wolny-1
19.08.08, 20:14
Połatane dzieciństwo
Brudni, obszarpani, agresywni, ze złowrogim błyskiem w oczach, z ironią
plujący pod nogi... Któż ich nie zna? Kto się z nimi nie zetknął? „Chłopcy
ulicy”, a dziś już raczej „dzieci ulicy”, bo i dziewczynek w tym gronie nie
brakuje. Znamy ich w Polsce z dworców, z melin, spod mostów... Nie chcemy mieć
z nimi nic wspólnego, bo są niebezpieczni. Tych niczyich dzieci nie brakuje.
Można je spotkać w Warszawie i na prowincji, w moskiewskim metrze i blisko
Termini w Rzymie, na ulicach Limy w Peru i w samym centrum Nairobi – stolicy
Kenii. Ich domem, szkołą, placem zabaw – jest ulica...
Ojciec Święty Jan Paweł II w tegorocznym Orędziu na Wielki Post przywołuje
wszystkich wierzących do zatrzymania się nad dramatyczną sytuacją dzieci. Już
tradycyjnie w II niedzielę Wielkiego Postu zbierane były ofiary na potrzeby
misyjne, w tym roku – na rzecz dzieci ulicy w Afryce. „Ludzkość nie może
zamykać oczu na tak zatrważający dramat” – pisze Papież. I jest wielu takich,
którzy swych oczu nie zamykają.
Łzy muszą szybko obeschnąć
Ks. Henryk Juszczyk, salezjanin, pracuje od kilku lat w Kenii, prawie
32-milionowym kraju afrykańskim, gdzie znaczną grupę społeczeństwa stanowią
dzieci i młodzież. Często pozbawieni są wszystkiego: rodziny, możliwości
nauki, dachu nad głową, warunków do godnego życia. Większość z nich zadomowiła
się na ulicy, która ich w pełni przygarnęła, jako jedyna ich nie odrzuciła.
Gdy dzieci trafiły na ulicę, czuły się zagubione. Szybko jednak musiały
obeschnąć łzy spływające po policzkach 4-letniego Nelsona, pokrytego strupami
brudu, 6-letniego wychudzonego Collinsa czy 7-letniej kędzierzawej Charity.
„Ulica-matka” ma bowiem swe twarde prawa, które trzeba respektować. Dzieci
trafiające na ulicę mogą się utrzymać tylko dzięki ścisłej współpracy z
grupami zorganizowanej przestępczości. Muszą zapracować na siebie i swych,
czasem niewiele starszych, „szefów”. Szybko specjalizują się w kradzieży i w
prostytucji. Są szczęśliwe, gdy im się trafi dorywcza praca „na czarno”, za
którą czasem ktoś rzuci im niedojedzoną do końca kromkę chleba.
W rynsztoku można tylko dziękować
Ks. Henryk Juszczyk mówi o tym z bólem. Dobrze zna prawa ulic Nairobi. Pracuje
w dwóch slumsach tego miasta. Buduje w nich mały kościółek Miłosierdzia
Bożego, przedszkole i szkółkę, choć te szopy, pokryte szmatami czy
zardzewiałymi kawałkami blachy, odstraszają każdego. Tam jednak mieszkają
ludzie, a nie jest to tylko śmietnik – jak mówią o slumsach bogacze z
willowych dzielnic stolicy. Misjonarz zna też Kibera Slums, największy slums
Afryki, „dom” 600 tys. nędzarzy. Nikt rozsądny nie zapuszcza się tam. Ksiądz
Henryk wie, jak żyją tam ludzie, zwłaszcza dzieci. Ileż razy spotykał na
ulicach Nairobi groźne bandy dzieci ulicy. Każda z nich ma swój rejon
działania i swoją stałą pracę. Najmłodsze dzieci, poniżej 8 lat, muszą żebrać.
Potrafią przez wiele godzin, a czasem i dni, stać na ulicy i prosić
przechodniów o pieniądze.
Dzieci w wieku 8-12 lat spędzają czas w pobliżu małych restauracji
usytuowanych wzdłuż ulic i w pobliżu miejsc publicznych. Wykonują tam wiele
drobnych prac, za które otrzymują skromne jedzenie lub mają możliwość
zjedzenia tego, co zostało na talerzach po klientach. Zarobione grosze
przekazują nocnym stróżom wielkich sklepów lub zakładów pracy, by w ten sposób
zapewnić sobie nocleg i życzliwość.
Dzieci w wieku 12-14 lat najczęściej zarabiają na życie, czyszcząc buty
przypadkowym przechodniom. Niektórzy z klientów rzucą dziecku drobną monetę,
ale są i tacy, którzy wyczyszczonym butem zepchną je do rynsztoku. Małe
pucybuty i jednym, i drugim mówią „dziękuję”, inaczej straciłyby pracę.
