego przez posła Platformy Obywatelskiej pana Janusza Palikota.
      Napisali oni, że w całej "aferze Profumo" chodzi o to, iż rząd, blokując fuzję
      PeKaO SA z BPH, chce skłonić UniCredito do przekazania mu akcji BPH, którymi ma
      on nadzieję spłacić Eureko. Pomysł spłacenia Eureko - które usiłuje wyciągnąć
      od Polski forsę z powodu udaremnienia mu zakupu PZU za forsę pożyczoną od tegoż
      PZU - akcjami wydobytymi od innego zagranicznego finansisty jest z punktu
      widzenia polskiego interesu finansowego ekonomicznie korzystny. Jeśli
      sygnatariusze protestu o tym nie wiedzieli, to są bardzo mało spostrzegawczy i
      może byłoby lepiej, gdyby takie gapiszony nie zabierały głosu w sprawach, o
      których nie mają pojęcia. A jeśli wiedzieli i protestują, to...

      To i tak się spóźnili, bo ich protest "GW" opublikowała dopiero następnego dnia
      po spotkaniu pana Aleksandra Profumo z panem premierem Marcinkiewiczem
      celem "negocjacji". Charakterystyczne, że wszystkie "niezależne media", które
      zaledwie dzień wcześniej omal nie rozszarpały rządu za zuchwałe znieważenie
      majestatu prezesa Balcerowicza, tego dnia zaczęły wydawać z siebie pojednawcze,
      anielskie pienia i rozpływać się nad zaletami "negocjacji". Widocznie obecność
      prokuratora na posiedzeniu Komisji Nadzoru Bankowego i na pana Lejba Fogelmana
      podziałała mitygująco. W końcu Michał Chodorkowski siedzi w ruskiej turmie,
      chociaż u prezydenta Busha interweniował w jego sprawie sam Jerzy Sörös. Co
      prawda tutejsi goje nigdy nie powinni się ważyć na takie zuchwalstwo, ale
      przecież w swojej zatwardziałości mogą o tym zapomnieć, więc "na tym świecie
      pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności". Czyżby ten jego nastrój
      jakimści tajemniczym sposobem udzielił się również "niezależnym mediom"? Na tym
      świecie dzieją się rzeczy, co to nie śniły się filozofom, a cóż dopiero -
      przedstawicielom "środowiska naukowego ekonomistów", więc i takich
      telepatycznych sposobów wykluczyć nie można.

      Pan Aleksander Profumo ma tedy trzytygodniowy tempus deliberandi, a my możemy w
      tym czasie rozbierać sobie z uwagą kwestię następującą. Jeśli UniCredito nie
      miał prawa wykonać prawa głosu z akcji BPH, to nad czym polski rząd z panem
      prezesem Profumo "negocjuje"? Przecież jakiekolwiek zezwolenie mu na
      wykorzystanie tych akcji musiałoby oznaczać "złamanie prawa", nieprawdaż? A
      jeśli UniCredito, jako właściciel banku BPH, miał prawo głosować jego akcjami
      za fuzją z PeKaO SA, to na jakiej zasadzie rząd tę fuzję blokował? Wprawdzie w
      starożytnym prawie rzymskim istniała klauzula tzw. condictio propter
      poenitentiam, przewidująca możliwość odwołania transakcji na wypadek, gdyby
      kontrahent poniewczasie jej pożałował (poenitet me - żal mi), ale wydaje się,
      że Eurokołchoz już dawno odszedł od zasad prawa rzymskiego? Żeby się wobec tego
      nie okazało, że wskutek tych negocjacji "afera Profumo" nabierze dalszego ciągu
      i rozpędu.
    • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:03
      Nadzór wspomagany?

      Dariusz Kos

      Kiedy prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Leszek Balcerowicz przemawiał dwa
      tygodnie temu w Sejmie, mówił, iż w państwie praworządnym nie ma miejsca na
      układy towarzysko-partyjne. Te słowa szefa banku centralnego „Najwyższy CZAS!”
      potraktował z całą powagą. Zaczęliśmy więc badać powiązania towarzysko-
      finansowe między fundacją CASE, kierowaną przez żonę prezesa NBP, a sektorem
      bankowo-finansowym.

      Zaczęliśmy badać przepływy finansowe między bankiem centralnym kierowanym przez
      prof. Balcerowicza a fundacją kierowaną przez jego żonę. Wzięliśmy pod lupę
      dotacje pieniężne przekazywane przez banki działające w Polsce na konto
      fundacji założonej przez prof. Balcerowicza - szefa nadzoru bankowego, który ma
      te banki kontrolować. Powiązania towarzyskie i finansowe sięgają dość głęboko.
      Zahaczają nawet o świat mediów, a konkretnie o "Gazetę Wyborczą". Analiza
      dokumentów skłania "Najwyższy CZAS!" do publicznego stwierdzenia, iż mamy w
      działalności NBP, Komisji Nadzoru Bankowego i fundacji CASE patologię.
      Patologię, która nakazuje zadać publicznie pytanie: czy aby nie chodzi o
      działania korupcyjne?


      Rabobank Mecenasem CASE


      Pod koniec maja 2004 roku Walne Zebranie Akcjonariuszy państwowego Banku
      Gospodarki Żywnościowej podjęło uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego
      banku w drodze emisji akcji imiennych serii E. W dniu 9 września tego samego
      roku zarząd banku zawarł przedwstępną umowę subskrypcji akcji z Rabobank
      International Holding B.V., wchodzącym w skład holenderskiej Grupy Rabobank.
      Holendrzy mieli objąć 47,84% akcji nowej emisji, które stanowiły 13,76%
      podwyższonego kapitału zakładowego. Resztę akcji zamierzał kupić Europejski
      Bank Odbudowy i Rozwoju. Termin sfinalizowania tych transakcji zarząd BGŻ
      określił na listopad 2004. Wcześniej Rabobank musiał uzyskać zgodę na zakup
      akcji i wykonywanie z nich prawa głosu od Komisji Nadzoru Bankowego kierowanej
      przez prezes banku centralnego prof. Leszka Balcerowicza. Miesiąc później - 19
      listopada 2004 roku - Komisja wydała stosowne zgody i zezwoliła holenderskiemu
      bankowi na wykonywanie ponad 33 proc. prawa głosu z posiadanych akcji. W tym
      samym roku Rabobank Polska SA, należący do holenderskiej grupy bankowej,
      przelał na konto fundacji CASE, kierowanej przez żonę przewodniczącego Komisji
      Nadzoru Bankowego - dr Ewę Balcerowicz, dotację pieniężną. Przypomnijmy, iż
      prof. Balcerowicz sam zasiada w Radzie Fundacji CASE. Kwota pieniędzy była na
      tyle wysoka, że Rabobank Polska SA otrzymał tytuł Mecenasa Fundacji. Jaka to
      była suma pieniędzy? W "Sprawozdaniu z działalności fundacji w 2004 r." nie ma
      wymienionej kwoty. "NCz!" nie otrzymał jeszcze odpowiedzi na zadane o to
      pytanie zarówno z CASE, jak i z Rabobanku. Jednak w "Sprawozdaniu" wymieniona
      jest łączna suma pieniędzy otrzymanych od Mecenasów CASE. Rabobank wraz z
      WestLB Bank Polska SA wpłacili na konto fundacji 110 tys. złotych.

