mightnight
14.05.09, 19:05
Godzina 24.00 ciepły majowy wieczór, centrum miasta...
Usypiam zmęczona po całym dniu kręcenia się po urzędach, pracy, opieki na
dzieckiem... Uchylone okna, pomimo upału nie można otworzyć ich całkowicie,
ponieważ pomimo środka tygodnia, kolejna podpita grupka krzyczy, śpiewa, bije
się - szukając odpowiedniej ławki, na wypicie kolejnych piw.
Do tego idzie się przyzwyczaić, już nawet Policja ich ignoruje...
Nie można się jednak przyzwyczaić do ciągłych rozrób na chodnikach, pod
salonami gier, które nie mają koncesji na alkohol i powinny być być otwarte do
22.00...
Wieczorami jednak zaczyna się tam wymieniać szemrane towarzystwo...strach
zejść po papierosy do sklepu obok... Agresywni, pijani mężczyźni dyskutują
nerwowo o pieniądzach...
Po godzinie 23.00 zaczynają się bójki... słychać hałasy rzucanych
przedmiotów... z 3 piętra, współczuje lokatorom mieszkającym zaraz nad
Salonikiem...
O godzinie 24.00 zaczynają kursować karetki na sygnale, policja, po kilka
samochodów...
Pijani awanturnicy biegają porozbierani, pobici, wymiotują pod siebie, sikają
na ulicy... Hałas nie ziemski, dzieci w domu sie budzą, wszystkie psy
szczekają... Policja tylko spisuje z dowodów, a bez ich pozwolenia ambulans
tylko stoi, bo nie ma prawa ich zabrać.
Czy MY naprawdę jesteśmy bezsilni?
Musimy to cicho tolerować?
Możemy zabrać koncesje na alkohol, i tak też robimy jako spółdzielnia
mieszkaniowa, bo nawet strach się ruszyć z domu po 18.00 a zimą to lepiej w
ogóle nie wychodzić.
Co zrobić z takimi punktami rozrób które są zawieszone pomiędzy prawem, a
bezprawiem?
Nie mam ochoty wychowywać dzieci w takim klimacie, nie chcę żeby były budzone
w nocy krzykami, i syrenami wyjącymi po domem.
Można uniknąć większości takich zamieszek, o ile ilość ty lokali będzie
jakoś kontrolowana, nie będzie ich nastawianych co 20 m.