marek_brzeg
13.06.08, 15:04
Sytuacja jest następująca:
Okolice północy. Siedzimy sobie ze znajomymi w knajpie. Piwko, ale w umiarze, kulturalne w miarę rozmowy. Trochę o polityce, ale nic szczególnie kontrowersyjnego. Ktoś rzucił (nie pamiętam już nawet w jakim kontekście) datę 6 czerwca. Z sąsiedniego stolika, przy którym siedzi 5 kafarów, pada pytanie: "a czy wy w ogóle wiecie, co było 6 czerwca?". My na to, że nie (potem sprawdziliśmy, nic szczególnego). "To co z was za Polacy?". Olaliśmy kolesi, siedzimy dalej. Cały czas słyszymy za sobą teksty w stylu "frajerzy, przyjechali z Izraela", "takim to nic, tylko dopier...", "wypier... z Polski!". Tak się składa, że wszyscy przy naszym stoliku to rodowici Polacy bez żadnych żydowskich korzeni, ale co tam...
W końcu doszliśmy do wniosku, że siedzieć tam nie ma co i wyszliśmy. Na szczęście na słownych zaczepkach się skończyło. Część z nas byłaby może nawet i skłonna się bić, ale raz, że siedziały z nami dziewczyny, dwa, że byłem tam też ja, a walczyć z wózka jest raczej trudno...
Potem dzwoniliśmy na policję, ale okazało się, że musielibyśmy przejść przez całą procedurę rozpoznawania ich itp., co niespecjalnie nam się uśmiechało. Zresztą, co by im mogli zrobić.
Zastanawiam się teraz, czy dało się z tej sytuacji wyjść jakoś inaczej niż przez, co tu dużo mówić, ucieczkę. Albo przynajmniej po tej całej sytuacji może trzeba było jednak zgodzić się na te przesłuchania itp.?
Jak sądzicie?