      Czy otrzymanie przez CASE pieniędzy z Rabobanku w roku, w którym nadzór bankowy
      wydaje decyzje na rzecz Rabobanku, jest zbiegiem okoliczności? Obie sprawy
      łączą ze sobą dwie osoby: prof. Leszka Balcerowicza - szefa banku centralnego,
      nadzoru bankowego i członka Rady Fundacji CASE oraz jego żony, dr Ewy
      Balcerowicz - prezesa zarządu Fundacji CASE. Z tego można wysnuć wniosek, iż
      może chodzić o coś więcej niż tylko o zbieg okoliczności. O co? O formę
      wdzięczności?


      Kilkaset tysięcy złotych od banków


      Takie pytanie można także zadawać w innych przypadkach. Pieniądze na konto
      fundacji CASE spływały także z innych banków, które podlegają nadzorowi prof.
      Balcerowicza. Do grona sponsorów statutowych należą takie banki jak: Pekao SA,
      BRE Bank SA, Fortis Bank Polska SA, ING Bank Śląski SA i wspomniane wyżej
      Rabobank Polska SA oraz WestLB Polska SA. Z rocznego sprawozdania CASE wynika,
      iż banki na cele statutowe wpłaciły w 2004 roku w sumie ponad 352 tys. złotych.
      Prócz tego na konkretne projekty płaciły: Bank Handlowy w Warszawie,
      Gospodarczy Bank Południowo-Zachodni, PKO BP, Powszechny Bank Kredytowy,
      Raiffeisen Bank Polska.

      Zapewne prof. Balcerowicz brał udział w podejmowaniu decyzji w sprawach
      niektórych z wymienionych banków. Nasuwa się więc pytanie, czy aby banki nie po
      to przekazywały pieniądze fundacji CASE założonej przez prof. Balcerowicza, a
      kierowanej przez jego żonę, by przewodniczący KNB spoglądał na nie "łaskawszym
      okiem"? Czy też może wprost dotacje banków na rzecz CASE były formą
      przypodchlebienia się?

      Tak czy owak mamy dość głęboki konflikt interesów prof. Balcerowicza. Podobnie
      uważa Artur Zawisza, poseł PiS, prawdopodobny szef sejmowej komisji śledczej
      ds. nadzoru bankowego.

      - Sytuacja prof. Balcerowicza jest podobna do sytuacji lekarza-dyrektora
      szpitala, który założył sobie fundację i kieruje nią jego żona, a pacjenci tego
      szpitala wpłacają pieniądze na konto fundacji lekarza. Czy uznalibyśmy tę
      sytuację za normalną? - stawia retoryczne pytanie poseł Zawisza.

      Podkreśla przy tym, iż to właśnie szef banku centralnego rozpoczął publiczną
      dyskusję o konflikcie interesów w nadzorze bankowych, wykluczając z obrad KNB
      wiceministra finansów Cezarego Mecha właśnie z powodu podejrzenia o to.

      - Jeśli więc sam mówi o niejasnych sytuacjach, o praworządności, o
      końcu "układów" to niech się także sam do tego stosuje - nie ma wątpliwości
      poseł Zawisza.


      Prof. Balcerowicz płaci dr Balcerowicz


      Roczny budżet fundacji CASE to ok. 5 mln zł. Większość pieniędzy w 2004 roku -
      ponad 3,2 mln zł - pochodziła z zagranicy od różnego rodzaju organizacji
      międzynarodowych i prywatnych. Dotacje krajowe to ok. 1,5 mln zł, z czego z
      budżetu państwa CASE otrzymał ponad 320 tys. zł. Pieniądze od prywatnych
      sponsorów, w tym banków, stanowiły ponad 24 proc. przychodów fundacji dwa lata
      temu. Pieniądze CASE otrzymywała także z... NBP. W 2004 roku NBP przelał na
      konto CASE 64,6 tys. zł. Pierwsze pieniądze z NBP fundacja CASE otrzymała w
      2001 roku, a więc w roku, w którym urzędowanie w gmachu banku centralnego
      rozpoczął prof. Balcerowicz. Pieniądze przeznaczono na realizowany od
      października 2001 roku do lutego 2002 roku projekt pt. "Inflacja bazowa oraz
      zmiany cen względnych w Polsce". Rok później - w 2002 roku - NBP przelał
      kolejne pieniądze. Tym razem na projekt badawczy CASE: "Innowacyjność polskiej
      gospodarki, propagowanie, uświadamianie i edukowanie w zakresie problematyki
      rozwoju innowacyjności". Trwał on do stycznia 2003 roku. W tym samym roku CASE
      rozpoczął kolejny projekt finansowany przez NBP. Bank centralny na jego
      realizację przekazał CASE prawie 48,5 tys. zł. Tak co roku NBP kierowany przez
      prof. Balcerowicza przelewał pieniądze na konto fundacji CASE kierowanej przez
      jego żonę.

      Czy jest to dopuszczalna praktyka w państwie bez układów towarzysko-
      finansowych, o których tak rozwodzi się ostatnio prezes NBP?

      - Nie działam w tej fundacji (CASE - przyp. red.), nie mam z nią nic wspólnego.
      Nie ma żadnej kolizji - tłumaczył się 10 czerwca 2005 roku prof. Leszek
      Balcerowicz, zeznając przed sejmową Komisją Śledczą ds. Prywatyzacji PZU.


      Powiązane "STOP korupcji"?


