sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:02 Spóźniony protest g(j)apiszonów Stanisław Michalkiewicz O tę Polskę, o ojczyznę / Najboleśniej zatroskani / (Bożeż Ty mój miłościwy / Co to będzie, moja pani?) / Widząc ją zhańbioną strasznie, / Niespokojni o jej losy (...) - Z tych to względów i powodów / (Bożeż Ty mój! Moja pani!) / Uroczyście protestują / Wszyscy niżej podpisani. Gdyby współcześni polscy naukowcy mieli większą kulturę literacką (ale gdzie tam marzyć o tem!), to tak właśnie mógłby rozpoczynać się protest 66 przedstawicieli "środowiska naukowego ekonomistów", głównie z Gdańska, Torunia, Łodzi, Wrocławia i Warszawy "przeciwko nagonce (...) na niezależne instytucje bankowe oraz na osobę prezesa Narodowego Banku Polskiego, profesora Leszka Balcerowicza". Czy to dotychczasowi beneficjanci układu "okrągłego stołu" mobilizują "pożytecznych idiotów" w obronie alimentów zagrożonych zapowiedzią likwidacji WSI i "bankową" komisją śledczą, czy to spontaniczny odruch stadny - czy to pies, czy to bies? - trudno powiedzieć. Wprawdzie mobilizacja widoczna była gołym okiem (prezes Europejskiego Banku Centralnego, pan Jan Klaudiusz Trichet - nawiasem mówiąc "tricher" po francusku znaczy "szachrować" - grupa polskich uniodeputowanych z "drogim Bronisławem" na czele, czytelnicy "Gazety Wyborczej", którym taka zniewaga majestatu Leszka Balcerowicza zwyczajnie nie mieści się w głowach, no i inne "niezależne" media), ale nie można wykluczyć też spontanicznych działań osób pragnących przeżyć przygodę konfrontacji z okrutnym reżimem. Możliwe jest zresztą, że i sam prof.Balcerowicz mógł poczuć się autentycznie znieważony podważaniem jego decyzji o wykluczeniu wiceministra Mecha. Czyż byłoby coś dziwnego, gdyby po 17 latach nieustannego okadzania pochlebstwami popadł w stan odurzenia? Zresztą mniejsza o to, bo - po pierwsze - znacznie ważniejsza jest szczupłość tej reprezentacji "środowiska naukowego ekonomistów". Uczonych prawników zebrała się ponad setka, a tymczasem pod protestem - zaledwie 66 i w dodatku np. - nikt z Lublina! Czyżby JE abp Życiński, Wielki Kanclerz KUL, oganiając się przed lustracyjną ofensywą, zaniedbał ten odcinek? Najwyraźniej, bo przecież nie uważa chyba, że "Balcerowicz musi odejść"? Ale nawet i w takim przypadku ekonomiści na tle jurysprudensów wypadają słabiej. Najwyraźniej zdolność mobilizacyjna tego środowiska ostatnio się obniżyła, z czego wniosek, że trzeba nasilić tam "robotę" - nazwijmy to - "partyjną". Ale jeszcze ważniejsze są sprawy merytoryczne. Nie chodzi już o drobiazg, skąd właściwie sygnatariusze protestu czerpią niezachwianą pewność, że "nie zostało naruszone prawo instytucji nadzoru bankowego"? Wprawdzie prezes Balcerowicz próbował przytłaczać rządową i sejmową tłuszczę ciężarem "ekspertyz", ale na tłuszczy nie zrobiło to żadnego wrażenia, bo i ona zamówiła sobie ekspertyzy, tyle że odmienne. Nie chodzi też o drobiazg, dlaczego właściwie "wysoko oceniają" tylko "dokonania" prof.Hanny Gronkiewicz-Waltz i prof.Leszka Balcerowicza na stanowisku prezesa NBP, a już nie doceniają dokonań prezesa Grzegorza Wójtowicza? Wprawdzie był on kiedyś w radzie nadzorczej FOZZ i nawet był zatrzymany w związku z aferą Art-B, ale czyż naprawdę nie miał żadnych osiągnięć? Gdyby tak nie było, to teraz nie zasiadałby w Radzie Polityki Pieniężnej, bo prezes Balcerowicz na pewno nie chciałby oddychać tym samym powietrzem i wyprosiłby go bez ceregieli, na tej samej zasadzie, jak wiceministra Mecha. Bo skoro "uważają", że w tej sprawie "prawo instytucji nadzoru bankowego nie zostało naruszone", to czyż w RPP nie można by zrobić podobnie? Ale, jak powiedziałem, mniejsza już o te drobiazgi, bo uczonym ekonomistom spłatali figla dziennikarze i to w dodatku z tygodnika "Ozon", finansowanego przez posła Platformy Obywatelskiej pana Janusza Palikota. Napisali oni, że w całej "aferze Profumo" chodzi o to, iż rząd, blokując fuzję PeKaO SA z BPH, chce skłonić UniCredito do przekazania mu akcji BPH, którymi ma on nadzieję spłacić Eureko. Pomysł spłacenia Eureko - które usiłuje wyciągnąć od Polski forsę z powodu udaremnienia mu zakupu PZU za forsę pożyczoną od tegoż PZU - akcjami wydobytymi od innego zagranicznego finansisty jest z punktu widzenia polskiego interesu finansowego ekonomicznie korzystny. Jeśli sygnatariusze protestu o tym nie wiedzieli, to są bardzo mało spostrzegawczy i może byłoby lepiej, gdyby takie gapiszony nie zabierały głosu w sprawach, o których nie mają pojęcia. A jeśli wiedzieli i protestują, to... To i tak się spóźnili, bo ich protest "GW" opublikowała dopiero następnego dnia po spotkaniu pana Aleksandra Profumo z panem premierem Marcinkiewiczem celem "negocjacji". Charakterystyczne, że wszystkie "niezależne media", które zaledwie dzień wcześniej omal nie rozszarpały rządu za zuchwałe znieważenie majestatu prezesa Balcerowicza, tego dnia zaczęły wydawać z siebie pojednawcze, anielskie pienia i rozpływać się nad zaletami "negocjacji". Widocznie obecność prokuratora na posiedzeniu Komisji Nadzoru Bankowego i na pana Lejba Fogelmana podziałała mitygująco. W końcu Michał Chodorkowski siedzi w ruskiej turmie, chociaż u prezydenta Busha interweniował w jego sprawie sam Jerzy Sörös. Co prawda tutejsi goje nigdy nie powinni się ważyć na takie zuchwalstwo, ale przecież w swojej zatwardziałości mogą o tym zapomnieć, więc "na tym świecie pełnym złości nigdy nie dość jest przezorności". Czyżby ten jego nastrój jakimści tajemniczym sposobem udzielił się również "niezależnym mediom"? Na tym świecie dzieją się rzeczy, co to nie śniły się filozofom, a cóż dopiero - przedstawicielom "środowiska naukowego ekonomistów", więc i takich telepatycznych sposobów wykluczyć nie można. Pan Aleksander Profumo ma tedy trzytygodniowy tempus deliberandi, a my możemy w tym czasie rozbierać sobie z uwagą kwestię następującą. Jeśli UniCredito nie miał prawa wykonać prawa głosu z akcji BPH, to nad czym polski rząd z panem prezesem Profumo "negocjuje"? Przecież jakiekolwiek zezwolenie mu na wykorzystanie tych akcji musiałoby oznaczać "złamanie prawa", nieprawdaż? A jeśli UniCredito, jako właściciel banku BPH, miał prawo głosować jego akcjami za fuzją z PeKaO SA, to na jakiej zasadzie rząd tę fuzję blokował? Wprawdzie w starożytnym prawie rzymskim istniała klauzula tzw. condictio propter poenitentiam, przewidująca możliwość odwołania transakcji na wypadek, gdyby kontrahent poniewczasie jej pożałował (poenitet me - żal mi), ale wydaje się, że Eurokołchoz już dawno odszedł od zasad prawa rzymskiego? Żeby się wobec tego nie okazało, że wskutek tych negocjacji "afera Profumo" nabierze dalszego ciągu i rozpędu. Odpowiedz Link Zgłoś
sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:03 Nadzór wspomagany? Dariusz Kos Kiedy prezes Narodowego Banku Polskiego prof. Leszek Balcerowicz przemawiał dwa tygodnie temu w Sejmie, mówił, iż w państwie praworządnym nie ma miejsca na układy towarzysko-partyjne. Te słowa szefa banku centralnego „Najwyższy CZAS!” potraktował z całą powagą. Zaczęliśmy więc badać powiązania towarzysko- finansowe między fundacją CASE, kierowaną przez żonę prezesa NBP, a sektorem bankowo-finansowym. Zaczęliśmy badać przepływy finansowe między bankiem centralnym kierowanym przez prof. Balcerowicza a fundacją kierowaną przez jego żonę. Wzięliśmy pod lupę dotacje pieniężne przekazywane przez banki działające w Polsce na konto fundacji założonej przez prof. Balcerowicza - szefa nadzoru bankowego, który ma te banki kontrolować. Powiązania towarzyskie i finansowe sięgają dość głęboko. Zahaczają nawet o świat mediów, a konkretnie o "Gazetę Wyborczą". Analiza dokumentów skłania "Najwyższy CZAS!" do publicznego stwierdzenia, iż mamy w działalności NBP, Komisji Nadzoru Bankowego i fundacji CASE patologię. Patologię, która nakazuje zadać publicznie pytanie: czy aby nie chodzi o działania korupcyjne? Rabobank Mecenasem CASE Pod koniec maja 2004 roku Walne Zebranie Akcjonariuszy państwowego Banku Gospodarki Żywnościowej podjęło uchwałę o podwyższeniu kapitału zakładowego banku w drodze emisji akcji imiennych serii E. W dniu 9 września tego samego roku zarząd banku zawarł przedwstępną umowę subskrypcji akcji z Rabobank International Holding B.V., wchodzącym w skład holenderskiej Grupy Rabobank. Holendrzy mieli objąć 47,84% akcji nowej emisji, które stanowiły 13,76% podwyższonego kapitału zakładowego. Resztę akcji zamierzał kupić Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju. Termin sfinalizowania tych transakcji zarząd BGŻ określił na listopad 2004. Wcześniej Rabobank musiał uzyskać zgodę na zakup akcji i wykonywanie z nich prawa głosu od Komisji Nadzoru Bankowego kierowanej przez prezes banku centralnego prof. Leszka Balcerowicza. Miesiąc później - 19 listopada 2004 roku - Komisja wydała stosowne zgody i zezwoliła holenderskiemu bankowi na wykonywanie ponad 33 proc. prawa głosu z posiadanych akcji. W tym samym roku Rabobank Polska SA, należący do holenderskiej grupy bankowej, przelał na konto fundacji CASE, kierowanej przez żonę przewodniczącego Komisji Nadzoru Bankowego - dr Ewę Balcerowicz, dotację pieniężną. Przypomnijmy, iż prof. Balcerowicz sam zasiada w Radzie Fundacji CASE. Kwota pieniędzy była na tyle wysoka, że Rabobank Polska SA otrzymał tytuł Mecenasa Fundacji. Jaka to była suma pieniędzy? W "Sprawozdaniu z działalności fundacji w 2004 r." nie ma wymienionej kwoty. "NCz!" nie otrzymał jeszcze odpowiedzi na zadane o to pytanie zarówno z CASE, jak i z Rabobanku. Jednak w "Sprawozdaniu" wymieniona jest łączna suma pieniędzy otrzymanych od Mecenasów CASE. Rabobank wraz z WestLB Bank Polska SA wpłacili na konto fundacji 110 tys. złotych. Czy otrzymanie przez CASE pieniędzy z Rabobanku w roku, w którym nadzór bankowy wydaje decyzje na rzecz Rabobanku, jest zbiegiem okoliczności? Obie sprawy łączą ze sobą dwie osoby: prof. Leszka Balcerowicza - szefa banku centralnego, nadzoru bankowego i członka Rady Fundacji CASE oraz jego żony, dr Ewy Balcerowicz - prezesa zarządu Fundacji CASE. Z tego można wysnuć wniosek, iż może chodzić o coś więcej niż tylko o zbieg okoliczności. O co? O formę wdzięczności? Kilkaset tysięcy złotych od banków Takie pytanie można także zadawać w innych przypadkach. Pieniądze na konto fundacji CASE spływały także z innych banków, które podlegają nadzorowi prof. Balcerowicza. Do grona sponsorów statutowych należą takie banki jak: Pekao SA, BRE Bank SA, Fortis Bank Polska SA, ING Bank Śląski SA i wspomniane wyżej Rabobank Polska SA oraz WestLB Polska SA. Z rocznego sprawozdania CASE wynika, iż banki na cele statutowe wpłaciły w 2004 roku w sumie ponad 352 tys. złotych. Prócz tego na konkretne projekty płaciły: Bank Handlowy w Warszawie, Gospodarczy Bank Południowo-Zachodni, PKO BP, Powszechny Bank Kredytowy, Raiffeisen Bank Polska. Zapewne prof. Balcerowicz brał udział w podejmowaniu decyzji w sprawach niektórych z wymienionych banków. Nasuwa się więc pytanie, czy aby banki nie po to przekazywały pieniądze fundacji CASE założonej przez prof. Balcerowicza, a kierowanej przez jego żonę, by przewodniczący KNB spoglądał na nie "łaskawszym okiem"? Czy też może wprost dotacje banków na rzecz CASE były formą przypodchlebienia się? Tak czy owak