troll_bagienny
31.03.09, 16:21
Zewsząd dobiegają mnie głosy (co nie znaczy, że słyszę głosy ;)), że
życie tak się ludziom układa, że jak mają wszystko - pracę, forsę,
dobre samopoczucie, to mają szerokie grono przyjaciół, a jak tego
jednego ogniwa (pracy=forsy) zabraknie, to i przyjaciele odpływają.
Mnie spotkało coś podobnego, już w momencie wypowiedzenia znajomi
zaczęli udawać, że mnie nie zauważają, skończyły się wspólne wypady,
imieniny, popijawy etc. Początkowo myślałem, że ludziom jest głupio
proponować mi wyjazd zagraniczny, kiedy zaraz skurczy mi się kasa,
ale wkrótce okazało się, że zostałem całkowicie wykluczony. Szczytem
wszystkiego były imieniny kolegi z działu, który wyprawił je po
kryjomu, choć w firmie byłem i ja. Czułem się jak żywy trup. Teraz
mam nową pracę i zastanawiam, czy warto się z ludźmi fraternizować,
zaprzyjaźniać i spotykać po pracy, skoro ten mechanizm może
zadziałać kolejnym razem, w końcu nic nie jest wieczne, a
szczególnie praca. Czy was też coś takiego spotkało? Wcześniej
zwolniono kolegę i teraz rozumiem, dlaczego inni pracownicy patrzyli
na mnie dziwnie, kiedy dalej z nim próbowałem żartować, a nawet
przyjąłem zaproszenie na komunię jego dziecka. Wnoszę iż koleś na
wypowiedzeniu to jak zaraza, trzeba omijać, przynajmniej ja się tak
czułem, kolegi nie pytałem, jakoś tak głupio...