O sobie cz.1 "O śmierci"

12.10.07, 09:37
Chyba najgłupszy temat jaki można podjąć, ale z drugiej strony
najczęściej mnie nachodzący, a nie wiem dlaczego. Może sens jest
gdzieś ukryty w tym, że już dwa razy uwolniłem się z objęć Czarnej
Damy? Pierwszy był zaraz przed pójściem do 7 klasy podstawówki, gdy
w szkołach istniało jeszcze 8 klas. Dokładnie dzień przed pójściem
do szkoły grałem z kolegą na boisku podwórkowym w tzw grę „ w
banana”, która polegała na tym, że ten co posiadał piłkę mógł
strzelać na bramkę maksymalnie z połowy boiska, a bramkarz nie mógł
bronić rękami. W którymś etapie tej gry, uwiesiłem się rękami na
poprzeczce, co ułatwiało obronę, można było w ten sposób łatwiej
manewrować nogami. Jednak ku mojemu nieszczęściu, bramka była
nieprzymocowana do ziemi, a była to bramka taka sama, jaką spotkacie
na halach sportowych czyli metalowa i dość ciężka, jako, że samego
wypadku nie pamiętam, to wszystko co zdarzyło się później znam tylko
z opowieści kolegi, z którym grałem. A mianowicie, po uwieszeniu się
na bramce, ta przechyliła się do przodu, ja wybiegłem, a ta opadając
uderzyła mnie w łydki, przewróciłem się i uderzyłem głową, a
dokładnie łukiem brwiowym w kant płyty chodnikowej, która była
zakopana w ziemi. No cóż, trochę krwi się wylało ze mnie czy to
łukiem, uszami, nosem, czy ustami. Moje szczęście w nieszczęściu
polegało na tym, że miałem szczęście tego dnia, grać wspólnie z
harcerzem. I to właśnie uratowało mi życie, gdyż owy kolega ułożył
moje ciało w pozycji bezpiecznej, co nie doprowadziło do
zachłyśnięcia się krwią. Oczywiście, dalej co się działo nie ma co
przytaczać, ale jedno wiem, że obudziłem się na chwilę w szpitalu,
jak mnie wprowadzali na salę i pamiętam myśl „ Gdzie ja jestem?? A
nie ważne chce mi się spać”. Następnego dnia obudziłem się na sali
szpitalnej pokiereszowany, jak po wypadku samochodowym i po prostu
wstałem, bo chciałem iść do ubikacji. Ludzie dość z zaciekawieniem
na mnie patrzyli, a ja nie wiedziałem dlaczego. Dopiero jak
spojrzałem w lustro okazało się, że wyglądam jak Rocky Balboa po
spotkaniu z Apollo Cridem – oko napuchnięte, wszędzie skrzepy krwi i
jedno stwierdzenie „ o ku***”, chyba było na tyle doniosłe, że aż
ludzie na sali się uśmiechnęli. Dla mnie to było dość cicho, bo
miałem zatkane uszy. Gdy już wyszedłem z ubikacji spotkałem
pielęgniarkę która powiedziała mi, że po takiej utracie krwi nie mam
co wstawać, więc odprowadziła mnie do łóżka szpitalnego. Mniejsza
już o dalszą historię, co się działo w szpitalu, kto odwiedzał,
jakie były reakcje itp. Końcowym efektem był paraliż polowy twarzy,
krwiak na głowie i takie tam.
Często się słyszało, że ludzie po takich wypadkach,
dziękowali Najwyższemu za uratowanie życia, a ja raczej dziękowałem
koledze, za uratowanie życia, przez następne lata. Tak to jakoś
wyglądało. Można by powiedzieć, że życie jakby dalej płynęło
normalnie. Ale jednak tak na prawdę coś się zmieniło. W tak młodym
wieku stwierdziłem, że życie jest zbyt krótkie, dlatego zacząłem się
śpieszyć i to chyba we wszystkim. Nie chodziłem na zakupy do sklepu
tylko biegłem, stąd w krótkim czasie uzyskałem miano Forresta Gumpa –
zapewniam, nie ze względu na inteligencję. Ludzie oczywiście się
pytali co ja tak biegam i żebym wreszcie zwolnił, a ja wciąż to samo
odpowiadałem, że po prostu lubię biegać. Nie wiem, czy to
moje „przyśpieszenie” w czymś się jeszcze odznaczyło, no może w
jednym, już wtedy zdecydowałem, że muszę za życia poznać jak
najwięcej ludzi i poznać jak najwięcej państw itp. Gdzieś strach
przed umykającym czasem cały czas we mnie był i czasami dawał znać w
różny sposób np. przez śmierć bliskich. Za to cały czas pozostawała
chęć poznania jak najwięcej, stąd właśnie uniwersalizm na muzykę, a
nawet na poglądy świata, religii itp., stąd właśnie późne oglądanie
telewizora, by oglądnąć jak najwięcej filmów, programów, w jakiś
sposób próbowałem jak najdłużej wydłużyć dzień, bo uważałem, że sen
skraca życie. Mimo tego pozostawałem cały czas optymistą, który
radośnie patrzył na otaczającą rzeczywistość. Ta radość była we mnie
chyba od urodzenia, a to z tego powodu, że cały czas uważałem, że we
mnie radość życia jest podwójna, a to dlatego, że jestem trzecim z
kolei dzieckiem, gdyż pierwsze umarło po przeżyciu paru godzin,
potem po pewnym czasie urodził się mój brat, a po kilku następnych
latach ja. I tak to chyba gdzieś było zaprogramowane we mnie, że
musiałem dać rodzicom radość za dwojga, a czasami dawałem troski i
strachu za dwóch.