mamy dość głęboki konflikt interesów prof. Balcerowicza. Podobnie uważa Artur Zawisza, poseł PiS, prawdopodobny szef sejmowej komisji śledczej ds. nadzoru bankowego. - Sytuacja prof. Balcerowicza jest podobna do sytuacji lekarza-dyrektora szpitala, który założył sobie fundację i kieruje nią jego żona, a pacjenci tego szpitala wpłacają pieniądze na konto fundacji lekarza. Czy uznalibyśmy tę sytuację za normalną? - stawia retoryczne pytanie poseł Zawisza. Podkreśla przy tym, iż to właśnie szef banku centralnego rozpoczął publiczną dyskusję o konflikcie interesów w nadzorze bankowych, wykluczając z obrad KNB wiceministra finansów Cezarego Mecha właśnie z powodu podejrzenia o to. - Jeśli więc sam mówi o niejasnych sytuacjach, o praworządności, o końcu "układów" to niech się także sam do tego stosuje - nie ma wątpliwości poseł Zawisza. Prof. Balcerowicz płaci dr Balcerowicz Roczny budżet fundacji CASE to ok. 5 mln zł. Większość pieniędzy w 2004 roku - ponad 3,2 mln zł - pochodziła z zagranicy od różnego rodzaju organizacji międzynarodowych i prywatnych. Dotacje krajowe to ok. 1,5 mln zł, z czego z budżetu państwa CASE otrzymał ponad 320 tys. zł. Pieniądze od prywatnych sponsorów, w tym banków, stanowiły ponad 24 proc. przychodów fundacji dwa lata temu. Pieniądze CASE otrzymywała także z... NBP. W 2004 roku NBP przelał na konto CASE 64,6 tys. zł. Pierwsze pieniądze z NBP fundacja CASE otrzymała w 2001 roku, a więc w roku, w którym urzędowanie w gmachu banku centralnego rozpoczął prof. Balcerowicz. Pieniądze przeznaczono na realizowany od października 2001 roku do lutego 2002 roku projekt pt. "Inflacja bazowa oraz zmiany cen względnych w Polsce". Rok później - w 2002 roku - NBP przelał kolejne pieniądze. Tym razem na projekt badawczy CASE: "Innowacyjność polskiej gospodarki, propagowanie, uświadamianie i edukowanie w zakresie problematyki rozwoju innowacyjności". Trwał on do stycznia 2003 roku. W tym samym roku CASE rozpoczął kolejny projekt finansowany przez NBP. Bank centralny na jego realizację przekazał CASE prawie 48,5 tys. zł. Tak co roku NBP kierowany przez prof. Balcerowicza przelewał pieniądze na konto fundacji CASE kierowanej przez jego żonę. Czy jest to dopuszczalna praktyka w państwie bez układów towarzysko- finansowych, o których tak rozwodzi się ostatnio prezes NBP? - Nie działam w tej fundacji (CASE - przyp. red.), nie mam z nią nic wspólnego. Nie ma żadnej kolizji - tłumaczył się 10 czerwca 2005 roku prof. Leszek Balcerowicz, zeznając przed sejmową Komisją Śledczą ds. Prywatyzacji PZU. Powiązane "STOP korupcji"? O komentarz we wszystkich powyższych powiązaniach szefa banku centralnego i nadzoru bankowego z finansowaniem fundacji CASE "NCz!" poprosił Grażynę Kopińską, szefową programu "STOP korupcji!". Program ten jest finansowany przez Fundację Batorego i wspiera działania antykorupcyjne, a p. Kopińska często udziela dziennikarzom wypowiedzi komentujących, czy jakieś działania mają charakter patologiczny i korupcyjny, czy nie. W tej sprawie jednak nie chce się wypowiadać. - Ze względu na to, iż p. Ewa Balcerowicz jest członkiem Rady Programowej programu "STOP korupcji!" - tłumaczy Kopińska naszemu tygodnikowi. - Jednak dodam, iż nie pobiera z tego tytułu ż Odpowiedz Link Zgłoś
sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:04 Powiązane "STOP korupcji"? O komentarz we wszystkich powyższych powiązaniach szefa banku centralnego i nadzoru bankowego z finansowaniem fundacji CASE "NCz!" poprosił Grażynę Kopińską, szefową programu "STOP korupcji!". Program ten jest finansowany przez Fundację Batorego i wspiera działania antykorupcyjne, a p. Kopińska często udziela dziennikarzom wypowiedzi komentujących, czy jakieś działania mają charakter patologiczny i korupcyjny, czy nie. W tej sprawie jednak nie chce się wypowiadać. - Ze względu na to, iż p. Ewa Balcerowicz jest członkiem Rady Programowej programu "STOP korupcji!" - tłumaczy Kopińska naszemu tygodnikowi. - Jednak dodam, iż nie pobiera z tego tytułu żadnych gratyfikacji pieniężnych - wyjaśnia Kopińska. Lecz jest w tym jedno "ale". Otóż w 2004 roku Fundacja Batorego, finansująca "STOP korupcji!", przekazała fundacji pani Balcerowicz 700 tys. zł. na założenie tzw. kapitału żelaznego. Wyspowiadać nadzór bankowy Czy wszystkie powyższe informacje nie świadczą, iż mamy w działalności prezesa NBP i szefa nadzoru bankowego prof. Leszka Balcerowicza do czynienia co najmniej z sytuacją patologiczną? Czy nie można artykułować publicznie podejrzeń o wykorzystywanie przez prof. Balcerowicza bądź przez jego najbliższe otoczenie (być może nawet bez jego wiedzy) sprawowanej funkcji publicznej do celów prywatnych? Według "Najwyższego CZAS-u!", nie tylko można, ale i trzeba zadać te pytania! Trzeba wyjaśnić wszystkie powiązania towarzyskie i wszystkie powiązania finansowe osób działających w CASE z osobami zasiadającymi w organach kontrolujących banki i sektor finansowy. Także dlatego potrzebne jest powołanie sejmowej Komisji Śledczej ds. nadzoru bankowego. Według naszego tygodnika, mamy tam do czynienia z dość głęboką patologią. Odpowiedz Link Zgłoś
sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:09 Dawnych wspomnień czar... Stanisław Michalkiewicz / INTERIA.PL Ach, jaka szkoda, że prawie zupełnie nie zauważyliśmy tej rocznicy! Umknęła ona nie tylko naszej uwadze, ale także uwadze większości dziennikarzy, którzy akurat zajęci byli bardzo rozpamiętywaniem swego upokorzenia, że Jarosław Kaczyński nie zaprosił ich do asystowania przy parafowaniu Paktu Stabilizacyjnego. No i pewnie przygotowywali się do batalii o wolność słowa, którą obecnie przeżywamy wraz z całą Unią Europejską. Chodzi mi naturalnie o 17 rocznicę rozpoczęcia obrad okrągłego stołu, która przypadła 6 lutego. Wprawdzie Roman Giertych na konferencji prasowej z okazji podpisania Paktu wspominał o demontażu układu okrągłego stołu, ale b. premier i uczestnik tamtych obrad Tadeusz Mazowiecki uspokoił wszystkich zainteresowanych, że nie jest to możliwe, bo zamiar obalenia umowy okrągłego stołu jest równie realny, jak anulowanie bitwy pod Grunwaldem. Pan Tadeusz Mazowiecki ma oczywiście rację, jak zresztą we wszystkim, co mówi lub pisze. Tak zostało zatwierdzone i próżno wierzgać przeciwko ościeniowi. Dlatego też przypomnijmy sobie najbardziej charakterystyczne efekty okrągłego stołu, żeby niczyja zasługa nie przepadła w mrokach zapomnienia, no a my wszyscy ? żebyśmy lepiej mogli zrozumieć, co się właściwie z nami stało. Niech zatem odżyje dawnych wspomnień czar... Zadami swoich przedstawicieli... Jak wiadomo, przy okrągłym stole zasiedli reprezentanci dwóch stron: "rządowej" i "społecznej". Gdy cofniemy się do roku 1980, zauważymy z pewnością, że wtedy partia właściwie się rozleciała, a powstałą w ten sposób próżnię wypełniło wojsko i Służba Bezpieczeństwa, jako podwójne twarde jądro systemu totalitarnego. Wojsko do spółki z SB przeprowadziło stan wojenny, ale już od roku 1984, po zabójstwie ks. Popiełuszki, rozpoczyna się wypieranie bezpieczniaków cywilnych przez wojskowych, a spektakularnym symbolem tego procesu było zdymisjonowanie gen. Mirosława Milewskiego. W rezultacie hegemonem sceny politycznej pod koniec lat 80-tych pozostawało już tylko wojsko, a zwłaszcza jego najtwardsze jądro w postaci wojskowej razwiedki, z której wywodził się zarówno "gospodarz" okrągłego stołu, gen. Czesław Kiszczak, jak i zwierzchnik "gospodarza", czyli sam gen. Wojciech Jaruzelski. Warto przypomnieć, że jak przystało na gospodarza, to gen. Kiszczak dobierał rozmówców przy okrągłym stole, również ze "strony społecznej". Warto też zauważyć, że wojskowa razwiedka w postaci Wojskowych Służb Informacyjnych, w stanie nietkniętym przetrwała całą transformację ustrojową, aż do dnia dzisiejszego. Tak więc, przy okrągłym stole 6 lutego 1989 roku zasiadły takie dwie strony, oczywiście zadami swoich przedstawicieli. Budujemy kapitalizm Jak wiadomo, efektem okrągłego stołu była transformacja ustrojowa; zamiast jedynie słusznego ustroju socjalistycznego obediencji moskiewskiej, na który nikt już nie chciał dawać pieniędzy, rozpoczęto budowę ustroju kapitalistycznego, ale nie "dzikiego", tylko cywilizowanego, co wyrażało znane hasło: "wolny rynek - oczywiście tak, ale przecież ktoś musi tym kierować!". Wymagało to oczywiście radykalnych decyzji politycznych, którym jednak towarzyszyła troska o człowieka, zgodnie z zaleceniem poety: "czas zmienić politykę rolną, lecz ludzi krzywdzić nam nie wolno!". Ale wiadomo, że ludzie nie są równi; tzn. oczywiście są, ale niektórzy są równiejsi od innych, zwłaszcza w momencie transformacji ustrojowej, kiedy na plan pierwszy wysuwa się kwestia akumulacji pierwotnej, tzn. zdobycia pierwszego miliona. Ta akumulacja pierwotna rozpoczęła się, co prawda, już w roku 1985 (kiedy zaczęły tworzyć się pierwsze "spółki nomenklaturowe"), ale prawdziwy rozmach stał się możliwy dopiero dzięki zatwierdzeniu "transformacji". Przybrał on postać tzw. "planu Balcerowicza", który z miejsca został otoczony kultem przez obydwie strony okrągłego stołu, a także przez większość niezależnych (bo niby od kogo mieli być zależni?) publicystów i autorytetów moralnych. Kult, jak wiadomo, polega na oddawaniu czci różnym Tajemnicom. Dlatego też inżynierowie naszych dusz przez wiele lat usiłowali utrzymać opinię publiczną w stanie uwielbienia dla Planu i jego Autora, ale nie bardzo potrafili wyjaśnić,, na czym właściwie polega wielkość i jednego i drugiego. Teraz jednak chyba można już to ujawnić? Ramy felietonu nie pozwalają naturalnie na przedstawienie całokształtu, więc skoncentruję się na dwóch fragmentach, które wydają mi się reprezentatywne dla całości. Reguła św. Mateusza Jednym z mnóstwa problemów, jakie pozostawił po sobie ostatni "komunistyczny" rząd premiera Rakowskiego, była galopująca inflacja, która już w drugiej połowie 1989 roku stała się "trzycyfrowa". Przyczyną było finansowanie wydatków państwowych z "kredytu Narodowego Banku Polskiego", czyli - emisji "pustych pieniędzy" zarówno w postaci gotówki, jak i zapisów księgowych. Tylko w pierwszym półroczu 1989 r. wypuszczono ok. 40 bilionów (40 tys. miliardów) zł. Dlatego też jedną z ustaw, w które ostatecznie przepoczwarzył się plan Balcerowicza, była ustawa z 28 grudnia 1989 r. o uporządkowaniu stosunków kredytowych. Wbrew opinii, że pośpiech wskazany jest tylko w dwóch przypadkach: przy biegunce i przy łapaniu pcheł, tutaj tempo było iście stachanowskie; ustawa została uchwalona 28 grudnia, a 30 grudnia była już wydrukowana w Dzienniku Ustaw! Chodziło o to, by ściągnąć z rynku "nawis inflacyjny", tzn. masę pieniądza, wyemitowanego za pierwszej komuny. Ta ustawa uchylała postanowienia umów kredytowych dotyczących przywilejów i preferencji w zakresie dostępu do kredytów i oprocentowania i wprowadzała tzw. "zmienne stawki oprocentowania" zamiast umownych. Dlatego już od stycznia 1990 r. oprocentowanie kredytów wzrosło od 3-4 proc. nawet do 115! W rezultacie banki z dnia na dzień zwielokrotniły swoje wierzytelności wobec obywateli, którym też warto trochę się przyjrzeć. Kredyty w tym okresie zaciągali bowiem rolnicy posiadający rozwojowe gospodarstwa oraz przedsiębiorcy prowadzący średnie przedsiębiorstwa usługowe i