nick3
16.01.09, 15:02
Krytyka religii (np. dominującej, tj. katolicyzmu) wciąż nie uchodzi
w opinii Polaków za coś normalnego, lecz przypięta jest jej
etykieta "napaści", "jątrzenia" i "prowokacji".
Oczywiście etykietkę tę zdają się potwierdzać niezbyt kulturalni
dyskutanci. Tylko że brak kultury nie jest głównie domeną krytyków
religii, więc niesłuszne jest obwinianie o niego "antychrześcijan",
gdy winny jest ogólny poziom refleksji i dyskusji obu stron.
Tzw. "antykatolicyzm" (czy szerzej: krytyka chrześcijaństwa)
bynajmniej nie jest (nie musi być), wbrem temu, do czego przekonuje
nas nasza "religijna poprawność", niczym analogicznym do rasizmu,
antysemityzmu czy "podżegania do waśni religijnych".
Nie chodzi tu o wywoływanie wrogości do pewnej grupy ludzkiej.
Chodzi o zwykłą polemikę z poglądami, które bynajmniej nie są
żadnymi "poglądami prywatnymi", lecz dotyczą urządzenia naszego
wspólnego życia społecznego.
Elementarna swoboda wypowiedzi domaga się, by taka polemika była
dopuszczana i to nie tylko prawnie, ale także obyczajowo.
Tj. by nie była spychana mentalnie do domeny chuligaństwa
intelektualnego.
Niech nikt nie sądzi, że krytyka chrześcijaństwa bierze się z
zamiłowania do wtrącania się w cudze życie osobiste i że jest
skoncentrowana na pozbawianiu ludzi ich "prywatnych przekonań".
Jest ona raczej uprawnioną odpowiedzią na wszechobecne (w kraju,
gdzie jest dużo ludzi aktywnie religijnych) propagowanie religijnego
punktu widzenia.
Który to religijny punkt widzenia ma na dodatek roszczenie do
właściwego rozumienia obowiązków innych ludzi, także tych
niewierzących.
Wobec czegoś takiego jest prawo do publicznej dyskusji (także do
polemiki).
I do tego, by ta polemika nie była metkowana jako akt agresji i
nietakt, lecz traktowana jako poważny i równoprawny głos.
Inaczej na własne życzenie pozwolimy się zakneblować opcji
dominującej.
Wszelki autentyczny sprzeciw (kulturalny czy nie) stanie
się "myślozbrodnią", której nie wypada wpuszczać do dobrego
towarzystwa.
Nie pozwólmy na to.