wolny-1
05.02.09, 19:18
Film wyświetlany od razu online z wydarzeń sprzed kilku lat i tego
co teraz ci ludzie robią tam.
Film jest poruszający miejscami wstrząsający o losie kobiet.
kliknij w link aby włączyć film
video.google.com/videoplay?docid=484617029025503203
jak pomóc Im włączyć się w te działania edukacyjne tam
linki do edukujących tam
www.maitri.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=85&Itemid=59
www.pomocglodnym.pl
przykład działań
Tomasz Gołąb
NOSZĘ CIĘ W SERCU, BIAŁY RODZICU
— Te sieroty cierpią z wielu powodów, zwłaszcza psychicznie i
duchowo, bo są na tym świecie „jako palec goły”. Nie mają nikogo,
kto by je zauważył, skarcił, pochwalił, przytulił. „Adopcja Serca”
ociera niejedną łzę, wypełnia nadzieją pustkę sierocego serduszka —
mówi ks. Zbigniew Pawłowski SAC, od ponad 20 lat misjonarz w
północnej Rwandzie. W diecezji Ruhengeri koordynuje akcję
symbolicznej adopcji — „Adopcji Serca”.
„Miałam taki sen: widziałam list od Ciebie i tańczyłam z radości.
Bałam się, że nie jest do mnie” — pisze do swoich nowych „rodziców”
Clarisse Mugeri. Prawdopodobnie nigdy ich nie zobaczy, ale dla niej
najważniejsze jest to, że gdzieś w Europie jest ktoś, kto o niej
myśli i modli się za nią.
Masakra
Dzieci do adopcji wynajdują siostry i księża, przebywający na
misjach. Złe słowo: „wynajdują”. Dzieci potrzebujących
natychmiastowej pomocy jest tyle, że starczyłoby pewnie dla każdej
polskiej rodziny, która chciałaby przejąć się ich losem, pokryć
koszty utrzymania i kształcenia.
Kwestionariusz standardowo wypełniany dla dzieci, które znajdą
rodziców poprzez „Adopcję Serca”, w rubryce „rodzice” zawiera
najczęściej tylko jedno słowo: masakra. Ale bywa, jak w przypadku
Józefa Masengesho, że rodzic, który przeżył wojnę, nie jest w stanie
zapewnić im opieki. Józefowi została tylko matka, która wyczerpana
walką z AIDS nie ma nawet siły, żeby przygotować jedzenie.
„To dziecko bardzo przygnębione i zniechęcone do życia z powodu
biedy. Nie lubi się bawić, choć uczy się dobrze. Życie chłopczyka
jest ciężkie i smutne, często nie ma w ogóle co jeść” — czytam w
kwestionariuszu Józefa. Podobnie jak setki innych młodziutkich
rwandyjskich katolików nie ma nadziei na lepsze. Bez działki ziemi,
krowy, pieniędzy na książki, bez wykształcenia, skazane są na łaskę
i niełaskę sąsiadów i obcych, którzy przynoszą im tyle jedzenia,
żeby mogły przeżyć do jutra.
Dolary ratują życie
15 dolarów co miesiąc wystarcza na bardzo skromne utrzymanie i
naukę. Tylko tyle potrzeba, by zostać rodzicem adopcyjnym
rwandyjskiego dziecka.
Celem akcji jest przede wszystkim jak najszybsze usamodzielnienie
dziecka, czyli nauczenie zawodu. W akcji „Adopcja Serca” obowiązuje
zasada, że wszystkie dzieci mają równe żołądki — żadne nie może być
wyróżniane, czy otrzymywać większej niż inne dzieci pomocy. Wyjątek
stanowią dzieci kalekie. Każda dodatkowa suma będzie przyjęta z
wdzięcznością, ale trafi na konto ogólne. Z tych środków finansowana
jest m.in. pomoc dzieciom, których europejscy rodzice z jakichś
powodów przestali przesyłać pieniądze.
Decydując się na adopcję serca, określa się wiek dziecka. Chodzi o
deklarację długości adopcji, która trwa zwykle do okresu
usamodzielnienia się, czyli 18. roku życia dziecka. Korespondencja
przekazywana jest pocztą misyjną, czyli wówczas, gdy ktoś z
misjonarzy wyjeżdża lub przyjeżdża do Polski.
Adopcja z głębi serca
Praca administracyjna związana z „Adopcją Serca”, przeprowadzanie
wywiadów środowiskowych, zakładanie kartotek, robienie i opisywanie
zdjęć, tłumaczenia — to dodatkowa praca, którą misjonarze wykonują
obok codziennych obowiązków. Ich pomocnicy w Polsce również pracują
jako wolontariusze.
