piezo1
02.10.06, 13:13
Czy jest jakaś metoda pozwalająca uniknąć kary za rozjechanie po pijaku
bliźniego swego? Jest! Trzeba nosić sutannę i mieć chody u biskupa.
Po artykule „Daleko od szosy” (opisane w „FiM” 36/2006) dotarł do nas sygnał
z Dzierżoniowa, że w tamtejszej prokuraturze odbyła się dyskusja kuluarowa,
zakończona konkluzją, że „tym razem »Faktom i Mitom« cosik się popitoliło”.
Rzecz w tym, iż konto pijackich wyczynów opisywanego księdza Krzysztofa Z.
(do niedawna proboszcz parafii w R. – diecezja świdnicka) obciążyliśmy
trupem, którego nikt ze śledczych nie potrafił się doszukać. Podajemy zatem
adres: cmentarz parafialny w Strzelinie (woj. dolnośląskie), ul. Oławska. Po
minięciu bramy kierujemy się w lewo, pierwszą alejką wzdłuż muru, a po chwili
dostrzeżemy nagrobek Jadwigi L. z napisem: „Zginęła śmiercią tragiczną 23-IV-
1991”. To właśnie ją ks. Krzysztof – wówczas katecheta w strzelińskim liceum
ogólnokształcącym i wikary miejscowej parafii – rozjechał owego fatalnego
dnia tak, że nie było co zbierać. A wcześniej...
23 kwietnia imieniny obchodzi Jerzy, które to imię nosi jeden z
niepracujących już w liceum nauczycieli (nazwisko znane). Ks. Krzysztof miał
wtedy tylko dwie pierwsze lekcje religii i tuż przed wyjściem ze szkoły
strzelił sobie w gabinecie solenizanta szklankę wódki. Wziął ją na dwa łyki,
zakąsił, przeprosił, że już musi lecieć do obowiązków duszpasterskich, po
czym dosiadł zaparkowanego przed szkołą auta i wcisnął gaz do dechy. Była
godz. 10.30.
61-letnia Jadwiga L. jechała rowerem, a w miejscu, gdzie została „czołowo”
uderzona przez pędzący z naprzeciwka samochód ks. Krzysztofa, jezdnia miała
około 15 m szerokości. Dlaczego zboczył na lewo ze swojego pasa ruchu –
szerokiego na ponad 7 m i niczym nie zastawionego? „Zarzuciło mnie na
nierówności studzienki kanalizacyjnej” – tłumaczył, dopasowując wyjaśnienie
do faktu podpowiedzianego przez kogoś życzliwego, że mniej więcej 30 m przed
śmiertelnym „trafieniem” było wybrzuszenie (ale dokładnie w osi jezdni!) z
obudową rzeczonej studzienki.
Zabijając Jadwigę L., ks. Krzysztof miał na liczniku – oprócz promili – ok.
70 km/godz., co obliczono na tej podstawie, że w odległości 50 m od miejsca
kolizji samochód „wskoczył” przednimi kołami na chodnik, pokonując wyjątkowo
w tym miejscu wysoki (30 cm) krawężnik i łamiąc felgę prawego koła. Prędkość
dało się obliczyć post factum, ale promili już nie, gdyż – uwaga! – sprawcy
nie pobrano krwi do zbadania jego trzeźwości.
Świadkiem wypadku była pewna uczennica Liceum Medycznego (nieistniejącego
już) w Strzelinie, która później z płaczem wyznała swojej
nauczycielce: „(...) ksiądz proboszcz wymusił na mnie fałszywe zeznanie
wybielające księdza Krzysztofa” (nazwiska obu pań oraz wielce wpływowego
plebana – znane redakcji).
Wiadomo nam też o innych manipulacjach. Na przykład:
* nagła zmiana biegłego, gdy ten pierwotnie wyznaczony do powypadkowej
ekspertyzy zwrócił uwagę na brak wyniku badania krwi sprawcy oraz wyraził
wstępną ocenę o jego oczywistej winie;
* przeniesienie sprawy, będącej – co zdawać by się mogło oczywiste – we
właściwości prokuratury i sądu w Strzelinie, do... odległej o 50 km Świdnicy.
Dlaczego?
– Chodziło o to, żeby na rozprawę nie napatoczył się ktoś z miejscowych,
doskonale znających nie tylko okoliczności wypadku, ale też jego kulisy. Nie
śledziłem ciągu dalszego tej historii, ale słyszałem, że za wstawiennictwem
jednego z wrocławskich biskupów księdza Krzysztofa Z. dotknęła w świdnickim
sądzie jakaś symboliczna zaledwie przykrość – wytłumaczył nam policjant
pamiętający okoliczności ukręcania łba sprawie.
Tyle gwoli wyjaśnienia kwestii „popitolenia”. Do reszty to już – dla
chcącego – naprawdę łatwo dotrzeć...