      O komentarz we wszystkich powyższych powiązaniach szefa banku centralnego i
      nadzoru bankowego z finansowaniem fundacji CASE "NCz!" poprosił Grażynę
      Kopińską, szefową programu "STOP korupcji!". Program ten jest finansowany przez
      Fundację Batorego i wspiera działania antykorupcyjne, a p. Kopińska często
      udziela dziennikarzom wypowiedzi komentujących, czy jakieś działania mają
      charakter patologiczny i korupcyjny, czy nie. W tej sprawie jednak nie chce się
      wypowiadać.

      - Ze względu na to, iż p. Ewa Balcerowicz jest członkiem Rady Programowej
      programu "STOP korupcji!" - tłumaczy Kopińska naszemu tygodnikowi. - Jednak
      dodam, iż nie pobiera z tego tytułu ż
      • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:04
        Powiązane "STOP korupcji"?


        O komentarz we wszystkich powyższych powiązaniach szefa banku centralnego i
        nadzoru bankowego z finansowaniem fundacji CASE "NCz!" poprosił Grażynę
        Kopińską, szefową programu "STOP korupcji!". Program ten jest finansowany przez
        Fundację Batorego i wspiera działania antykorupcyjne, a p. Kopińska często
        udziela dziennikarzom wypowiedzi komentujących, czy jakieś działania mają
        charakter patologiczny i korupcyjny, czy nie. W tej sprawie jednak nie chce się
        wypowiadać.

        - Ze względu na to, iż p. Ewa Balcerowicz jest członkiem Rady Programowej
        programu "STOP korupcji!" - tłumaczy Kopińska naszemu tygodnikowi. - Jednak
        dodam, iż nie pobiera z tego tytułu żadnych gratyfikacji pieniężnych - wyjaśnia
        Kopińska.

        Lecz jest w tym jedno "ale". Otóż w 2004 roku Fundacja Batorego,
        finansująca "STOP korupcji!", przekazała fundacji pani Balcerowicz 700 tys. zł.
        na założenie tzw. kapitału żelaznego.


        Wyspowiadać nadzór bankowy


        Czy wszystkie powyższe informacje nie świadczą, iż mamy w działalności prezesa
        NBP i szefa nadzoru bankowego prof. Leszka Balcerowicza do czynienia co
        najmniej z sytuacją patologiczną? Czy nie można artykułować publicznie
        podejrzeń o wykorzystywanie przez prof. Balcerowicza bądź przez jego najbliższe
        otoczenie (być może nawet bez jego wiedzy) sprawowanej funkcji publicznej do
        celów prywatnych? Według "Najwyższego CZAS-u!", nie tylko można, ale i trzeba
        zadać te pytania! Trzeba wyjaśnić wszystkie powiązania towarzyskie i wszystkie
        powiązania finansowe osób działających w CASE z osobami zasiadającymi w
        organach kontrolujących banki i sektor finansowy. Także dlatego potrzebne jest
        powołanie sejmowej Komisji Śledczej ds. nadzoru bankowego. Według naszego
        tygodnika, mamy tam do czynienia z dość głęboką patologią.
    • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:09
      Dawnych wspomnień czar...

      Stanisław Michalkiewicz / INTERIA.PL

      Ach, jaka szkoda, że prawie zupełnie nie zauważyliśmy tej rocznicy! Umknęła ona
      nie tylko naszej uwadze, ale także uwadze większości dziennikarzy, którzy
      akurat zajęci byli bardzo rozpamiętywaniem swego upokorzenia, że Jarosław
      Kaczyński nie zaprosił ich do asystowania przy parafowaniu Paktu
      Stabilizacyjnego.

      No i pewnie przygotowywali się do batalii o wolność słowa, którą obecnie
      przeżywamy wraz z całą Unią Europejską.

      Chodzi mi naturalnie o 17 rocznicę rozpoczęcia obrad okrągłego stołu, która
      przypadła 6 lutego. Wprawdzie Roman Giertych na konferencji prasowej z okazji
      podpisania Paktu wspominał o demontażu układu okrągłego stołu, ale b. premier i
      uczestnik tamtych obrad Tadeusz Mazowiecki uspokoił wszystkich
      zainteresowanych, że nie jest to możliwe, bo zamiar obalenia umowy okrągłego
      stołu jest równie realny, jak anulowanie bitwy pod Grunwaldem.

      Pan Tadeusz Mazowiecki ma oczywiście rację, jak zresztą we wszystkim, co mówi
      lub pisze. Tak zostało zatwierdzone i próżno wierzgać przeciwko ościeniowi.
      Dlatego też przypomnijmy sobie najbardziej charakterystyczne efekty okrągłego
      stołu, żeby niczyja zasługa nie przepadła w mrokach zapomnienia, no a my
      wszyscy ? żebyśmy lepiej mogli zrozumieć, co się właściwie z nami stało. Niech
      zatem odżyje dawnych wspomnień czar...

      Zadami swoich przedstawicieli...

      Jak wiadomo, przy okrągłym stole zasiedli reprezentanci dwóch stron: "rządowej"
      i "społecznej". Gdy cofniemy się do roku 1980, zauważymy z pewnością, że wtedy
      partia właściwie się rozleciała, a powstałą w ten sposób próżnię wypełniło
      wojsko i Służba Bezpieczeństwa, jako podwójne twarde jądro systemu
      totalitarnego. Wojsko do spółki z SB przeprowadziło stan wojenny, ale już od
      roku 1984, po zabójstwie ks. Popiełuszki, rozpoczyna się wypieranie
      bezpieczniaków cywilnych przez wojskowych, a spektakularnym symbolem tego
      procesu było zdymisjonowanie gen. Mirosława Milewskiego.

      W rezultacie hegemonem sceny politycznej pod koniec lat 80-tych pozostawało już
      tylko wojsko, a zwłaszcza jego najtwardsze jądro w postaci wojskowej razwiedki,
      z której wywodził się zarówno "gospodarz" okrągłego stołu, gen. Czesław
      Kiszczak, jak i zwierzchnik "gospodarza", czyli sam gen. Wojciech Jaruzelski.
      Warto przypomnieć, że jak przystało na gospodarza, to gen. Kiszczak dobierał
      rozmówców przy okrągłym stole, również ze "strony społecznej".

      Warto też zauważyć, że wojskowa razwiedka w postaci Wojskowych Służb
      Informacyjnych, w stanie nietkniętym przetrwała całą transformację ustrojową,
      aż do dnia dzisiejszego. Tak więc, przy okrągłym stole 6 lutego 1989 roku
      zasiadły takie dwie strony, oczywiście zadami swoich przedstawicieli.

