bulinkazuniwersytetu
29.04.08, 14:19
Witam, postaram się w skrócie opowiedzieć historię z przejazdu
taksówką.
Otóż pojechałam na szkolenie na drugi koniec Polski. Będąc u celu
postanowiłam skorzystać z taksówki. Ponieważ nie sprawdzam
gorączkowo uczciwości szofera, to wsiadłam do pierwszej lepszej
taryfy pod dworcem. Pan zawiózł do mieściny, wydrukował paragon,
wzięłam od niego numer telefonu, żeby następnego dnia zawiózł na
dworzec. Zawiózł, a jakże. Opowiadał piękne historie po drodze, na
moje pytanie, czemu jedzie na 3 strefie odpowiedział "Pani nie
straci i ja też". Nie byłam zorientowana w temacie, ale
podejrzewałam, że mnie oszukuje. Roztropnie zachowałam oba paragony,
na których były jego dane oraz dane dotyczące przejazdu. Po powrocie
do domu okazało się, że zrobił mnie w jajo i oszukał na dość sporą
(jak dla mnie) kwotę.
Zrozumiałam, że mam do czynienia ze złodziejem żerującym na naiwnych
podróżnych. Postanowiłam ukrócić jego proceder i naskarżyłam do
urzędu miasta, w którym dostał licencję. Przedtem jednak zadzwoniłam
do niego, by zapytać, dlaczego mnie oszukał - twierdził, że obrażam
go takimi pomówieniami. Poinformowałam go więc, jakie kroki
poczynię. Nie zrobiło to na nim wrażenia.
Czekam teraz na odpowiedź urzędu - sprawa jest prosta do
wyjaśnienia, bo mam dwa dowody na jego proceder. Odbiorą mu licencję
jak nic.
I tu pytanie - po co ten pan do mnie dzwoni? Nie mam zamiaru
odbierać, bo obawiam się obelg pod swoim adresem. Pieniędzy mi nie
zwróci.
Kieruję się chęcią ukrócenia złodziejskiego procederu takich ludzi.
Czy postąpiłam słusznie?