produkcyjne. Wielkich w tym okresie w sektorze prywatnym jeszcze nie było. Nie ma niestety żadnej wiarygodnej statystyki bankructw spowodowanych zmianą oprocentowania kredytów (bo i po co rozdrapywać stare rany?), ale - po pierwsze - było ich sporo, a po drugie - rujnowały one, można powiedzieć, awangardę naszego rolnictwa, usług i średniego przemysłu, która przetrwała komunę i stanowiła zalążek potencjalnej konkurencji dla subwencjonowanych EWG- owskich tuczników. Opanowanie inflacji było oczywiście niezbędne, ale można było dokonać tej sztuki unikając rabunku obywateli (nawiasem mówiąc, ówczesny Trybunał Konstytucyjny, tak wkrótce energiczny w sprawie lustracji, nie śmiał nawet pisnąć w obronie "praw nabytych" przez kredytobiorców; po prostu nie było takiego rozkazu!). Władze państwowe dysponowały bowiem niemal wszelką własnością. Można było więc ściągnąć "nawis inflacyjny" z rynku, sprzedając obywatelom państwowe nieruchomości. Widocznie jednak intencją rządu premiera Mazowieckiego nie było dogodzenie obywatelom, tylko zasilenie banków pieniędzmi ściągniętymi z obywateli tytułem odsetek i własnością przejętą od bankrutów. Czy było jakieś ustalenie przy okrągłym stole w tym zakresie, czy też dla wszystkich administratorów "transformacji" było to zrozumiałe samo przez się - oto pytanie. Pytanie bardzo ciekawe, bo uruchomienie przepływu pieniędzy od obywateli do banków nie dotyczyło wyłącznie banków polskich. Badający finanse FOZZ Michał Falzmann informował zwierzchność, że w 1990 r. do banków polskich wpłynęło co najmniej 3 mld dolarów ponad ekwiwalent za wyeksportowane towary i usługi. Ile tych pieniędzy było naprawdę - tego chyba nikt dokładnie nie wie. A wpływały one do Polski w ro Odpowiedz Link Zgłoś
sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:10 Pytanie bardzo ciekawe, bo uruchomienie przepływu pieniędzy od obywateli do banków nie dotyczyło wyłącznie banków polskich. Badający finanse FOZZ Michał Falzmann informował zwierzchność, że w 1990 r. do banków polskich wpłynęło co najmniej 3 mld dolarów ponad ekwiwalent za wyeksportowane towary i usługi. Ile tych pieniędzy było naprawdę - tego chyba nikt dokładnie nie wie. A wpływały one do Polski w roku 1990 dlatego, że na mocy umowy międzynarodowej Polska zobowiązała się do utrzymywania przez rok stałego kursu dolara na poziomie 9 500 zł, zaś oprocentowanie złotówkowych lokat w bankach polskich wzrosło do 80 i więcej procent. Tedy "inwestorzy" przede wszystkim ze wschodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych (ci sami, którzy potem nosili się z zamiarem przyznania prof. Balcerowiczowi Nagrody Nobla) zamieniali swoje dolary na złotówki, złotówki lokowali w bankach polskich, po czym, przed upływem roku, wycofywali je z niemal podwójnym zyskiem, zamieniali na dolary po tym samym, bo "stabilizowanym" kursie i zadowoleni wracali do domu. W ten sposób, z biednej Polski, tylko w 1990 roku zostało wyssane co najmniej 6, a być może nawet ponad 16 mld dolarów. Zgodnie ze spostrzeżeniem z Ewangelii św. Mateusza, że kto ma, to będzie miał jeszcze więcej, a kto nie ma, to straci i to, co ma. Oczywiście, premier Tadeusz Mazowiecki wcale nie musiał wiedzieć, do jakiej operacji został użyty w charakterze listka figowego, dzięki czemu również i dzisiaj jak zwykle może być z siebie zadowolony. Zresztą w pewnym sensie ma rację; okrągłego stołu całkiem obalić się nie da, bo - jak pisze Boy-Żeleński - "darmo - co raz człek stracił, tego nie odzyszcze". Odpowiedz Link Zgłoś
sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:11 Balcerowicz Sobolewskiego Krzysztof Sobolewski zaskoczył mnie swoim niedawnym artykułem, w którym broni profesora Leszka Balcerowicza. Zachowanie to jest dla mnie zaskoczeniem, ponieważ autor jest libertarianinem, który opowiada się za jak najmniejszym interwencjonizmem państwowym. Tymczasem w przypadku prezesa banku centralnego robi wyjątek i bynajmniej nie dotyczy to tylko jego osoby i stanowiska, ale również jego reform. Na co uważać Na początek chciałbym zaznaczyć pewną, dla niektórych oczywistą, rzecz. Chciałbym nadać jej szczególne znaczenie, ponieważ nie chcę, aby mój artykuł został źle zinterpretowany. Domyślam się, że moje poglądy i poglądy Krzysztofa Sobolewskiego są bardzo do siebie zbliżone. Wyznajemy podobne idee i zgadzamy się w bardzo wielu punktach. Przypuszczam, że na gruncie teoretycznym nie znaleźlibyśmy jakiś poważnych różnic między nami. Niestety (na szczęście?) życie to nie bajka i nie ma takiej możliwości, aby wszystko, co najlepsze i moralne mogło zaistnieć. W życiu potrzebne są po prostu kompromisy. Na tym polega praktyka – kierujemy się w niej naszymi teoretycznymi przekonaniami (uzasadnianymi racjonalnie), aby zmierzać we właściwą stronę. Przykładowo, jeśli Krzysztof Sobolewski opowiada się za zniesieniem podatków, to będzie popierał krok we właściwą stronę, czyli zmniejszenie opodatkowania. Jeśli pojawi się jakiś reformator, który zaproponuje przycięcie fiskalizmu o połowę, to naturalnie Krzysztof Sobolewski nie zareaguje „nie! Znieśmy opodatkowanie w ogóle!”, tylko powie, że jest to dobra decyzja strategiczna, kierująca nas we właściwą stronę. Nie musi to być przycięcie podatków o połowę; nawet drobna zmiana, polegająca na obniżce o kilka procent, wprowadzeniu dodatkowej ulgi lub zwiększeniu kwoty wolnej to dobre pomysły. W teorii mamy być spójni. W teorii nie ma „kompromisów”. „Kompromis” to pojęcie ściśle praktyczne. W teorii argumentujemy i używamy logiki do uzasadnienia naszego stanowiska. „Kompromis” to, jak mówi słownik, ugoda kończąca spór, polegająca na ustępstwach