      Budujemy kapitalizm

      Jak wiadomo, efektem okrągłego stołu była transformacja ustrojowa; zamiast
      jedynie słusznego ustroju socjalistycznego obediencji moskiewskiej, na który
      nikt już nie chciał dawać pieniędzy, rozpoczęto budowę ustroju
      kapitalistycznego, ale nie "dzikiego", tylko cywilizowanego, co wyrażało znane
      hasło: "wolny rynek - oczywiście tak, ale przecież ktoś musi tym kierować!".
      Wymagało to oczywiście radykalnych decyzji politycznych, którym jednak
      towarzyszyła troska o człowieka, zgodnie z zaleceniem poety: "czas zmienić
      politykę rolną, lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno!".

      Ale wiadomo, że ludzie nie są równi; tzn. oczywiście są, ale niektórzy są
      równiejsi od innych, zwłaszcza w momencie transformacji ustrojowej, kiedy na
      plan pierwszy wysuwa się kwestia akumulacji pierwotnej, tzn. zdobycia
      pierwszego miliona.

      Ta akumulacja pierwotna rozpoczęła się, co prawda, już w roku 1985 (kiedy
      zaczęły tworzyć się pierwsze "spółki nomenklaturowe"), ale prawdziwy rozmach
      stał się możliwy dopiero dzięki zatwierdzeniu "transformacji". Przybrał on
      postać tzw. "planu Balcerowicza", który z miejsca został otoczony kultem przez
      obydwie strony okrągłego stołu, a także przez większość niezależnych (bo niby
      od kogo mieli być zależni?) publicystów i autorytetów moralnych.

      Kult, jak wiadomo, polega na oddawaniu czci różnym Tajemnicom. Dlatego też
      inżynierowie naszych dusz przez wiele lat usiłowali utrzymać opinię publiczną w
      stanie uwielbienia dla Planu i jego Autora, ale nie bardzo potrafili wyjaśnić,,
      na czym właściwie polega wielkość i jednego i drugiego. Teraz jednak chyba
      można już to ujawnić? Ramy felietonu nie pozwalają naturalnie na przedstawienie
      całokształtu, więc skoncentruję się na dwóch fragmentach, które wydają mi się
      reprezentatywne dla całości.

      Reguła św. Mateusza

      Jednym z mnóstwa problemów, jakie pozostawił po sobie ostatni "komunistyczny"
      rząd premiera Rakowskiego, była galopująca inflacja, która już w drugiej
      połowie 1989 roku stała się "trzycyfrowa". Przyczyną było finansowanie wydatków
      państwowych z "kredytu Narodowego Banku Polskiego", czyli - emisji "pustych
      pieniędzy" zarówno w postaci gotówki, jak i zapisów księgowych. Tylko w
      pierwszym półroczu 1989 r. wypuszczono ok. 40 bilionów (40 tys. miliardów) zł.

      Dlatego też jedną z ustaw, w które ostatecznie przepoczwarzył się plan
      Balcerowicza, była ustawa z 28 grudnia 1989 r. o uporządkowaniu stosunków
      kredytowych. Wbrew opinii, że pośpiech wskazany jest tylko w dwóch przypadkach:
      przy biegunce i przy łapaniu pcheł, tutaj tempo było iście stachanowskie;
      ustawa została uchwalona 28 grudnia, a 30 grudnia była już wydrukowana w
      Dzienniku Ustaw! Chodziło o to, by ściągnąć z rynku "nawis inflacyjny", tzn.
      masę pieniądza, wyemitowanego za pierwszej komuny.

      Ta ustawa uchylała postanowienia umów kredytowych dotyczących przywilejów i
      preferencji w zakresie dostępu do kredytów i oprocentowania i wprowadzała
      tzw. "zmienne stawki oprocentowania" zamiast umownych. Dlatego już od stycznia
      1990 r. oprocentowanie kredytów wzrosło od 3-4 proc. nawet do 115! W rezultacie
      banki z dnia na dzień zwielokrotniły swoje wierzytelności wobec obywateli,
      którym też warto trochę się przyjrzeć.

      Kredyty w tym okresie zaciągali bowiem rolnicy posiadający rozwojowe
      gospodarstwa oraz przedsiębiorcy prowadzący średnie przedsiębiorstwa usługowe i
      produkcyjne. Wielkich w tym okresie w sektorze prywatnym jeszcze nie było. Nie
      ma niestety żadnej wiarygodnej statystyki bankructw spowodowanych zmianą
      oprocentowania kredytów (bo i po co rozdrapywać stare rany?), ale - po
      pierwsze - było ich sporo, a po drugie - rujnowały one, można powiedzieć,
      awangardę naszego rolnictwa, usług i średniego przemysłu, która przetrwała
      komunę i stanowiła zalążek potencjalnej konkurencji dla subwencjonowanych EWG-
      owskich tuczników.

      Opanowanie inflacji było oczywiście niezbędne, ale można było dokonać tej
      sztuki unikając rabunku obywateli (nawiasem mówiąc, ówczesny Trybunał
      Konstytucyjny, tak wkrótce energiczny w sprawie lustracji, nie śmiał nawet
      pisnąć w obronie "praw nabytych" przez kredytobiorców; po prostu nie było
      takiego rozkazu!). Władze państwowe dysponowały bowiem niemal wszelką
      własnością.

      Można było więc ściągnąć "nawis inflacyjny" z rynku, sprzedając obywatelom
      państwowe nieruchomości. Widocznie jednak intencją rządu premiera Mazowieckiego
      nie było dogodzenie obywatelom, tylko zasilenie banków pieniędzmi ściągniętymi
      z obywateli tytułem odsetek i własnością przejętą od bankrutów. Czy było jakieś
      ustalenie przy okrągłym stole w tym zakresie, czy też dla wszystkich
      administratorów "transformacji" było to zrozumiałe samo przez się - oto pytanie.

