Wyjaśnienie kłopotów min. Czumy

14.02.09, 00:24
Mark Twain "Jak kandydowałem na gubernatora" (skróty moje, nad ich
koniecznością ubolewam - frred)

Przed kilkoma miesiącami wysunięto moją kandydaturę na gubernatora
stanu Nowy Jork z listy niezależnych. Moimi kontrkandydatami byli
pp. John I. Smith oraz Blank J. Blank. (...) Przeglądając przy
śniadaniu dzienniki natrafiłem na taką oto wzmiankę, która wytrąciła
mnie całkiem z równowagi:

KRZYWOPRZYSIĘSTWO!
Może by pan Mark Twain wytłumaczył nam dzisiaj, gdy staje jako
kandydat na gubernatora przed swym narodem, jak to się stało, że w
roku 1863 w miejscowości Wakawak, w Kochinchinie, 44 świadków
udowodniło mu krzywoprzysięstwo, które popełnił, aby wydrzeć szmat
pola bananowego z rąk nieszczęśliwej wdowy malajskiej i jej
bezbronnej rodziny, dla której pole to było jedynym środkiem
utrzymania. Nie wątpimy, że p. Twain w interesie zarówno swoim, jak
i ludu, o którego głos zabiega, zechce sprawę tę wyjaśnić jak
najrychlej. Czy jednak to uczyni?

Myślałem, że pęknę ze zdumienia, Cóż za okrutne, straszliwe
oskarżenie. Nie widziałem nigdy na oczy Kochinchiny! Nie słyszałem o
żadnym Wakawaku! Nie potrafiłbym odróżnić pola bananowego od
kangura! Nie wiedziałem, co począć. Byłem oszołomiony i bezradny.
Dzień minął, a ja nic nie zrobiłem w tej sprawie. Nazajutrz ta sama
gazeta zamieściła króciutką notatkę:

CHARAKTERYSTYCZNE!
Godzi się zauważyć, iż p. Twain zachowuje znamienne milczenie w
sprawie krzywoprzysięstwa w Kochinchinie.

(Nb. przez cały czas walki wyborczej dziennik ten nie nazywał mnie
inaczej, jak „Twain, ohydny krzywoprzysięzca”.)
Następnie wpadła do mych rąk „Gazette”, w której przeczytałem, co
następuje:

PROSIMY O ODPOWIEDŹ!
Może by nowy kandydat na stanowisko gubernatora zechciał wyjaśnić
nam pewną sprawę. Idzie o jego współlokatorów w Montanie, którym od
czasu do czasu ginęły różne drobne, choć wartościowe drobiazgi.
Dziwnym trafem znajdowano je zawsze u p. Twaina. Współlokatorzy byli
zmuszeni udzielić mu dla jego własnego dobra przyjacielskiego
napomnienia, po czym dali mu niezłą nauczkę i poradzili, aby
pozostawił na stałe próżnię w miejscu, w którym zwykł był przebywać
w obozie. Czekamy na wyjaśnienia p. Twaina w tej sprawie.

Czy można było zdobyć się na większą złośliwość? Nigdy w życiu nie
byłem w Montanie.
(„Gazette” nie nazywała mnie odtąd inaczej, jak „Twain, złodziej z
Montany”.)
(...) W parę dni później znalazłem znów taki oto artykulik:

KŁAMSTWO PRZYGWOŻDŻONE!
Złożone pod przysięgą zeznania pp. Michała O’Flanagana (...)dowodzą,
iż fałszywe oświadczenie p. Marka Twaina na temat dziadka naszego
kandydata pozbawione jest wszelkiego pokrycia w rzeczywistości . P.
Twain ośmielił się mianowicie stwierdzić, iż zmarły dziadek
powszechnie szanowanego p. Blanka J. Blanka powieszony został za
rabunek uliczny, co jest ohydnym i ordynarnym łgarstwem. Jest rzeczą
odrażającą, iż dla doraźnych celów politycznych nie daje się spokoju
ludziom nawet w grobach, obrzucając błotem ich czcigodne nazwiska.
Kiedy pomyślimy o tym, jak wielce boleć muszą podobne zniewagi
rodzinę i przyjaciół nieodżałowanego nieboszczyka, nie możemy oprzeć
się chęci zaapelowania do szanownych wyborców, aby udzielili nauczki
zdziczałemu oszczercy. Ale nie! Pozostawmy go raczej na pastwę
wyrzutów sumienia (chociaż jeśliby szlachetniejsi spośród
czytelników zadali kłamcy obrażenia cielesne, nie ulega wątpliwości,
że nie znalazłby się sąd, który potępiłby ich za ten wzniosły
uczynek).

