ewater5
23.06.09, 00:51
Z góry przepraszam,że post jest długi,ale musiałam naświetlić sytuację,żeby przedstawić swój problem.
Proszę o radę Mam tylko dwa dni na rozwiązanie problemu,a nie wiem, jak się zachować. Otóż od prawie 2 lat,praktycznie bez żadnego powodu, prawdopodobnie syn sąsiada z piętra niżej (lat 23-student) uprzykrza nam życie,tj. mnie,mojemu mężowi i synowi(lat 17-uczeń). Najpierw objawiało się to poprzez częste,złośliwe wykręcanie bezpieczników ze skrzynki rozdzielczej w piwnicy,co pozbawiało prądu tylko i wyłącznie nasze mieszkanie.Skrzynka była niszczona, zabezpieczenia wyrywane, a korki wykręcane i zabierane. Najpierw nie wiedzieliśmy kto i dlaczego to robi, zgłaszaliśmy fakt w ADM-ie, przychodzili, naprawiali, zabezpieczali, ale po kilku dniach sytuacja się powtarzała.W końcu uznaliśmy, że ktoś to robi celowo, tylko nie wiedzieliśmy dlaczego.Wkrótce zaczęliśmy kojarzyć pewne fakty i doszliśmy do wniosku, że to może być tenże chłopak.Z rozmowy z sąsiadką mieszkającą nad jego mieszkaniem dowiedzieliśmy się, że dużo wcześniej właśnie on robił takie numery jej, aż skończyło się to w sądzie. We wrześniu 2007r.dostaliśmy oboje z mężem wezwanie na policję w celu złożenia zeznań, że niby ta sąsiadka zakłóca mu spokój głośną muzyką i imprezami.My tego nie potwierdziliśmy, ponieważ nic takiego nie miało miejsca. I właśnie od tego czasu zaczęły się nasze problemy z prądem. W końcu wiosną 2008r. spółdzielnia mieszkaniowa zgłosiła fakt wandalizmu na policję, która nas przesłuchała jako świadków. Spółdzielnia zrobiła w skrzynce „obejście”, co uniemożliwiło odcięcie prądu poprzez wykręcenie korka i sądziliśmy, że na tym nasze problemy się skończyły. Jednak byliśmy w błędzie. Gdy domniemany przez nas wandal zorientował się, że nam już nie zaszkodzi w ten sposób, przerzucił się na niszczenie drzwi od naszej piwnicy i od mieszkania.I zaczęło się: zatykane zamków drutem, gwoździami,piachem,drzwi obrzucane psimi odchodami, zamazywanie wizjera, kałuże moczu przed drzwiami.Baliśmy się wracać do domu, bo nie wiedzieliśmy, co zastaniemy na tych drzwiach. Oczywiście nie było żadnych świadków, nikt go też nie złapał za rękę,robił to zawsze, gdy nie było nas w domu (oboje pracujemy, syn chodzi do szkoły).Nie wiedzieliśmy, co robić.Za każdym razem, gdy nie mogliśmy wejść do domu oczywiście wzywaliśmy policję, ale kończyło się na tym, że spisywali interwencję, albo przychodził dzielnicowy, pukał do drzwi sąsiada, a tam nikt nie otwierał, choć widać i słychać było, że ktoś w domu jest. To jeszcze bardziej utwierdziło nas w przekonaniu, że winowajca właśnie tam mieszka. Byliśmy jednak wciąż bezradni, kilka razy trzeba było wyrywać i wymienić zamki,tak że drzwi już nie wytrzymywały.Nie wspomnę o nerwach i stresie, gdy późnym popołudniem,zmęczeni po dniu pracy nie mogliśmy wejść do domu. Nosiłam się z zamiarem założenia jakiejś kamery, a nawet uzyskałam stosowną zgodę na piśmie od spółdzielni, ale bałam się kosztów, ponadto codzienne, inne problemy i brak odpowiedniego wykonawcy w naszym mieście sprawił, że zamiar ten pozostał w sferze planów. Chcieliśmy też grzecznie porozmawiać z rodzicami tego chłopaka, żeby jakoś wpłynęli na swojego syna, ale także nie otwierali nam drzwi więc rozmawiać nie było z kim...
Ostatni przypadek ataku na drzwi do mieszkania miał miejsce w marcu tego roku, wtedy w ramach interwencji przyjechał jakiś bardziej kumaty policjant i po wejściu do mieszkania (gdy po raz kolejny został wyrwany zamek) – spisał stosowne protokoły zgłoszenia i nadał bieg sprawie. Poza tym naświetlił mi prawdopodobną przyczynę działań wandala, tzn. wg niego mogła to być zemsta za koszty dochodzenia, którymi wandal został obciążony za niepotwierdzenie przez nas zakłócania spokoju przez sąsiadkę we wrześniu 2007r.