      Pytanie bardzo ciekawe, bo uruchomienie przepływu pieniędzy od obywateli do
      banków nie dotyczyło wyłącznie banków polskich. Badający finanse FOZZ Michał
      Falzmann informował zwierzchność, że w 1990 r. do banków polskich wpłynęło co
      najmniej 3 mld dolarów ponad ekwiwalent za wyeksportowane towary i usługi. Ile
      tych pieniędzy było naprawdę - tego chyba nikt dokładnie nie wie. A wpływały
      one do Polski w ro
      • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:10
        Pytanie bardzo ciekawe, bo uruchomienie przepływu pieniędzy od obywateli do
        banków nie dotyczyło wyłącznie banków polskich. Badający finanse FOZZ Michał
        Falzmann informował zwierzchność, że w 1990 r. do banków polskich wpłynęło co
        najmniej 3 mld dolarów ponad ekwiwalent za wyeksportowane towary i usługi. Ile
        tych pieniędzy było naprawdę - tego chyba nikt dokładnie nie wie. A wpływały
        one do Polski w roku 1990 dlatego, że na mocy umowy międzynarodowej Polska
        zobowiązała się do utrzymywania przez rok stałego kursu dolara na poziomie 9
        500 zł, zaś oprocentowanie złotówkowych lokat w bankach polskich wzrosło do 80
        i więcej procent.

        Tedy "inwestorzy" przede wszystkim ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych
        (ci sami, którzy potem nosili się z zamiarem przyznania prof. Balcerowiczowi
        Nagrody Nobla) zamieniali swoje dolary na złotówki, złotówki lokowali w bankach
        polskich, po czym, przed upływem roku, wycofywali je z niemal podwójnym
        zyskiem, zamieniali na dolary po tym samym, bo "stabilizowanym" kursie i
        zadowoleni wracali do domu. W ten sposób, z biednej Polski, tylko w 1990 roku
        zostało wyssane co najmniej 6, a być może nawet ponad 16 mld dolarów. Zgodnie
        ze spostrzeżeniem z Ewangelii św. Mateusza, że kto ma, to będzie miał jeszcze
        więcej, a kto nie ma, to straci i to, co ma.

        Oczywiście, premier Tadeusz Mazowiecki wcale nie musiał wiedzieć, do jakiej
        operacji został użyty w charakterze listka figowego, dzięki czemu również i
        dzisiaj jak zwykle może być z siebie zadowolony. Zresztą w pewnym sensie ma
        rację; okrągłego stołu całkiem obalić się nie da, bo - jak pisze Boy-Żeleński -
        "darmo - co raz człek stracił, tego nie odzyszcze".
    • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:11
      Balcerowicz Sobolewskiego

      Krzysztof Sobolewski zaskoczył mnie swoim niedawnym artykułem, w którym broni
      profesora Leszka Balcerowicza. Zachowanie to jest dla mnie zaskoczeniem,
      ponieważ autor jest libertarianinem, który opowiada się za jak najmniejszym
      interwencjonizmem państwowym. Tymczasem w przypadku prezesa banku centralnego
      robi wyjątek i bynajmniej nie dotyczy to tylko jego osoby i stanowiska, ale
      również jego reform.

      Na co uważać

      Na początek chciałbym zaznaczyć pewną, dla niektórych oczywistą, rzecz.
      Chciałbym nadać jej szczególne znaczenie, ponieważ nie chcę, aby mój artykuł
      został źle zinterpretowany. Domyślam się, że moje poglądy i poglądy Krzysztofa
      Sobolewskiego są bardzo do siebie zbliżone. Wyznajemy podobne idee i zgadzamy
      się w bardzo wielu punktach. Przypuszczam, że na gruncie teoretycznym nie
      znaleźlibyśmy jakiś poważnych różnic między nami.
      Niestety (na szczęście?) życie to nie bajka i nie ma takiej możliwości, aby
      wszystko, co najlepsze i moralne mogło zaistnieć. W życiu potrzebne są po
      prostu kompromisy. Na tym polega praktyka – kierujemy się w niej naszymi
      teoretycznymi przekonaniami (uzasadnianymi racjonalnie), aby zmierzać we
      właściwą stronę. Przykładowo, jeśli Krzysztof Sobolewski opowiada się za
      zniesieniem podatków, to będzie popierał krok we właściwą stronę, czyli
      zmniejszenie opodatkowania. Jeśli pojawi się jakiś reformator, który
      zaproponuje przycięcie fiskalizmu o połowę, to naturalnie Krzysztof Sobolewski
      nie zareaguje „nie! Znieśmy opodatkowanie w ogóle!”, tylko powie, że jest to
      dobra decyzja strategiczna, kierująca nas we właściwą stronę. Nie musi to być
      przycięcie podatków o połowę; nawet drobna zmiana, polegająca na obniżce o
      kilka procent, wprowadzeniu dodatkowej ulgi lub zwiększeniu kwoty wolnej to
      dobre pomysły.
      W teorii mamy być spójni. W teorii nie ma „kompromisów”. „Kompromis” to pojęcie
      ściśle praktyczne. W teorii argumentujemy i używamy logiki do uzasadnienia
      naszego stanowiska. „Kompromis” to, jak mówi słownik, ugoda kończąca spór,
      polegająca na ustępstwach obu stron. Stąd jasne jest, że nie może być
      kompromisów w teorii. Wiemy na przykład, że kontrole cenowe są zjawiskiem
      negatywnym i prowadzą do odwrotnych konsekwencji niż mają przynieść. Wyobraźmy
      sobie dyskusję – jedna strona twierdzi, że tak jest, a druga temu zaprzecza,
      wymagając pełnych kontroli cenowych. Przyjęcie przez nich
      kompromisu „zlikwidujmy kontrole cenowe na połowę dóbr” nie ma związku z
      prawdziwością teorii. Jest to tylko konkluzja praktyczna, pomocna w zmierzaniu
      w jakąś stronę. Ale fakt pozostaje taki, że któreś wyjście musi być prawdziwe,
      bez względu na przyjęte kompromisy (być może „połowa kontroli cenowych” to
      właściwe wyjście, ale sama prawda nie ma związku z „kompromisem”, który jest
      tutaj zjawiskiem incydentalnym; nie chodzi o to, żeby być „ekstremalnym” w
      teorii, tylko że nie można być „kompromisowym”).
      Wróćmy do mojej polemiki. Jak zaznaczyłem, w teorii zgadzam się w większości
      przypadków z Krzysztofem Sobolewskim. Życie jednak nie polega tylko na teorii,
      ale także na aplikowaniu jej do rzeczywistości. I jeśli teoria nie może być
      swobodnie przeszczepiona na grunt praktyczny, to potrzebne jest szukanie
      sojuszników.
      Praktyka jest oczywiście bardzo ważna. Przyjmując zły kompromis, niezgodny z
      naszą teorią, możemy iść w bardzo złą stronę i szkodzić nie tylko naszemu
      życiu, ale także teorii, za pomocą której przekonujemy innych ludzi. Dlatego
      uważam, że bardzo ważne jest wyjaśnienie „kwestii Balcerowicza”, szczególnie,
      że Krzysztof Sobolewski jest (moim zdaniem) jednym z najbardziej
      opiniotwórczych libertarian.