Misterne ostatnie zdanie tego artykułu wywarło taki skutek,
że „najszlachetniejsi spośród czytelników”, opanowani szlachetnym
oburzeniem, wyrzucili mnie w nocy z mojego własnego mieszkania,
łamiąc meble oraz unosząc ze sobą wszystko, co byli w stanie unieść.
A jednak gotów jestem przysiąc na wszystkie świętości, że nigdy nie
obraziłem pamięci dziadka p. Blanka. Więcej jeszcze, nie słyszałem o
nim aż do chwili ukazania się wspomnianego artykułu.
(Nawiasem mówiąc, dziennik ten nazywał mnie odtąd „Twain, profanator
zwłok”).
Następna wzmianka, która przykuła moją uwagę, brzmiała następująco:

ŁADNY KANDYDAT!
Mark Twain, który miał wczoraj wygłosić mowę na wiecu niezależnych,
nie przybył wcale na wiec. Lekarz jego doniósł telegraficznie, że p.
Twain ma nogę złamaną w dwóch miejscach. (...) A przecież widziano
wczoraj wieczorem, jak jakiś pijany osobnik zmierzał do mieszkania
p. Twaina w stanie zupełnego zamroczenia. Jest obowiązkiem
niezależnych dostarczyć nam dowodów, iż osobnik ten nie był p.
Markiem Twainem. Nareszcie mamy ich w ręku! W tej sprawie nie ma
miejsca na żadne kruczki i wybiegi! Lud zadaje im z całą mocą
pytanie: „Kim był ten pijak?”

Było to fantastyczne, całkiem fantastyczne, że właśnie moje nazwisko
zamieszane było w podobną sprawę. Przeszło trzy lata minęły już od
chwili, kiedy miałem w ustach ostatnią kroplę alkoholu.
(Już od następnego numeru dziennik ów nazywał mnie stale: „Pan
Delirium Tremens Twain”.)
W tym samym czasie zaczęły do mnie napływać w wielkiej ilości listy
anonimowe. Treść ich była zawsze niemal jednakowa:

Jak to było z tą kobietą, którą pan pobił, kiedy prosiła o jałmużnę?
(...)

Popełnił pan szereg łajdactw, o czym nie wie nikt prócz mnie.
Radziłbym więc panu przesłać mi odwrotnie kilka dolarów, gdyż
inaczej zrobię z tego użytek w gazetach. (...)

Wkrótce potem centralny organ republikański zarzucił mi przekupstwo
na wielką skalę, zaś centralny organ demokratyczny
przytoczył „fakty”, świadczące, iż usiłowałem zyskać bezkarność w
pewnych sprawkach za pomocą szantażu.
Z tej racji otrzymałem dwa przydomki: „Twain brudny łapownik”
i „Twain, podły szantażysta”.
Odtąd domagano się ode mnie odpowiedzi ze wszystkich stron i z taką
natarczywością, że nie tylko redaktorzy, ale również i przywódcy
mego stronnictwa orzekli, iż dalsze milczenie z mej strony stanie
się moją zgubą polityczną. Na domiar złego nazajutrz ukazał się w
jednym z dzienników następujący artykuł:

PRZYJRZYJCIE MU SIĘ DOBRZE!
Kandydat niezależnych wciąż jeszcze milczy. (...) Spójrzcie na
ohydnego krzywoprzysięzcę, złodzieja z Montany, profanatora zwłok!
Podziwiajcie tego deliryka, brudnego łapownika, podłego szantażystę!
Zastanówcie się i powiedzcie, czy możecie złożyć wasze głosy na
człowieka obciążonego tak wstrętnymi zbrodniami, który nie posiada
nawet dość odwagi, aby pisnąć słówko w swojej obronie!

Nie, dłużej nie mogłem milczeć. Zanim jednak
przygotowałem „odpowiedź” na tę potworną ilość zarzutów, jeden z
dzienników zarzucił mi, że spaliłem dom wariatów li tylko dlatego,
że przysłaniał mi widok z mojego okna. (...) Zaraz potem
przeczytałem zarzut, iż otrułem mego wujaszka, pragnąc zawładnąć
jego majątkiem – zarzut połączony z żądaniem ekshumacji zwłok. (...)
Następnie oskarżono mnie, że będąc dyrektorem w przytułku używałem
do najcięższych robót zniedołężniałych i bezzębnych staruszków.
Zacząłem poważnie się wahać, czy nie wycofać się z tej całej
awantury. Na koniec (...) nastąpiło zwołanie całej chmary dzieciaków
różnej wielkości i maści i nakazanie im, by wołały w czasie mego
przemówienia na wiecu: „Tatuś, tatuś!”

Dałem za wygraną. Uległem . Nie dorosłem widać do wysokiego
stanowiska gubernatora stanu Nowy Jork. Wycofałem moją kandydaturę,
przy czym tak podpisałem się na mym liście:

Z szacunkiem
Mark Twain

niegdyś porządny człowiek, dziś ohydny krzywoprzysięzca, złodziej z
Montany, profanator zwłok, deliryk, brudny łapownik, podły
szantażysta itp.
    • mg2005 min. Czuma - antysemita ?!... :) 14.02.09, 11:14
      Prowadząc radio dla Polonii w SZ współpracował z... "antysemitą"
      Moskalem :)
Pełna wersja