powrozowy
03.09.09, 18:46
Po wieloletnim odkladaniu decyzji, moja znajoma z Polski w koncu
zdecydowala sie na podroz swego zycia. Miala to byc wyprawa do
USA, na 5 tygodni. Nowy Orlean, Floryda, Kaniony, Parki Narodowe.
Plan nie byl jeszcze do konca ustalony ,mielismy jechac razem jako
ze ja tu wlasnie mieszkam, w USA.
Niestety wyglada na to ze i tym razem wyjazd nie dojdzie do
skutku, bo na wiesc o planach dziecko Pani ciezko sie rozchorowalo.
Dziecko to matka owej pani. Pani ma lat 51. Rozwiodla sie 5 lat
temu bo "stary" nie wytrzymywal 20 telefonow na dzien i tego, ze po
pracy goni prosto do matki a do domu wraca po 20.00.
Pani jest ciagle dzidziusiem swojej mamusi. I odwrotnie.
Kolejna, tragiczna polska spoleczna przypadlosc.
Przypomina mi sie pieklo, przez jakie przeszla moja siostra gdy 80-
ke przekroczyla jej tesciowa. Znam to tylko z opowiesci na
szczescie ale i tak skora cierpnie na karku. Do 80 bylo jako tako.
Pozniej zaczelo sie pieklo. Choroby , w 80% urojone, wyzywanie od
najgorszych i zwalnianie co 3 dni kolejnych opiekunek, rozpaczliwe
telefony, ze nie ma pieniedzy ( fakt- nie miala, bo zaraz po
odebraniu emerytury rozdawala cala kase ludziom przed bankiem) ,
telefony ze ktos byl w mieszkaniu pod jej niobecnosc, telefony ze
ktos ja okradl, ze z lodowki znika jedzenie etc.
Finalem bylo latanie nago wokol bloku oraz smarowanie ekskrementami
drzwi wejsciowych do mieszkania. O dziwo, psychiatra nawet po tym
nie byl w stanie zdiagnozowac niczego konkretnego.
Dzis do tego wieku dobija nasza wlasna matka. Ja jestem daleko ale
siostra doswiadczala juz podobnych historii, na poczatek sa ciagle
niezgodnosci w rachunkach. Brakuje kasy z emerytury , pewnie
zlodzieje. Na ulicy albo do domu sie zakradli. Bylo tez dzwonienie
ze szpitala zaraz po tym, jak tylko siostra z mezem wyjechala na
wczasy, na szczescie jeszcze nie wsiedli w samolot. Oczywiscie
alarm byl falszywy. Wszystko w porzadku ze zdrowkiem.
Mnie zadziwilo kiedys, jak moja sasiadka z bloku mi opowiadala ze
jej synowie odwiedzaja ja na przemian....ma dwoch. Mieszkaja 15
minut od niej. Jeden wpada na dzien matki a drugi na Boze
Narodzienia. Tak sie zmieniaja w tych obowiazkach synowskich.
Mamusie widza raz do roku.I to wszystko.
Czy to Polakom tak ciezko jest zejsc z tego padolu ? Czy po
dlugim , czesto owocnym zyciu zamiast z godnoscia sie pozegnac
musza zamienic bliskim zycie w niustanne pieklo?
Jak to jest? Przeciez wierzycie w zycie wieczne, wiec nic sie tu
nie konczy a wrecz zaczyna , prawda ?