      Rewizjonizm III RP

      Nie zrozumiemy roli, którą odgrywał w III RP profesor Balcerowicz, jeśli w
      ogóle nie odniesiemy się do kontekstu historycznego.
      Wróćmy pamięcią do końca lat osiemdziesiątych. W tamtym czasie tzw. „komunizm”
      był systemem, który powoli się rozkładał. W dodatku socjaliści nagle okazali
      się keynesistami i zaczęli drukować pieniądze. Dysekonomie ciągnęły się
      oczywiście od dawna, jednakże tym razem było widać wyraźnie objawy rozkładu
      systemu socjalistycznego. W 1988 roku premier Rakowski wprowadził jedną z
      najbardziej wolnościowych ustaw o działalności gospodarczej na świecie.
      Przewidywała ona zaledwie kilka koncesji na działalność. Społeczeństwo od dawna
      nie akceptowało obowiązującego porządku społeczno-gospodarczego. Władza również
      była chętna do zmiany tego systemu na inny. Nie mogło być przecież tak, że
      najwyższym urzędnikom psują się pralki. Należało coś z tym zrobić.
      W ten sposób przyszedł czas na zmianę systemu „socjalistycznego”
      na „demokratyczny”. Polska Rzeczpospolita Ludowa została przekształcona w III
      RP. Celem jednak nie była desocjalizacja, ale rzecz zupełnie inna –
      uwłaszczenie nomenklatury i przekazanie rzekomego „majątku państwowego” w ręce
      ludzi, którzy chcą na nim robić odpowiedni biznes.
      Pierwsze lata to rządy premiera Mazowieckiego i konieczność przystosowania
      gospodarki do nowych realiów. W tym celu właśnie zatrudniono profesora Leszka
      Balcerowicza, pilnego ucznia socjalistycznych uczelni, który, zgodnie z
      zaleceniami Jeffreya Sachsa z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, miał
      przeprowadzić odpowiednie reformy. Reformy, które miały ułatwić przejście od
      systemu silnie zsocjalizowanego, z zaawansowanymi kontrolami cenowymi, do
      systemu „kapitalizmu państwowego”.
      Główna idea polegała na tym, aby znieść kontrole cenowe i doprowadzić do
      zrównoważenia się poszczególnych rynków (efektem uwolnienia rynków był wysoki
      skok cenowy). Jednakże z punktu widzenia władzy nie należało likwidować potęgi
      państwa. Zamiast tego konieczne było przejście do takiej sytuacji, w której
      możliwy jest zaawansowany system redystrybucji (majątek państwowy nie miał być
      przekazany w ręce prywatne, co było do zrobienia w jeden dzień – zamiast tego
      poczekano na odpowiednie „reformy prywatyzacyjne”, wynalezione częściowo przez
      Janusza Lewandowskiego). Ideałem stały się zachodnie demokracje, a ostatecznym
      celem wejście do euromerkantylistycznego stowarzyszenia państw, znanego jako
      Unia Europejska.
      Socjalistyczni etatyści wyciągnęli właściwe wnioski – po co mieć nieefektywny
      system socjalistyczny, zdominowany przez kontrole cenowe, gdy można zbudować
      gospodarkę, w której ponad 40% produktu narodowego będzie mogło zostać
      przepuszczone i przejedzone przez budżet państwa?

      Co można było zrobić?

      Pozostaje pytanie – co można było zrobić? W skrócie? Wszystko.
      Poparcie dla rządu było wówczas naprawdę jednomyślnie. Społeczeństwo nie
      stawiałoby oporu, gdyby wprowadzić odpowiednie, naprawdę pożądane reformy. Poza
      dekomunizacją wszystko było do zrobienia. Można było zreformować odpowiednio
      rolnictwo, służbę zdrowie, a także – przede wszystkim! – uwłaszczyć
      społeczeństwo i przekazać „majątek państwowy” w ręce prywatne. Można było
      rzeczywiście uwolnić wszystkie rynki, włącznie z systemem bankowym i całym
      rynkiem finansowym.
      Do tego oczywiście władza nie chciała dopuścić. Z jednej strony na każdej
      rzeczy można zarobić, szczególnie na odpowiednio sterowanej prywatyzacji. Z
      drugiej strony rynek finansowy i pieniężny to dwie rzeczy, które muszą być
      szczególnie kontrolowane przez aparat rządzący. Co więcej, polityka fiskalna
      bez polityki pieniężnej jest niczym Bonnie bez Clyde’a.
      Jedna rzecz, jaka udała się rządowi Mazowieckiego, to z pewnością zmarnowanie
      szansy na wprowadzenie odpowiedniego ustroju (nawet PZPR by za tym głosowała,
      tak, jak głosowała za planem Balcerowicza, ponieważ w innym wypadku groziłoby
      jej rozwiązanie sejmu i totalna porażka w wyborach) i, za
      • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:13
        Co można było zrobić?