— Każdego dnia przyjmuję w ośrodku zdrowia 60 osób, a w
ramach „Adopcji Serca” mam pod opieką 110 dzieci — opowiada s.
Jolanta Kostrzewska ze Zgromadzenia Sióstr Służek NMPN.
„Mieć pod opieką” w tym przypadku oznacza, że siostra musi każdemu
dziecku kupić i dostarczyć żywność, opłacić szkołę, zdobyć przybory,
książki, ubranie, czasami dopilnować, by dziecko było posyłane do
szkoły, a nie do pracy w polu.
Każdy adopcyjny rodzic otrzymuje podstawowe informacje o swoim
dziecku — imię, nazwisko, wiek, miejsce zamieszkania, datę i
przyczynę śmierci naturalnych rodziców.
— Staramy się, choć czasem to trudne, dołączyć choćby krótki
życiorys dziecka, to znaczy to, co ono samo zapamiętało o sobie lub
rodzinie, albo przynajmniej to, co wiedzą sąsiedzi — mówi Magdalena
Słodzinka.
Najczęściej dzieci nie chcą wracać do wspomnień, nawet jeżeli je
mają. Przeżyły koszmar wojny, wypędzenia, głodu, nieraz były
świadkami gwałtownej śmierci swoich rodziców czy rodzeństwa.
Rwanda jest niewielkim środkowoafrykańskim krajem, zaliczanym do
grupy 25 najbiedniejszych krajów świata. Wojna, która wybuchła w
1990 roku, a w 1994 r. przerodziła się w krwawą rzeź, spowodowała
śmierć ponad miliona osób, czyli blisko szóstej części populacji.
Wielu z dwukrotnie większej liczby, po eksodusie do sąsiednich
Tanzanii, Zairu, Burundi, zmuszonych do powrotu pod koniec 1996
roku, zginęło w marszu śmierci do ojczystego kraju.
Dziś na terenie przeciętnej parafii w Rwandzie przebywa od kilkuset
do kilku tysięcy sierot. Kilkaset tysięcy spośród rwandyjskich
dzieci nie ma na świecie nikogo bliskiego.
Zatańczę dla ciebie, rodzicu
Rodziny są niewyobrażalnie biedne. Mają po pięcioro i więcej dzieci,
a wszyscy ich członkowie mogą sobie pozwolić najwyżej na jeden
posiłek dziennie. Już małe dzieci tak się wychowuje, że o drugi
posiłek nie wolno nawet prosić. Spożywa się tu głównie słodkie
ziemniaki, fasolę, maniok, sorgo... Brakuje wielu niezbędnych
składników, jak białko czy witaminy. Biedne dzieci nie mają nawet
szans, żeby spróbować mleka czy mięsa.
„Mamy dużo szczęścia, bo jeden z przyjaciół pożyczył nam krowę,
żebyśmy mogli mieć nawóz. Teraz nasza ziemia jest bardziej
urodzajna. Kiedy wracam ze szkoły wieczorem, przez co najmniej
godzinę zajmuję się tą krową. Śpiewam jej piosenkę, żeby się do mnie
przyzwyczaiła i zbieram jej paszę. Ostatnio padały deszcze i warzywa
dobrze rosną, chociaż powiedzieli nam, że nie będzie więcej deszczu.
Bóg jednak, który jest najmocniejszy, pokazał nam, że nas kocha i
dał nam deszcz” — pisze Catherina Nyiranieziryayo.
Mimo biedy rodziny rwandyjskie przyjmują na wychowanie nawet po
kilkoro sierot. Bywa, że najstarsze z rodzeństwa w wieku 12—14 lat
miewa pod opieką czworo, pięcioro młodszych dzieci. Rwandyjskie
dzieci i młodzież stają na co dzień przed problemami, z jakimi nie
radzi sobie wielu dorosłych. Najpoważniejsze z nich to niedożywienie
i głód oraz brak perspektyw.
Do tej pory swoich rodziców w ramach akcji „Adopcja Serca” znalazło
w Polsce ponad dwa tysiące afrykańskich dzieci. To efekt pracy
głównie gdańskiej grupy ruchu MAITRI i Wojciecha Zięby, pomysłodawcy
akcji. Ale coraz aktywniejsze są także inne ośrodki: w Lublinie,
Bytomiu, a od roku także w Warszawie.
„Jeżeli tylko kiedykolwiek będziesz, drogi Rodzicu, w Ruandzie,
zaśpiewamy i zatańczymy dla Ciebie. Będziesz bardzo szczęśliwy, że
możesz z nami być” — pisze do swoich rodziców Dizne Maniragaba. Ale
myślą tak zapewne wszystkie dzieci z Rwandy, które dzięki „Adopcji
Serca” znalazły w Polsce kogoś, kto je kocha.
artykuł : <a href="