Mijały lata, radość życia bardziej triumfowała we mnie niż
myśl o śmierci, stąd tylko nadmieniałem o niej tylko w wierszach i
to chyba tylko wtedy, gdy albo byłem sam, albo po rozstaniu się z
dziewczyną. I tak było aż do dorosłego życia, gdy pęd ku pośpiechu
zaczął górować nad zdrowym rozsądkiem. Czysty wygłup sprawił, że po
raz kolejny byłem w ramionach Czarnej Damy, ale tym razem tylko
chyba wielka wola życia sprawiła, że uratowałem się. Infantylna
głupota: na korytarzu w szkole paru chłopaków, a w tym ja popisywało
się przed dziewczynami i byłoby ok, tylko że chciałem zaprezentować
się jak zawsze najlepiej i dlatego chciałem zademonstrować tzw.
świecę, która tak często wychodziła mi na trzepaku koło bloku.
Polegało to na tym, iż przewiesiłem się wpół przez barierkę,
chwyciłem się (hmmhmh) dolnych krawędzi i odchyliłem korpus ciała od
niej, dla jaśniejszego zrozumienia wyobraźcie sobie 2 piętro i
schody, widok w dół jest dość „fajny” ( głupie określenie). No ale
wracając, po wykonaniu świecy miałem z powrotem wrócić na „stały
ląd”, ale lewa ręka okazała się słabsza tego dnia, nie utrzymałem
się i zawisłem na jednej ręce, co spowodowało, że podrzuciłem się
pod sufit dolnego piętra, puściłem się, a następnie spadłem na
barierkę piętro niżej, gdzie głową byłem w stronę luku pomiędzy
schodami, a na szczęście większa część ciała wylądowała po stronie
korytarza. Efekt dwa złamane żebra, dwa pęknięte i przypuszczenie
odmy. Dziś po części śmieje się z tamtego zdarzenia, a raczej z
głupoty swojej. To przesądziło o tym, że już na myśl mi nie
przychodzą żadne inne wyczyny typu skoki na linie. I wszystko
zakończyłoby się dobrze,tylko, że w czasie gdy spadałem na barierkę
nie widziałem nic, ani korytarza, ani schodów, po prostu nic. No
dobra, widziałem tylko ciemność i nic więcej, stad teraz mówię, że
były to objęcia Czarnej Damy, po za tym, po przetransportowaniu mnie
do szpitala i gdy już znalazłem się na łóżku doznałem czegoś, co nie
chciałbym już doświadczyć w przyszłości. Dotyczy to bezradności,
która wynikała z powodu złamanych żeber. Nie mogłem się podnieść,
nie mogłem skręcić tułowiem, a każdy ruch powodował straszny ból,
taki ból, że płakałem tak bardzo, jakby ktoś odkręcił kran z moich
oczu. To było przerażające, przez chwilę poczułem się po prostu jak
niepełnosprawny, dlatego nie zważałem na ból i musiałem się podnieść
i musiałem skręcić tułowiem, by sięgnąć to talerza z zupą, który
leżał na stoliku po za moim zasięgiem, gdy leżałem. Tego samego
dnia, gdy lekarze dowiedzieli się, że trochę mniej lat niż na to
wyglądam, przewieźli mnie z pokoju, gdzie leżały same osoby
pamiętające 1945 rok, do dwuosobowej sali, gdzie leżał chłopak,
który był zbliżony wiekiem do mnie. Wtedy też, na sam wieczór
pojawiły się myśli dotyczące Czarnej Damy. Bałem się, że gdy zasnę
już się nie obudzę, że nie poznam dnia następnego i kolejnego mimo
tego, że leżałem w szpitalu. Bałem się do tego stopnia, że po prostu
zamęczyłem rozmową chłopaka leżącego ze mną na sali, który był parę
dni po tragicznym wypadku samochodowym. On zasnął, ja nie mogłem,
wciąż się bałem. I wtedy zrobiłem coś, co jest ze mną do tej pory,
gdy mam zasnąć sam albo jest już godzina, by wreszcie zasnąć,
zacisnąłem kciuki oczywiście
Pełna wersja