        Pozostaje pytanie – co można było zrobić? W skrócie? Wszystko.
        Poparcie dla rządu było wówczas naprawdę jednomyślnie. Społeczeństwo nie
        stawiałoby oporu, gdyby wprowadzić odpowiednie, naprawdę pożądane reformy. Poza
        dekomunizacją wszystko było do zrobienia. Można było zreformować odpowiednio
        rolnictwo, służbę zdrowie, a także – przede wszystkim! – uwłaszczyć
        społeczeństwo i przekazać „majątek państwowy” w ręce prywatne. Można było
        rzeczywiście uwolnić wszystkie rynki, włącznie z systemem bankowym i całym
        rynkiem finansowym.
        Do tego oczywiście władza nie chciała dopuścić. Z jednej strony na każdej
        rzeczy można zarobić, szczególnie na odpowiednio sterowanej prywatyzacji. Z
        drugiej strony rynek finansowy i pieniężny to dwie rzeczy, które muszą być
        szczególnie kontrolowane przez aparat rządzący. Co więcej, polityka fiskalna
        bez polityki pieniężnej jest niczym Bonnie bez Clyde’a.
        Jedna rzecz, jaka udała się rządowi Mazowieckiego, to z pewnością zmarnowanie
        szansy na wprowadzenie odpowiedniego ustroju (nawet PZPR by za tym głosowała,
        tak, jak głosowała za planem Balcerowicza, ponieważ w innym wypadku groziłoby
        jej rozwiązanie sejmu i totalna porażka w wyborach) i, zamiast tego, wkroczenie
        na ścieżkę od PRL do III RP w Unii Europejskiej. Ścieżkę, na której państwo ma
        nową rolę. Przestaje bezpośrednio regulować produkcję, ponieważ skutkuje to
        zbyt wysoką nieefektywnością i odbija się także na samych rządzących (nie
        chodzą im pralki). Zamiast tego lepiej uruchomić mechanizmy rynkowe i dopiero
        wtedy zacząć je poważnie zakłócać. Poprzez 40-procentowe (wobec PKB) wydatki
        budżetowe oraz rosnący system koncesji (odpowiednie „korygowanie” ustawy
        Wilczka-Rakowskiego) i wszelkiego rodzaju kontroli nad prowadzeniem
        działalności gospodarczej. Naturalnie dla tak wysokich wydatków budżetowych nie
        wystarczy po prostu monopol fiskalny. Społeczeństwo prawdopodobnie bardzo
        niechętnie zaakceptowałoby wzrost podatków do takiego poziomu. Dlatego
        niezbędne dla władzy staje się integralne, zdecydowanie mniej zauważalne,
        narzędzie konfiskaty pieniędzy ludzi – bank centralny.
        Bank centralny, który utrzymuje silnie skartelizowany i centralnie planowany
        system banków, który przy braku konkurencji może swobodnie doprowadzać do
        ekspansji pieniężnej. Dzięki niemu można było przez lata dziewięćdziesiąte
        progresywnie zwiększać podaż pieniądza. Naturalnie jest to podaż pieniądza, z
        pomocą której finansowane są wydatki rządowe (obligacje, pokrywające deficyt
        budżetowy), bo same podatki nie zaspokoją tak imponujących apetytów Lewiatana.
        Zaznaczyłem już, że ostatecznym celem nowej ścieżki, na której znalazła się
        Polska, było wstąpienie do UE. W tym systemie układ keynesistowski osiąga
        szczyt swoich możliwości na całym kontynencie europejskim. Regulacje państwowe
        dalej odpowiednio ograniczają swobodę prowadzenia działalności gospodarczej.
        Wzmagane jest to przez tworzenie nowych międzynarodowych struktur, których
        odpowiedniki mieliśmy na poziomie narodowym. Tak powoli wykształca się
        Parlament Europejski (na razie fasadowa instytucja Wspólnot Europejskich z małą
        władzą, bardziej służąca za źródło stanowisk) i Komisja Europejska (prowadząca
        odpowiednie działania polityczne, umożliwiające klasyfikację i podział rynków
        np. przez politykę antytrustową). Tak zatem powstaje powoli budżet unijny i
        rozmaite fundusze, których celem jest daleko idący system redystrybucyjny,
        wspierający wybrane grupy interesu.
        Ta gigantyczna fuzja rządów, która polega na zwiększaniu liczby stanowisk i
        siły aparatu władzy, odbywa się także w przypadku polityki pieniężnej.
        Ostatecznym celem polskich władz jest oczywiście przyjęcie wspólnej
        waluty, „euro”. Naturalnie Leszek Balcerowicz wtóruje temu pomysłowi,
        stanowiącemu domknięcie transformacji PRL w III RP, pełnoprawnego członka
        Wspólnot Europejskich. I tak cała ta ścieżka jest symbolicznie doprowadzana do
        końca przez człowieka, który nas na nią wprowadził: profesora Balcerowicza.

        III RP lepsza niż PRL

        Naturalnie Trzecia Rzeczpospolita jest lepszym systemem, aniżeli Polska
        Rzeczpospolita Ludowa, od której odeszliśmy. Pytanie jednak pozostaje – czy
        rzeczywiście jest to zasługa profesora Balcerowicza, czy też z punktu widzenia
        ogólnych ruchów, których podjęła się władza, nie ma większego znaczenia, kto
        stał na stanowisku? Owszem, niektóre reformy z przełomu lat osiemdziesiątych i
        dziewięćdziesiątych (zapoczątkowane jeszcze przez Rakowskiego) były dobre. Ale
        czy jest to rzeczywiście powód do stawiania pomników? Zwłaszcza w świetle tego,
        co można było jeszcze zmienić, a także tego, co zaniedbano…