obu stron. Stąd jasne jest, że nie może być kompromisów w teorii. Wiemy na przykład, że kontrole cenowe są zjawiskiem negatywnym i prowadzą do odwrotnych konsekwencji niż mają przynieść. Wyobraźmy sobie dyskusję – jedna strona twierdzi, że tak jest, a druga temu zaprzecza, wymagając pełnych kontroli cenowych. Przyjęcie przez nich kompromisu „zlikwidujmy kontrole cenowe na połowę dóbr” nie ma związku z prawdziwością teorii. Jest to tylko konkluzja praktyczna, pomocna w zmierzaniu w jakąś stronę. Ale fakt pozostaje taki, że któreś wyjście musi być prawdziwe, bez względu na przyjęte kompromisy (być może „połowa kontroli cenowych” to właściwe wyjście, ale sama prawda nie ma związku z „kompromisem”, który jest tutaj zjawiskiem incydentalnym; nie chodzi o to, żeby być „ekstremalnym” w teorii, tylko że nie można być „kompromisowym”). Wróćmy do mojej polemiki. Jak zaznaczyłem, w teorii zgadzam się w większości przypadków z Krzysztofem Sobolewskim. Życie jednak nie polega tylko na teorii, ale także na aplikowaniu jej do rzeczywistości. I jeśli teoria nie może być swobodnie przeszczepiona na grunt praktyczny, to potrzebne jest szukanie sojuszników. Praktyka jest oczywiście bardzo ważna. Przyjmując zły kompromis, niezgodny z naszą teorią, możemy iść w bardzo złą stronę i szkodzić nie tylko naszemu życiu, ale także teorii, za pomocą której przekonujemy innych ludzi. Dlatego uważam, że bardzo ważne jest wyjaśnienie „kwestii Balcerowicza”, szczególnie, że Krzysztof Sobolewski jest (moim zdaniem) jednym z najbardziej opiniotwórczych libertarian. Rewizjonizm III RP Nie zrozumiemy roli, którą odgrywał w III RP profesor Balcerowicz, jeśli w ogóle nie odniesiemy się do kontekstu historycznego. Wróćmy pamięcią do końca lat osiemdziesiątych. W tamtym czasie tzw. „komunizm” był systemem, który powoli się rozkładał. W dodatku socjaliści nagle okazali się keynesistami i zaczęli drukować pieniądze. Dysekonomie ciągnęły się oczywiście od dawna, jednakże tym razem było widać wyraźnie objawy rozkładu systemu socjalistycznego. W 1988 roku premier Rakowski wprowadził jedną z najbardziej wolnościowych ustaw o działalności gospodarczej na świecie. Przewidywała ona zaledwie kilka koncesji na działalność. Społeczeństwo od dawna nie akceptowało obowiązującego porządku społeczno-gospodarczego. Władza również była chętna do zmiany tego systemu na inny. Nie mogło być przecież tak, że najwyższym urzędnikom psują się pralki. Należało coś z tym zrobić. W ten sposób przyszedł czas na zmianę systemu „socjalistycznego” na „demokratyczny”. Polska Rzeczpospolita Ludowa została przekształcona w III RP. Celem jednak nie była desocjalizacja, ale rzecz zupełnie inna – uwłaszczenie nomenklatury i przekazanie rzekomego „majątku państwowego” w ręce ludzi, którzy chcą na nim robić odpowiedni biznes. Pierwsze lata to rządy premiera Mazowieckiego i konieczność przystosowania gospodarki do nowych realiów. W tym celu właśnie zatrudniono profesora Leszka Balcerowicza, pilnego ucznia socjalistycznych uczelni, który, zgodnie z zaleceniami Jeffreya Sachsa z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, miał przeprowadzić odpowiednie reformy. Reformy, które miały ułatwić przejście od systemu silnie zsocjalizowanego, z zaawansowanymi kontrolami cenowymi, do systemu „kapitalizmu państwowego”. Główna idea polegała na tym, aby znieść kontrole cenowe i doprowadzić do zrównoważenia się poszczególnych rynków (efektem uwolnienia rynków był wysoki skok cenowy). Jednakże z punktu widzenia władzy nie należało likwidować potęgi państwa. Zamiast tego konieczne było przejście do takiej sytuacji, w której możliwy jest zaawansowany system redystrybucji (majątek państwowy nie miał być przekazany w ręce prywatne, co było do zrobienia w jeden dzień – zamiast tego poczekano na odpowiednie „reformy prywatyzacyjne”, wynalezione częściowo przez Janusza Lewandowskiego). Ideałem stały się zachodnie demokracje, a ostatecznym celem wejście do euromerkantylistycznego stowarzyszenia państw, znanego jako Unia Europejska. Socjalistyczni etatyści wyciągnęli właściwe wnioski – po co mieć nieefektywny system socjalistyczny, zdominowany przez kontrole cenowe, gdy można zbudować gospodarkę, w której ponad 40% produktu narodowego będzie mogło zostać przepuszczone i przejedzone przez budżet państwa? Co można było zrobić? Pozostaje pytanie – co można było zrobić? W skrócie? Wszystko. Poparcie dla rządu było wówczas naprawdę jednomyślnie. Społeczeństwo nie stawiałoby oporu, gdyby wprowadzić odpowiednie, naprawdę pożądane reformy. Poza dekomunizacją wszystko było do zrobienia. Można było zreformować odpowiednio rolnictwo, służbę zdrowie, a także – przede wszystkim! – uwłaszczyć społeczeństwo i przekazać „majątek państwowy” w ręce prywatne. Można było rzeczywiście uwolnić wszystkie rynki, włącznie z systemem bankowym i całym rynkiem finansowym. Do tego oczywiście władza nie chciała dopuścić. Z jednej strony na każdej rzeczy można zarobić, szczególnie na odpowiednio sterowanej prywatyzacji. Z drugiej strony rynek finansowy i pieniężny to dwie rzeczy, które muszą być szczególnie kontrolowane przez aparat rządzący. Co więcej, polityka fiskalna bez polityki pieniężnej jest niczym Bonnie bez Clyde’a. Jedna rzecz, jaka udała się rządowi Mazowieckiego, to z pewnością zmarnowanie szansy na wprowadzenie odpowiedniego ustroju (nawet PZPR by za tym głosowała, tak, jak głosowała za planem Balcerowicza, ponieważ w innym wypadku groziłoby jej rozwiązanie sejmu i totalna porażka w wyborach) i, za Odpowiedz Link Zgłoś
sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:13 Co można było zrobić? Pozostaje pytanie – co można było zrobić? W skrócie? Wszystko. Poparcie dla rządu było wówczas naprawdę jednomyślnie. Społeczeństwo nie stawiałoby oporu, gdyby wprowadzić odpowiednie, naprawdę pożądane reformy. Poza dekomunizacją wszystko było do zrobienia. Można było zreformować odpowiednio rolnictwo, służbę zdrowie, a także – przede wszystkim! – uwłaszczyć społeczeństwo i przekazać „majątek państwowy” w ręce prywatne. Można było rzeczywiście uwolnić wszystkie rynki, włącznie z systemem bankowym i całym rynkiem finansowym. Do tego oczywiście władza nie chciała dopuścić. Z jednej strony na każdej rzeczy można zarobić, szczególnie na odpowiednio sterowanej prywatyzacji. Z drugiej strony rynek finansowy i pieniężny to dwie rzeczy, które muszą być szczególnie kontrolowane przez aparat rządzący. Co więcej, polityka fiskalna bez polityki pieniężnej jest niczym Bonnie bez Clyde’a. Jedna rzecz, jaka udała się rządowi Mazowieckiego, to z pewnością zmarnowanie szansy na wprowadzenie odpowiedniego ustroju (nawet PZPR by za tym głosowała, tak, jak głosowała za planem Balcerowicza, ponieważ w innym wypadku groziłoby jej rozwiązanie sejmu i totalna porażka w wyborach) i, zamiast tego, wkroczenie na ścieżkę od PRL do III RP w Unii Europejskiej. Ścieżkę, na której państwo ma nową rolę. Przestaje bezpośrednio regulować produkcję, ponieważ skutkuje to zbyt wysoką nieefektywnością i odbija się także na samych rządzących (nie chodzą im pralki). Zamiast tego lepiej uruchomić mechanizmy rynkowe i dopiero wtedy zacząć je poważnie zakłócać. Poprzez 40-procentowe (wobec PKB) wydatki budżetowe oraz rosnący system koncesji (odpowiednie „korygowanie” ustawy Wilczka-Rakowskiego) i wszelkiego rodzaju kontroli nad prowadzeniem działalności gospodarczej. Naturalnie dla tak wysokich wydatków budżetowych nie wystarczy po prostu monopol fiskalny. Społeczeństwo prawdopodobnie bardzo niechętnie zaakceptowałoby wzrost podatków do takiego poziomu. Dlatego niezbędne dla władzy staje się integralne, zdecydowanie mniej zauważalne, narzędzie konfiskaty pieniędzy ludzi – bank centralny. Bank centralny, który utrzymuje silnie skartelizowany i centralnie planowany system banków, który przy braku konkurencji może swobodnie doprowadzać do ekspansji pieniężnej. Dzięki niemu można było przez lata dziewięćdziesiąte progresywnie zwiększać podaż pieniądza. Naturalnie jest to podaż pieniądza, z pomocą której finansowane są wydatki rządowe (obligacje, pokrywające deficyt budżetowy), bo same podatki nie zaspokoją tak imponujących apetytów Lewiatana. Zaznaczyłem już, że ostatecznym celem nowej ścieżki, na której znalazła się Polska, było wstąpienie do UE. W tym systemie układ keynesistowski osiąga szczyt swoich możliwości na całym kontynencie europejskim. Regulacje państwowe dalej odpowiednio ograniczają swobodę prowadzenia działalności gospodarczej. Wzmagane jest to przez tworzenie nowych międzynarodowych struktur, których odpowiedniki mieliśmy na poziomie narodowym. Tak powoli wykształca się Parlament Europejski (na razie fasadowa instytucja Wspólnot Europejskich z małą władzą, bardziej służąca za źródło stanowisk) i Komisja Europejska (prowadząca odpowiednie działania polityczne, umożliwiające klasyfikację i podział rynków np. przez politykę antytrustową). Tak zatem powstaje powoli budżet unijny i rozmaite fundusze, których celem jest daleko idący system redystrybucyjny, wspierający wybrane grupy interesu. Ta gigantyczna fuzja rządów, która polega na zwiększaniu liczby stanowisk i siły aparatu władzy, odbywa się także w przypadku polityki pieniężnej. Ostatecznym celem polskich władz jest oczywiście przyjęcie wspólnej waluty, „euro”. Naturalnie Leszek Balcerowicz wtóruje temu pomysłowi, stanowiącemu domknięcie transformacji PRL w III RP, pełnoprawnego członka Wspólnot Europejskich. I tak cała ta ścieżka jest symbolicznie doprowadzana do końca przez człowieka, który nas na nią wprowadził: profesora Balcerowicza. III RP lepsza niż PRL Naturalnie Trzecia Rzeczpospolita jest lepszym systemem, aniżeli Polska Rzeczpospolita Ludowa, od której odeszliśmy. Pytanie jednak pozostaje – czy rzeczywiście jest to zasługa profesora Balcerowicza, czy też z punktu widzenia ogólnych ruchów, których podjęła się władza, nie ma większego znaczenia, kto stał na stanowisku? Owszem, niektóre reformy z przełomu lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych (zapoczątkowane jeszcze przez Rakowskiego) były dobre. Ale czy jest to rzeczywiście powód do stawiania pomników? Zwłaszcza w świetle tego, co można było jeszcze zmienić, a także tego, co zaniedbano… Balcerowicz Sobolewskiego Krzysztof Sobolewski stwierdził w swoim artykule, że Rada Polityki Pieniężnej wywiązywała się „wzorowo” ze swoich zadań. Być może. Pytanie jednak brzmi – wzorowo, ale dla kogo? Samo „wzorowo” nie wystarczy i zdecydowanie nas nie przekonuje. Stalin, z punktu widzenia postawionych sobie celów, także wykonywał swoje zadania „wzorowo”. Pytanie jednak brzmi: Czy te postawione cele są przez nas akceptowane? Naturalnie nie są. Jeśli chodzi o utrzymywanie kartelu publiczno-prywatnego, uruchamiającego ekspansję kredytową, która finansuje emisję obligacji na poczet deficytu budżetowego, to owszem. Rada Polityki Pieniężnej spisuje się bardzo dobrze, pilnując tego, aby deficyt był finansowany (poprzez kreację pieniądza w bankach komercyjnych oraz zachęcanie zagranicznych inwestorów). Czy jednak o to chodzi Krzysztofowi Sobolewskiemu? Czy rzeczywiście zależy nam na umiejętnym finansowaniu przez aparaty władzy wydatków budżetowych? Bank centralny jest z samego swojego założenia instytucją