Od tego dnia o przebiegu sprawy przez 3 miesiące nikt nas nie informował, ale też ustały ataki domniemanego sprawcy na drzwi, a jedynie odnotowaliśmy 3 przypadki wulgarnych komentarzy pod zdjęciami syna na Naszej – Klasie wpisanych przez kogo ? Właśnie przez tego syna sąsiada i to jawnie, pod własnym nazwiskiem !!! Od sąsiadek dowiedzieliśmy się,że były przesłuchiwane w tej sprawie,stoją po naszej stronie, ale dowodów nie mają.
Najgorsze jednak w tym wszystkim było to, że zarówno mąż jak i syn przez cały okres ataków chcieli sami wymierzyć sprawiedliwość i po prostu, zwyczajnie wtłuc gamoniowi,żeby popamiętał i więcej tego nie robił. Tłumaczyłam, prosiłam, żeby tego nie robili, bo nie ma 100% pewności, że to on robi, a są tylko poszlaki i domysły i że to obrócić się może przeciw nam. Spokój względny był do połowy czerwca. 12 dni temu syn wracając wieczorem około 21.30 do domu zauważył wandala nadchodzącego z przeciwka. Postanowił więc zapytać go, dlaczego wypisuje mu obraźliwe komentarze na forum publicznym. Tamten, gdy zobaczył syna, zaczął uciekać. Syn go dogonił i złapał za ubranie. Poszarpali się trochę, w wyniku czego tamtemu poleciała krew z przygryzionej prawdopodobnie wargi. Syn twierdzi, że go nie uderzył, choć miał na to ochotę. Przy okazji pytań o wpisy na N-K, syn zarzucił mu też, że wiemy, iż to on był sprawcą wandalizmu na drzwiach. I – o dziwo! – tamten się przyznał, że to robił, a nawet przepraszał syna, tłumacząc się, że wkurza go jakoby głośna muzyka puszczana przez syna w mieszkaniu (!) oraz, że jest samotny, nie ma przyjaciół, no...totalne bzdury ! Myślę, że chyba nie był wtedy trzeźwy, a może nawet pod wpływem czegoś mocniejszego....Niemniej, gdy zobaczył krew z pękniętej wargi zagroził synowi, że zgłosi to na policję. Syn ostrzegł go, że jeśli jeszcze raz zrobi coś głupiego z naszymi drzwiami, to będzie wiadomo, że to on i że mu nie daruje.... Na tym incydent się zakończył, syn zdenerwowany przyszedł do domu i opowiedział nam, co się stało. Oczywiście odpowiednio go zrugałam za to, co zrobił i napomniałam, żeby tego nie powtarzał.
Kilka dni temu zadzwoniono do mnie z policji z prośbą o podjęcie decyzji, co dalej ze sprawą z marca, bo mocnych dowodów przeciw wskazanemu nie ma, on sam nie zgłosił się na 6-krotne pisemne wezwania, nie otwiera drzwi w celu złożeni wyjaśnień, a tak w ogóle to przecież pewnie się nie przyzna, więc mam zdecydować, co oni mają z tym zrobić. W ub. sobotę poszliśmy z mężem na komendę, tam pani aspirant uświadomiła nas, że sprawa jest beznadziejna i że powinniśmy ją wycofać, chyba, że jeszcze raz spróbują dotrzeć do wandala, być może otworzy drzwi i coś zezna. W nadziei umówiliśmy się na środę o 19.00 w celu podjęcia ostatecznej decyzji.
Jakież było moje zdziwienie, gdy dziś rano pani aspirant zadzwoniła i powiedziała, że owszem, wandal został przesłuchany, bo wpuścił ją wreszcie do domu, ale nie mamy się z czego cieszyć, tylko mamy przyjść w środę wcześniej i z synem, którego ona przesłucha. Nogi się pode mną ugięły, bo zrozumiałam, że wandal prawdopodobnie wykorzystał sytuację sprzed 12 dni i obciążył syna za zaistniały incydent.
Syn jest przerażony i oświadczył, że do niczego się nie przyzna, mąż go popiera, a ja tłumaczę im, że zatajenie incydentu tylko pogorszy sprawę, bo nie wiadomo, co tak naprawdę tamten powiedział, nie ma pewności, czy tamten nie ma jakichś świadków (prawdziwych lub przekupionych) i czy nie zrobił sobie jakiejś opłaconej obdukcji no i przecież byłoby to jakieś kłamstwo, które prędzej, czy później wyjdzie na jaw.
W sumie stało się to, czego się bałam: sprawa obraca się przeciwko nam.
Nie wiem teraz co może grozić synowi, gdy się przyzna, jak dalej rozegrać tę sprawę, żeby ten jeden incydent nie spowodował, że nasze dwuletnie szarpanie się z wandalem zostanie „nagrodzone” karą dla syna, że z ofiar staniemy się sprawcami, a on zostanie bezkarny.
Bo tak naprawdę policja nic nie zrobiła, żeby nam pomóc wcześniej, czekała wręcz, żeby dowody podać im gotowe na tacy. Okazało się też, że sama jestem sobie winna, bo nie za każdym razem spisywane były stosowne protokoły zgłoszenia, a każde zdarzenie i tak traktowane jest jako odrębne.Dla mnie to kompletny