277w08
03.01.07, 09:42
Ciągle i wszędzie słyszę ostatnio jaki to wielki problem przed nami - w
rozwiniętych państwach (i u nas) rodzi się za mało dzieci, czeka nas kryzys
demograficzny, społeczny, emerytalny i Bóg wie jeszcze jaki - bo za kilka,
kilkanaście lat nie będzie miał kto utrzymywać armii emerytów. Do tego
wołanie koscioła i religijnych "nwiedzonych" - bądzcie płodni, antykoncepcja
jest zła. Tylko czy nie jest to myślenie krótkowzroczne. Przecież ziemia nie
jest z gumy. Nie chce mi sie grzebać w statystykach (może ktoś wie) ale
ciekaw jestem ile nas było np. na poczatku XX w - miliard, dwa ? Ale teraz
jest grubo ponad sześć miliardów, zdaję sprawę że za to odpowida głównie
trzeci świat ale popatrzmy na to w skali całego globu. Jeśli będziemy
rozmnażać się w takim tempie być może czeka nas kryzys o wiele większy tyle
że pewnie trochę później. Ale o tym jakoś nikt nie mówi. Czy nie powinniśmy
szukać innych rozwiązań zamiast iść na łatwiznę zakładając że mnożenie się
załatwi sprawę. A już nic nie wkurza mnie tak jak biadolenie religijnych
popapranców - antykoncepcja to zło, miejcie dużo dzieci itd. Tylko że to było
może dobre 2-3 tys. lat temu kiedy było nas na ziemi kilkanaście milionów, a
średnia długość życia wynosiła pewnie ze 30 lat.
Co o tym myślicie ?