Dzieci w wieku 15-17 lat okupują zazwyczaj pobocza ulic, zajmując się
pilnowaniem samochodów w miejscach niestrzeżonych oraz ich myciem.
Młodzi powyżej 17 lat są najczęściej „rozładowaczami”. Załadowują i
rozładowują samochody ciężarowe, dostarczające towar do dużych miast. Często
już na trwałe przygarbieni, z grymasem bólu na twarzy, ale codziennie od świtu
zjawiają się „w pracy”.
Dar z Nieba – Bosco Boys
Gdy tylko salezjanie pojawili się w Kenii, zaraz zaczęli pracować wśród dzieci
ulicy. Przebijali się przez brutalne prawa tego niebezpiecznego środowiska i
stopniowo zyskiwali sobie wiarygodność i sympatię. Poszli do slumsów, zaczęli
walczyć o każde dziecko. W 1988 r. powstało jedno z największych dzieł na
rzecz dzieci ulicy o nazwie Bosco Boys. Ośrodek ten otacza opieką ponad 500
chłopców, z których 250 przebywa tam na stałe. Chłopcy z Bosco Boys na
początku oduczają się wąchać klej, próbują żyć bez narkotyków, potem uczą się
pisać, czytać, zdobywają podstawową wiedzę, bawią się w oratorium, stopniowo
przygotowują się do przyjęcia sakramentów świętych, uczą się uczciwe żyć i
pracować. Wreszcie mieszkają w domu, który nie ma nic wspólnego z ulicą.
Czysto ubrani, uporządkowani, uśmiechnięci, odzyskali swoją godność. Czasem
tylko, gdy coś im przez dłuższy czas nie wychodzi, wymknie się z ust jednego
czy drugiego jakieś wulgarne słowo, za które natychmiast przepraszają. To
jedna z pozostałości po tym, co było. No i smutek, który – patrząc uważnie –
można mimo wszystko dostrzec niekiedy w głębokich i na zewnątrz uśmiechniętych
oczach wychowanka. Ran połatanego dzieciństwa nie da się bowiem do końca uleczyć.
Radość i smutek
Ci, którzy pomyślnie zakończą swoje doświadczenie w Bosco Boys i wytrwają do
końca, przechodzą do innego ośrodka prowadzonego przez salezjanów – do Don
Bosco Town, gdzie mają możliwość kontynuowania nauki w szkole zawodowej i
zdobycia konkretnego zawodu, jak: stolarz, ślusarz, mechanik... W ten sposób
mogą uczciwie zapracować na chleb, mają szansę założyć normalną rodzinę, być
uczciwymi obywatelami i dobrymi chrześcijanami.
Dzieło Bosco Boys na rzecz dzieci ulicy z Kenii i ze slumsów na przedmieściach
Nairobi może się rozwijać jedynie dzięki wielkiej otwartości i życzliwości
ludzi z kraju i z zagranicy. Część tych kenijskich dzieci objęta jest misyjnym
dziełem adopcji na odległość. Potrzeb i wydatków w ośrodku jest niezliczona ilość.
Mój tegoroczny Wielki Post
Trwa okres Wielkiego Postu. Przeczytajmy raz jeszcze i przemedytujmy Papieskie
Orędzie Wielkopostne na 2004 r., którego tematem są słowa samego Chrystusa z
Ewangelii według św. Mateusza: „A kto by jedno takie dziecko przyjął w imię
moje, Mnie przyjmuje” (Mt 18,5). Ojciec Święty w orędziu stawia jeszcze jedno
dramatyczne pytanie w odniesieniu do sytuacji wielu dzieci świata: Cóż złego
uczyniły te dzieci, że zasłużyły na takie cierpienia?...
Wszyscy możemy im pomóc, każdy w odpowiedni dla siebie sposób.
Tak jak w latach ubiegłych, II niedziela Wielkiego Postu była dniem wspierania
misjonarzy i misjonarek w ich działalności na rzecz ubogich dzieci, w tym roku
właśnie na rzecz dzieci ulicy. W tym celu w Kościele podjęto wiele różnych
inicjatyw, np. Salezjański Ośrodek Misyjny w Warszawie zainicjował
„Wielkopostny Projekt Mansa 2004” na rzecz anonimowej adopcji na odległość 250
osieroconych dzieci z parafii Mansa w północnej Zambii. W Bombo-Namaliga w
Ugandzie, gdzie pracuje polski salezjanin – ks. Jan Marciniak i wolontariuszka
Karolina Karaszewska z Międzynarodowego Wolontariatu Don Bosco, działającego
przy Salezjańskim Ośrodku Misyjnym w Warszawie, już ok. 300 najuboższych
dzieci zostało objętych adopcją na odległość przez polskich rodziców
adopcyjnych....
www.niedziela.pl/artykul_w_niedzieli.php?doc=nd200412&nr=29
jak można pomóc w ratowaniu życia młodych
www.pomocglodnym.pl