kadrowa
14.09.08, 00:47
Ostatnio przydarzyło mi się podczas lotu że wystąpiła "awaria
systemu naprowadzania" - cokolwiek miało to znaczyć (spikali po
angielsku;). Jednakowoż na początku lotu wszyscy zachowywali się
głośno - śmiali się, głośno rozmawiali, "popisywali się" swoimi
wojażami, natomiast w momencie ogłoszenia "problemów" nikt się nie
śmiał tylko się modlił (ręce splecione) lub milczał i kurczowo
trzymał poręczy fotela. Ja niestety jestem obserwatorem i od
obserwacji różnych zdarzeń jestem na tyle uzależniona że nie
interesuje mnie to co może się stać ze mną ale z kimś z kim np.
poróżuję. Tak naprawdę bardziej mnie interesował mnie los tych co ze
mną lecieli niż mój - dlatego że wiem że moja rodzina jest silna,
przygotowana na to że nie każda podróż musi kończyć się happy
endem. Sens sprawy zamykam stwierdzeniem że tak naprawdę w obliczu
zagrożenia wiele z nas staje się wierzącymi, bo w obliczu śmierci
jest to jedyna droga ucieczki. Pozdrawiam wszystkich i tych „za” i
tych „za nie”.