madanga
03.10.08, 13:47
Pytam na forum, bo może ktoś mądrzejszy, bardziej doświadczony ode mnie będzie
w stanie mi pomóc. A właściwie nie tylko mi, ale też mojemu narzeczonemu. Już
dawno dostrzegłam u siebie ten oczywisty problem i bardzo mnie martwi to że
nie jestem w stanie nad nim zapanować. Sytuacja wygląda następująco - mam 23
lata, narzeczony 22 (jeszcze, bo jesteśmy z tego samego rocznika). Ja jak na
razie studiuję na dwóch kierunkach i dorabiam sobie pracami zleconymi tylko
tymczasowo i rzadko, ale są to powiedzmy dość duże kwoty jak na jeden raz. Mój
narzeczony natomiast z racji że studiuje zaocznie pracuje na stałe i zarabia
dość dużo jak na obecne czasy, czasem nawet kilkanaście tysięcy. Mamy własne
mieszkanie od dwóch lat, nie pomagają nam rodzice (raczej my im). No i
właśnie, z racji tego że pieniędzy jest dużo, a oboje pochodzimy z rodzin w
których się nie przelewało, a do tego obie nasze rodziny należą do tych
"oszczędnych" i bardzo ostrożnych w wydatkach, u nas ten przeskok do "stać
mnie" był jakby odreagowaniem całego życia odmawiania sobie. Nagła zmiana
okazała się (o tyle o ile) średnio szczęśliwa tak na prawdę. Pewnie zaraz ktoś
powie że na nadmiar pieniędzy nie można narzekać - oczywiście, nie narzekam,
chodzi jednak o to, że nam tych pieniędzy realnie nie wystarcza. Nie wiem
jakim cudem moi rodzice byli w stanie utrzymać czteroosobową rodzinę za
kilkukrotnie mniejsze dochody i do tego jeszcze oszczędzać i od czasu do czasu
zrobić coś ekstra np wycieczkę za granicę. Podejrzewam że zadziałał u nas
typowy model dorobkiewicza. Do sedna - pieniądze znikają jak woda. Drogie
jedzenie, drogie ubrania, drogie wakacje kilka razy w roku. Początkowo
oczywiście byliśmy zachłyśnięci tym faktem, ale teraz... sytuacja o tyle się
zmieni, że będziemy mieć dziecko, a przynajmniej taki jest plan. Niestety od
zarania dziejów borykam się z najróżniejszymi zawirowaniami hormonalnymi i
jeśli chcę w ogóle mieć dziecko - powinnam mieć je teraz. Stąd i decyzja,
wspólna oczywiście. Wielokrotnie rozmawialiśmy na temat pieniędzy i tego w jak
zawrotnym tempie je wydajemy, kończąc prawie zawsze na minusie. Próbowaliśmy z
tym walczyć, zakładaliśmy konta oszczędnościowe, próbowaliśmy prowadzić budżet
planowany - oczywiście z mizernym skutkiem. De facto każdy wydatek jest przez
nas okupiony wyrzutami sumienia, a jednak - robimy to, nieodpowiedzialnie i w
przypływie impulsu. Doszło nawet do tego że w pewnym sensie czuję do siebie
odrazę - jak to ja, z tak rozsądnej rodziny, nagle stałam się maszynką do
wydawania? na prawdę nie chciałabym żeby ktoś zrozumiał moje słowa jako próbę
przechwałki, to jest realny problem, który wielu ludzi doprowadził na skraj
ruiny finansowej i zniszczył im życie. Być może to kwestia młodego wieku, i
jeszcze nie do końca poukładanej odpowiedzialności, ale w zaistniałej sytuacji
(dziecko) nie chciałabym żeby wyrastało mając rodziców uzależnionych od
dobrobytu i samo nie znało wartości pieniądza. Bo w naszym przypadku te
wydatki wcale już nie cieszą, są jak kamień młyński - ciężko zrezygnować z
czegoś do czego się już przyzwyczaiło. Brak silnej woli gra tu pewnie pierwsze
skrzypce - i stąd moje pytanie. Czy ktoś mógłby podpowiedzieć jakiś realny
sposób na powstrzymanie się przed tym patrząc z boku zupełnie niepotrzebnym
konsumpcjonizmem? a może to już sprawa dla psychologa? ewidentnie żyjemy ponad
stan. wiem że jest to problem ostatnio dość powszechny z racji polepszającej
się sytuacji w kraju (chociaż w obliczu nadchodzącego kryzysu :) ), kilkoro
naszych znajomych którym również nagle zaczęło powodzić się lepiej także
wpadło w tę pułapkę. Tylko bardzo bym prosiła bez obraźliwych komentarzy -
oczywiście, nie jest to tak poważny problem jak sytuacja odwrotna, czyli brak
pieniędzy, ale jednak. Zresztą nie same pieniądze są problemem - ale kwestia
braku umiejętności obchodzenia się z nimi w rozsądny sposób (mimo wyniesionych
z domu zasad). Kiedy pieniędzy było mniej świetnie nimi dysponowaliśmy, nawet
nam zostawało. No i co robić? oczywiście, przestać, tylko jak? przepraszam że
się tak rozpisałam, chciałam jak najlepiej oddać sytuację.