a swiatlosc w ciemnosci swieci i ciemnosc jej nie

14.03.08, 09:08
a swiatlosc w ciemnosci swieci i ciemnosc jej nie ogarnela J1,5

Janusz Prud, Serowe, Botswana

Bede znowu opowiadal Wam o tej chorobie, ktora nazywaja HIV/AIDS.
Mam nadzieje, ze jeszcze sie nie znudziliscie owymi opowiadaniami z
wioski zwanej Serowe w kraju Botswana. My raczej nie mozemy
sie "nudzic" owym obrazem naszej codziennej rzeczywistosci - jest to
obraz smierci mlodego czlowieka; jeden po drugim opuszcza "progi"
naszej wioski - ale jestesmy w niej zanurzenii "po uszy"; jest to
nasz chleb powszedni. Wyglada to jak codzienny wdychany tlen, slonce
swiecace na blekitnym niebie. AIDS stal sie czastka horyzontu,
widoku naszego krajobrazu. AIDS stal sie powszednim juz wydarzeniem
kazdego dnia.


Otoz pewnego dnia - nie jak to opowiadali nam nasi rodzice do
poduszki "dawno dawno temu ..." - koniec listopada 2003, pojechalem
do moich znajomych. Nudzilem sie na Misji, wiec coz bylo robic, isc
do ludzi, odwiedzic znajomych, przyjaciol, usiasc z nimi, wypic
piwko i pogadac o wszystkim i o niczym. Piwko zawsze pomagalo
latwiej porozumiewac sie w tubelczym jezyku. Wspomiani znajomi to
botswanska Rodzina. Tak na marginesie podziele sie, ze wlasnie w ten
to sposob moglem opanowac w miare lokalny jezyk.


Usiedlismy pod drzewem, bylo popoludnie, a wiec slonko dawalo sie
jeszcze we znaki. Typowa botswanskia zagroda, kilka malych domkow,
okragle, pokryte trawa i zbudowane chyba z gliny. Nie jestem
ekspertem, inni moga mnie poprawic.
Siedze sobie z mezczyznami pod drzewkiem, popijamy piwko i
rozprawiamy, jak juz wspominaelm, "o wszystkim i o niczym". Kobiety
przygotowywaly cos do jedzenia.
Minely moze dwie godziny, kiedy zdecydowalem sie wrocic na Misje. W
trakcie naszej rozmowy zauwazylismy dziwna "wedrowke" ludu na
sasiednim poworku. Ludzie tloczyli sie u sasiadow, przychodzili i
odchodzili.


- To musi byc pogrzeb - skomentowal jeden z moich przyjaciol.
- Nie - zaprotestowal ktos inny z naszego grona - moze ktos jest
chory.
Uslyszlem jeszcze kilka innych powodow owego ozywionego ruch na
sasiednim podworku.
- Pojde ich odwiedziec - przerwalem milczenie - sprawdze co sie
dzieje.
Kilka lat temu nie wyobrazalem sobie siebie wkraczajacego na
posiadosci obcych, byle bardzo niesmialy. Nie wyobrazalem sobie tak
wejsc po prostu na czyjas posadlosc, aby pozdrowic domownikow. Jakos
nie bylo to w mojej naturze. Obecnie, bez wiekszego zazenowania
wkroczylem na podworze sasiadow moich znajomych. Chyba nie bylem juz
tak egoistyczny, myslacy, ze teraz wszyscy sa zainteresowi moja
osoba.




Obraz podworka i rozmieszczenia ludzi bardzo mi bliski. Kilka
tradycyjnych domkow, pod jednym drzewem zgromadzeni mezczyzni.
Gdzies w drugim koncu kobiety o czyms debatowaly, inne byly zajete
przygotowaniem posilku. Dzieciaki jak zawsze biegaly tu i tam, czyli
byly wszedzie. Nie przekroczaly jednak "terytorium" starszych.
Czyli czulem sie u "siebie", znany schemat codziennego zycia moich
ludzi. Na chwile przystanalem w bramie. Uczynilem to swiadomie,
dalem chiwle czas gospodarzom oraz zgromadzonym na podworzu ludziom,
aby zorietowali sie, ze nowa osoba pojawila sie na ich terytorium.
Tym bardziej, ze byla to biala osoba. Malo bialych ludzi wiedzi sie
na posiadlosciach lokalniej ludnosci.
Powoli ruszylem do przodu, oczywiscie moje kroki skierowalem w
kierunku gromadki mezczyzn sedzacych pod drzewem. Zgodnie z regulami
i zwyczajami tutejszej ludnosci muisalem przywietac sie z glowa
domu, czyli z mezczyzna.... link dalej artykuł

www.svdbotswana.com/naszaafryka/naszaafryka119.htm
zobacz proszę jak pomagają im polscy wolontariusze i misje polskie
www.pomocglodnym.pl

Pełna wersja