        Balcerowicz Sobolewskiego

        Krzysztof Sobolewski stwierdził w swoim artykule, że Rada Polityki Pieniężnej
        wywiązywała się „wzorowo” ze swoich zadań. Być może. Pytanie jednak brzmi –
        wzorowo, ale dla kogo? Samo „wzorowo” nie wystarczy i zdecydowanie nas nie
        przekonuje. Stalin, z punktu widzenia postawionych sobie celów, także wykonywał
        swoje zadania „wzorowo”. Pytanie jednak brzmi: Czy te postawione cele są przez
        nas akceptowane? Naturalnie nie są.
        Jeśli chodzi o utrzymywanie kartelu publiczno-prywatnego, uruchamiającego
        ekspansję kredytową, która finansuje emisję obligacji na poczet deficytu
        budżetowego, to owszem. Rada Polityki Pieniężnej spisuje się bardzo dobrze,
        pilnując tego, aby deficyt był finansowany (poprzez kreację pieniądza w bankach
        komercyjnych oraz zachęcanie zagranicznych inwestorów). Czy jednak o to chodzi
        Krzysztofowi Sobolewskiemu? Czy rzeczywiście zależy nam na umiejętnym
        finansowaniu przez aparaty władzy wydatków budżetowych? Bank centralny jest z
        samego swojego założenia instytucją złą, którą należałoby rozwiązać.
        Niewątpliwie, gdyby znieść monopol państwa na emisję środków pieniężnych,
        mielibyśmy radykalnie inną sytuację. Budżet musiałby być mniejszy, a inflacja
        znikłaby natychmiast. Przypominam jednak, że RPP istnieje właśnie dlatego, aby
        inflacja mogła się dokonywać, a budżet był dalej finansowany obligacjami.
        Krzysztof Sobolewski odpowie zapewne, że lepszy kilkuprocentowy spadek siły
        nabywczej (liczony koszykiem) aniżeli spadek o kilkadziesiąt procent. Pewnie
        tak, ale czy rzeczywiście można mówić o takiej zmianie jako o czymś
        fantastycznym? Czy rzeczywiście jest to coś wyśmienitego, skoro każdy inny na
        tym stanowisku prowadziłby taką samą politykę (uwzględnijmy ostatnie zmiany w
        składzie RPP, które kompletnie nie wpłynęły na jej politykę)? A może by tak
        wziąć pod uwagę konsekwencje, które wiążą się z samym istnieniem tej
        instytucji? Może wziąć pod uwagę koszt alternatywny – fakt, że gdyby
        zlikwidować tę instytucję (zlikwidować, a nie dokonać zmian kosmetycznych,
        powołując w to miejsce inne ciało, bardziej zależne od konkretnego rządu),
        inflacja by znikła, a ceny przestały systematycznie rosnąć? A może wziąć pod
        uwagę także to, że instytucja ta zmierza do przyjęcia etatystycznego euro? A
        może wziąć pod uwagę to, że nie ratuje to w dłuższym okresie systemu, tylko
        zmierza do krachu, po którym władzę przejmie Andrzej Lepper?
        Sama władza nie chce wprowadzać wysokiej inflacji. Oni chcą kontrolowanej
        inflacji. Inflacja może bardzo łatwo się wymknąć spod kontroli i wtedy obraca
        się przeciwko samym rządzącym.
        Pragnę także, w duchu Szkoły Austriackiej, zaznaczyć, że z inflacją się
        nie „walczy”. Inflację należy przestać powodować – to jest zaprzestać
        zwiększania podaży pieniądza, najlepiej poprzez rozwiązanie banku centralnego.
        Oczywiście, nic takiego nie nastąpiło po 1990 roku. Leszek Balcerowicz nawet,
        rzekomo dla konieczności „walki z inflacją”, szukał metod konfiskaty, czego
        dowodem był wprowadzony „popiwek”, „podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń” &
        • sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:14
          Pragnę także, w duchu Szkoły Austriackiej, zaznaczyć, że z inflacją się
          nie „walczy”. Inflację należy przestać powodować – to jest zaprzestać
          zwiększania podaży pieniądza, najlepiej poprzez rozwiązanie banku centralnego.
          Oczywiście, nic takiego nie nastąpiło po 1990 roku. Leszek Balcerowicz nawet,
          rzekomo dla konieczności „walki z inflacją”, szukał metod konfiskaty, czego
          dowodem był wprowadzony „popiwek”, „podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń” –
          jakby rzeczywiście Keynes miał rację, mówiąc, że to wysokie płace nakręcają
          inflację, a nie druk pieniądza! Poza tym, popiwek trzeba oczywiście od czegoś
          pobierać. Czegoś, co da się naliczyć. A żeby naliczyć, to trzeba mieć
          oczywiście kontrolę (zaglądać w pewne miejsca).
          Etatystyczny system potrzebuje manipulowanej waluty. Gdyby zabrać mu tę władzę,
          to miałby on poważne kłopoty z polityką. Czytelnicy koniecznie powinni się
          zapoznać z pozycją, którą można kupić pod adresem
          www.fijor.com/index.php?bid=44 (a jeśli nie kupić, to chociaż
          przeczytać: mises.pl/site/biblioteka.php?
          id=71&content_id=131&view=full).
          Jest jasne, że władzy zdarzało się przesadzać z inflacją i ceny zaczynały
          skakać o kilkadziesiąt procent, rynek finansowy się buntował, a inwestorzy
          zagraniczni przestawali kupować obligacje państwowe. Dlatego stara się ona
          utrzymywać inflację na niższym poziomie, w ten sposób, aby system nie wymknął
          się spod kontroli (tak, jak stara się utrzymywać podatki na takim poziomie, by
          nie zmniejszać przychodów zbyt dużym obciążeniem).
          Warto także odnieść się do ocen Krzysztofa Sobolewskiego, jeśli chodzi o
          ministrowanie. Profesor Balcerowicz jako minister finansów nie wyróżniał się w
          zasadzie niczym od innych ministrów – konstruował po prostu budżet, jaki miał
          odpowiadać modelowi państwa zetatyzowanego (podobnie nie wyróżnia się przecież
          od poprzednich szefów banku centralnego). Do tego potrzebował odpowiedniego
          finansowania podatkami i właśnie dlatego zwiększał podatki pośrednie, łatwiej
          ściągalne i ułatwiające większą kontrolę nad firmami. Także chciał po prostu
          substytucji opodatkowania osobistego na pośrednie. Była to transakcja wiązana,
          która skończyła się wyższym opodatkowaniem (prezydent podpisał tylko dwie z
          trzech ustaw, czego można się było spodziewać).
          Jeśli chodzi natomiast o budżet, to już lepiej by chyba było, gdyby Krzysztof
          Sobolewski zaczał chwalić Grzegorza Kołodkę, ponieważ ten utrzymał mniejszy
          deficyt aniżeli Leszek Balcerowicz. Ja jednak mimo wszystko wolę nie
          wartościować – każdy z nich, jak przystało na „bezpartyjnego fachowca”, wzorowo
          montował system redystrybucyjny.

          Balcerowicz niszczycielem wizerunku wolnościowców

          Należy także podkreślić inną rzecz, czyli zdewastowanie przez Leszka
          Balcerowicza sposobu, w jaki odbiera się wolnorynkowców. Z jednej strony,
          większość ludzi jest niechętnych kapitalizmowi, opierając się na przykładach
          takich postaci – które zamiast uwłaszczyć społeczeństwo, przeprowadzają
          polityzację kapitalizmu, aby utrzymywać szeroką władzę. Leszek Balcerowicz i
          Janusz Lewandowski to dwójka najbardziej za to odpowiedzialnych osób. Proszę
          zobaczyć, co udało im się osiągnąć – zniszczyli zupełnie wizerunek kapitalizmu,
          utrzymując system merkantylistyczny (a na zewnątrz opowiadają, jak bardzo
          szanują takich ludzi, jak Mises i Hayek), przyjmując jednocześnie stanowiska w
          międzynarodowej strukturze rządów. Jeden w komisji budżetowej, a drugi –
          wkrótce – w Europejskim Systemie Banków Centralnych.

          Mateusz Machaj
Pełna wersja