złą, którą należałoby rozwiązać. Niewątpliwie, gdyby znieść monopol państwa na emisję środków pieniężnych, mielibyśmy radykalnie inną sytuację. Budżet musiałby być mniejszy, a inflacja znikłaby natychmiast. Przypominam jednak, że RPP istnieje właśnie dlatego, aby inflacja mogła się dokonywać, a budżet był dalej finansowany obligacjami. Krzysztof Sobolewski odpowie zapewne, że lepszy kilkuprocentowy spadek siły nabywczej (liczony koszykiem) aniżeli spadek o kilkadziesiąt procent. Pewnie tak, ale czy rzeczywiście można mówić o takiej zmianie jako o czymś fantastycznym? Czy rzeczywiście jest to coś wyśmienitego, skoro każdy inny na tym stanowisku prowadziłby taką samą politykę (uwzględnijmy ostatnie zmiany w składzie RPP, które kompletnie nie wpłynęły na jej politykę)? A może by tak wziąć pod uwagę konsekwencje, które wiążą się z samym istnieniem tej instytucji? Może wziąć pod uwagę koszt alternatywny – fakt, że gdyby zlikwidować tę instytucję (zlikwidować, a nie dokonać zmian kosmetycznych, powołując w to miejsce inne ciało, bardziej zależne od konkretnego rządu), inflacja by znikła, a ceny przestały systematycznie rosnąć? A może wziąć pod uwagę także to, że instytucja ta zmierza do przyjęcia etatystycznego euro? A może wziąć pod uwagę to, że nie ratuje to w dłuższym okresie systemu, tylko zmierza do krachu, po którym władzę przejmie Andrzej Lepper? Sama władza nie chce wprowadzać wysokiej inflacji. Oni chcą kontrolowanej inflacji. Inflacja może bardzo łatwo się wymknąć spod kontroli i wtedy obraca się przeciwko samym rządzącym. Pragnę także, w duchu Szkoły Austriackiej, zaznaczyć, że z inflacją się nie „walczy”. Inflację należy przestać powodować – to jest zaprzestać zwiększania podaży pieniądza, najlepiej poprzez rozwiązanie banku centralnego. Oczywiście, nic takiego nie nastąpiło po 1990 roku. Leszek Balcerowicz nawet, rzekomo dla konieczności „walki z inflacją”, szukał metod konfiskaty, czego dowodem był wprowadzony „popiwek”, „podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń” & Odpowiedz Link Zgłoś
sanctus55 Re: Przypominam: Balcerowicz musi zostać 23.03.06, 05:14 Pragnę także, w duchu Szkoły Austriackiej, zaznaczyć, że z inflacją się nie „walczy”. Inflację należy przestać powodować – to jest zaprzestać zwiększania podaży pieniądza, najlepiej poprzez rozwiązanie banku centralnego. Oczywiście, nic takiego nie nastąpiło po 1990 roku. Leszek Balcerowicz nawet, rzekomo dla konieczności „walki z inflacją”, szukał metod konfiskaty, czego dowodem był wprowadzony „popiwek”, „podatek od ponadnormatywnych wynagrodzeń” – jakby rzeczywiście Keynes miał rację, mówiąc, że to wysokie płace nakręcają inflację, a nie druk pieniądza! Poza tym, popiwek trzeba oczywiście od czegoś pobierać. Czegoś, co da się naliczyć. A żeby naliczyć, to trzeba mieć oczywiście kontrolę (zaglądać w pewne miejsca). Etatystyczny system potrzebuje manipulowanej waluty. Gdyby zabrać mu tę władzę, to miałby on poważne kłopoty z polityką. Czytelnicy koniecznie powinni się zapoznać z pozycją, którą można kupić pod adresem www.fijor.com/index.php?bid=44 (a jeśli nie kupić, to chociaż przeczytać: mises.pl/site/biblioteka.php? id=71&content_id=131&view=full). Jest jasne, że władzy zdarzało się przesadzać z inflacją i ceny zaczynały skakać o kilkadziesiąt procent, rynek finansowy się buntował, a inwestorzy zagraniczni przestawali kupować obligacje państwowe. Dlatego stara się ona utrzymywać inflację na niższym poziomie, w ten sposób, aby system nie wymknął się spod kontroli (tak, jak stara się utrzymywać podatki na takim poziomie, by nie zmniejszać przychodów zbyt dużym obciążeniem). Warto także odnieść się do ocen Krzysztofa Sobolewskiego, jeśli chodzi o ministrowanie. Profesor Balcerowicz jako minister finansów nie wyróżniał się w zasadzie niczym od innych ministrów – konstruował po prostu budżet, jaki miał odpowiadać modelowi państwa zetatyzowanego (podobnie nie wyróżnia się przecież od poprzednich szefów banku centralnego). Do tego potrzebował odpowiedniego finansowania podatkami i właśnie dlatego zwiększał podatki pośrednie, łatwiej ściągalne i ułatwiające większą kontrolę nad firmami. Także chciał po prostu substytucji opodatkowania osobistego na pośrednie. Była to transakcja wiązana, która skończyła się wyższym opodatkowaniem (prezydent podpisał tylko dwie z trzech ustaw, czego można się było spodziewać). Jeśli chodzi natomiast o budżet, to już lepiej by chyba było, gdyby Krzysztof Sobolewski zaczał chwalić Grzegorza Kołodkę, ponieważ ten utrzymał mniejszy deficyt aniżeli Leszek Balcerowicz. Ja jednak mimo wszystko wolę nie wartościować – każdy z nich, jak przystało na „bezpartyjnego fachowca”, wzorowo montował system redystrybucyjny. Balcerowicz niszczycielem wizerunku wolnościowców Należy także podkreślić inną rzecz, czyli zdewastowanie przez Leszka Balcerowicza sposobu, w jaki odbiera się wolnorynkowców. Z jednej strony, większość ludzi jest niechętnych kapitalizmowi, opierając się na przykładach takich postaci – które zamiast uwłaszczyć społeczeństwo, przeprowadzają polityzację kapitalizmu, aby utrzymywać szeroką władzę. Leszek Balcerowicz i Janusz Lewandowski to dwójka najbardziej za to odpowiedzialnych osób. Proszę zobaczyć, co udało im się osiągnąć – zniszczyli zupełnie wizerunek kapitalizmu, utrzymując system merkantylistyczny (a na zewnątrz opowiadają, jak bardzo szanują takich ludzi, jak Mises i Hayek), przyjmując jednocześnie stanowiska w międzynarodowej strukturze rządów. Jeden w komisji budżetowej, a drugi – wkrótce – w Europejskim Systemie Banków Centralnych. Mateusz Machaj Odpowiedz Link Zgłoś